piątek, 29 kwietnia 2016

Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"

Rzadko kiedy mam tak ambiwalentne odczucia, czytając książkę. Zwykle porywa od razu albo okazuje się średnio ciepła. A tym razem – mówiąc kolokwialnie – coś mi się w tej książce podobało bardzo i jednocześnie coś mnie w niej potwornie irytowało. I właśnie z takim „rozrzutem” dotarłam do końca historii. I wiem, że warto tę historię poznać, ale wiem też, że poprzestanę na części pierwszej i kontynuacja losów tych osobliwych postaci mnie po prostu… nie interesuje. Oczywiście sam pomysł jest wręcz genialny. Autor utkał tę dziwną opowieść na kilkudziesięciu nietypowych fotografiach. Sam ich dobór, udany eksperyment organicznego wręcz wplecenia ich w tę historię czy ciekawe interpretacje fotografii zasługują na uwagę nie tylko miłośników fantastyki, ale przede wszystkim fotografii właśnie. Pod tym względem powieść jest fascynująca i, jak mniemam, nowatorska. Te przedziwne, autentyczne fotografie nadają książce (także jej edytorskiej szacie) klimat jedyny w swoim rodzaju. Interesująca jest także „teoria” czasowych pętli, a motyw wciąż powtarzanego nalotu bombowego to jedna ze scen, które – jak mniemam – w wielu czytelnikach pozostanie na zawsze. No właśnie… pętla czasowa, która jest rajem, ale jednocześnie skazuje na wieczne więzienie. W ogóle cały ten zlepek chwytliwych motywów zagrał tu w fenomenalny wręcz sposób. Ale jest duże ale. Kiedy w powieści pojawił się wątek upiorów, którzy prześladują ukryte w pętli czasu dzieci  - wszystko nagle zrobiło się bardzo typowe, przewidywalne i schematyczne. Ot co. Typowy schemat świata, który przeplata się w niezliczonych  wariantach. I który w tej oryginalnej powieści wcale mi się nie podobał – więcej, pojawiły się wraz z nim dłużyzny i nudy. Wtedy też właśnie niezwykły klimat historii przesłoniło ściganie niekonsekwencji i niedociągnięć fabularnych. Bo one są – nie da się zaprzeczyć.  Więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. I to właśnie wszystko sprawiło, że więcej w pętlach czasowych przebywać nie chcę, wystarczy mi jeden przedziwny dom, z którego musiałam uciekać razem z osobliwymi dziećmi.  

niedziela, 3 kwietnia 2016

Rafał Klimczak "Nudzimisie"

Nudzimisie to urocze stworki, mieszkańcy mlekiem i miodem płynącej krainy Nudzimisiowo. Przybywają na ziemię, gdy usłyszą od znudzonego dziecka NUDZI MI SIĘ!!!! I zabawiają je. Te magiczne słowa wypowiada pewnego dnia znudzony Szymek – uprzedzony przed ewentualnością sprowadzenia tym Nudzimisia przez tatę (to ważne). Przybywa nieco sepleniący, mający tendencję do obżarstwa (słodyczami, mili Państwo, słodyczami, nie obiadkami) Nudzimiś Hubek. No i  się zaczyna.
Kapitalna książka dla dzieci w wieku przedszkolnym. I ja, i córa zakochałyśmy się niemal od razu w uroczych Nudzimisiach, a książkę przeczytałyśmy niemalże „jednym tchem” (oczywiście wieczorami przed zaśnięciem). Rafał Klimczak stworzył kolejne przeurocze stworki, które spokojnie mogłyby stanąć w jednym szeregu z Muminkami, Pożyczalskimi i innymi i literackimi mieszkańcami książek dla dzieci. Stworzył też kolejną oryginalną arkadyjską krainę – w której jedynym zagrożeniem jest potwór Łaskot, ale nie pożera on nudzi misiów tylko… łaskocze. W drugim tomie Łaskot zaprzyjaźni się chyba zresztą z Nudzimisiami, więc jedyny element agresji – łaskotanie, na pewno się skończy. Klimczak nie poprzestał bowiem na stworzeniu jednej książeczki – powstała cała seria o przygodach Nudzimisiów. Jest więc co czytać. Mnie najbardziej podoba się konstrukcja książeczki: akcja dzieje się wymiennie to w Nudzimisiowie, to w rzeczywistości Szymka. Poznajemy więc na przemian obie te „rzeczywistości”. Autor nie zapomniał także – między dobrą zabawą – przemycić wiele wychowawczych treści. Nikt tu nie zostaje jednak srodze ukarany, nikomu nie dzieje się krzywda. Naprawdę wspaniała książka do wspólnego czytania z kilkulatkiem.
A to strona internetowa tej uroczej serii:

niedziela, 20 marca 2016

pokoleniowy Pinokio

Czy macie czasami tak, że książkę z dzieciństwa utożsamiacie z konkretnym starym wydaniem? Ja tak mam z "Pinokiem". W pamięci zachowałam konkretne wydanie "Pinokia" z kolorowymi, beztroskimi, radosnymi ilustracjami. Pinokio moich wyobrażeń to uśmiechnięty pajacyk z tego wydania:


Jakże się i moje wyobrażenie dawnej książki z dzieciństwa  zmieniło, kiedy wspólnie z Olą zaczęłyśmy czytać wieczorami Pinokia z ilustracjami Innocentiego. To monumentalne, głośne wydanie warto posiadać na swoich bibliotecznych półkach, bo to właśnie ono zdaje się mówić prawdę o historii drewnianego pajacyka.
Kiedy czytałyśmy wieczorami tę książkę, doznałam wielkiego zdziwienia. Zapamiętana z dzieciństwa książeczka jest tak naprawdę mroczna, pełna ciężkich emocji i w wielu momentach kompletnie nie nadaje się dla czterolatka (nie lubię adaptacji, ale w tym wypadku są wskazane). Momentami musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby wyminąć pewne sceny, zdania, określenia zbyt drastyczne dla mojej małej słuchaczki. Ale szok mój po powtórnej - "po latach" - lekturze Pinokia był podwójny. Przy całej "ponurości" tej historii, sama postać Pinokia skonstruowana jest tak, że kilkulatek z łatwością i RADOŚCIĄ (to Ola) utożsami się z jego wadami i zachowaniem typowym dla tej grupy wiekowej, i z równie dużą radością OCENI zachowanie pajacyka. Ogromna więc i nie do pogodzenia przepaść objawiła mi się w tej historii: z jednej strony postać pajacyka, który jest nosicielem wszystkich cech kilkulatków i który został odmalowany z psychologiczną wręcz precyzją, z drugiej zaś wiele scen, które w ogóle nie nadają się do przekazania dzieciom. A w tym wszystkim genialne ilustracje Innocentiego - ponure, zimowe, bez upiększania i infantylizowania, takie, jaka NAPRAWDĘ jest ta historia. A jednocześnie pełne cudownych szczegółów, scenek rodzajowych, a przede wszystkich nietypowego "kadrowania" - wszystko to razem robi KOLOSALNE wrażenie. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że właśnie to wyobrażenie Pinokia jest zgodne z wyobrażeniem samego autora drewnianego pajacyka. Serdecznie polecam więc lekturę "wspomaganą" ilustracjami Innocentiego właśnie. Będzie PRAWDZIWSZA! A jeśli chodzi o inne wydania "Pinokia", to znalazłam jeszcze takie, jak poniżej. Jest to co prawda adaptacja, ale całkiem ładnie zilustrowana, bez niebezpiecznego kiczu. A teraz pytanie za sto punktów: Jakiego autora przypomina stary Gepetto?



sobota, 20 lutego 2016

Piotr Mieśnik "Wyznania hieny. Jak to się robi w brukowcu"

Z reguły nie czytam książek tego typu, nie interesuję się tytułami obliczonymi na sensację. Byłam jednak na spotkaniu autorskim z Piotrem Mieśnikiem, i po nim zdecydowałam się zrobić wyjątek.

Autor siedem lat pracował w brukowcu. Po odejściu z „Faktu” zdecydował się na „spowiedź powszechną” i opisał metody pracy w brukowcu. W książce roi się więc, jak się pewnie domyślacie, od sensacyjnych informacji i znanych nazwisk. Mieśnik pokazuje od podszewki kulisy wielu akcji, które można jeszcze wyszukać w internetowej wersji „Faktu” (co zresztą od czasu do czasu podczas lektury czyniłam). Sęk w tym, że… oprócz ujawniania kulisów pracy dziennikarzy brukowców, Mieśnik przeważającą część książki poświęca także… barwnemu, a jakże, opisowi alkoholowych wyczynów swoich i swoich kompanów. Alkohol leje się tu strumieniami, na każdym rogu stoi chętna pani, białe kreski wciągane są bez zahamowań. Dużo za dużo tych alkoholowych wspomnień, ale, ale… nie zmienia to faktu, że tę napisaną barwnie i żywo książkę czyta się momentami jak dobrą powieść sensacyjną . Przyznaję, nie mogłam się oderwać! Pochłaniałam ją z narastającym zdziwieniem nie tyle nad metodami pracy dziennikarzy (które intuicyjnie wyczuwa czytelnik tych późniejszych artykułów), ale sposobem życia i bycia tych dziennikarzy. I dlatego właśnie podziwiam autora książki za cywilną odwagę, z którą to swoje życie opisał. Bez wybielania, koloryzowania (mam nadzieję), za to, jak pisałam, z kaskadami alkoholu w tle. Odsłonił się dokumentnie – pozwolił przeczytać o swoich najbardziej wstydliwych grzeszkach – to najbardziej, nie dekonspirowanie Faktu – zaskoczyło mnie w tej książce. Warto ją przeczytać, mimo wszystko – jest dobrze skomponowana, barwna, pokazuje życie, do którego większość z nas nie ma dostępu…

sobota, 16 stycznia 2016

Koziołek Matołek wciąż powraca!



Lubię takie niespodzianki w księgarni. Lubię też, kiedy wydawcy literatury dziecięcej idą po rozum do głowy i mądrze inwestują w klasykę. Oficyna Wydawnicza Poznań wydała serię książeczek z fragmentami przygód Koziołka Matołka dla najmłodszych. Oczywiście o Koziołku nikt nigdy nie zapomniał, jego przygody są ciągle wznawiane, ostatnio, w ramach 80. urodzin wypuszczono nawet malowanki. Pomysł twardo kartkowych parawaników przypadł mi jednak szczególnie do gustu ze względu na podwójną ich funkcję (zabawy i czytania), a ich widok ucieszył w równym stopniu jak wtedy, gdy wydano w ten sposób "Lokomotywę" Tuwima z ilustracjami Szancera. Na fotografiach wydania z mojego dzieciństwa (już trochę pożółkłe) i parawanik Oli:-). I znów piękny łącznik "między dawnymi a nowymi czasy" :-)

niedziela, 10 stycznia 2016

Weronika Kostecka "Tajemnica księgi. Tropami współczesnej fantastyki dla dzieci i młodzieży"

Opracowanie Weroniki Kosteckiej to bez wątpienia gratka dla miłośników „książek o książkach”. Autorka analizuje bowiem motyw księgi w literaturze dla dzieci i młodzieży. Pojawiają się więc na kartach tej książki ukochane przez wielu z nas tytuły: Przepowidenia Dżokera Gaardera, Miasto śniących książek Moersa, Kroniki Spiderwick, Nie kończąca się opowieść, Córka czarownic Terakowskiej i in. Autorka cały czas obraca się wokół tych reprezentacyjnych dla motywu księgi tytułów. Wielką wartością opracowanie jest jednak to, że pokazuje te „literackie” księgi na tle bardzo szerokich kontekstów literackich i historycznych. Bardzo dużo tu odwołań do sztandarowych autorów, którzy o zjawisku książki (różnorodnie zresztą) pisali: Manquela, Pennaca, Parandowskiego, Eco, Gołębiowskiego, Tomkowskiego. Dużo miejsca poświęca autorka refleksji nad nowymi mediami.  Autorka zastanawia się nawet, co by było, gdyby Bastian czytał niekończącą się nie kończącą się opowieść z czytnika…  W kontekście nadejścia ery elektronicznej bardzo wartościowe są refleksje nad serią Felix, Net i Nika Kosika. Wspaniały jest także rozdział, w którym autorka analizuje relacje między pisarzem i autorem książki, i próbuje odpowiedzieć na pytanie, kto naprawdę jest twórcą dzieła. Choć opracowanie jest naukowe, napisane jest jednocześnie w sposób klarowny i zrozumiały – dlatego z powodzeniem może być kierowane do różnych grup czytelniczych. Jednocześnie mimo naukowego obiektywizmu gdzieś podskórnie czytelnik czuje, że autorka jest pasjonatką „książek o książkach”. I przede wszystkim usilnie wierzy, że papierowa książka nie zniknie! Mało tego, w kontekście analizowanych w opracowaniu tekstów, podaje bardzo przekonujący argument, taki… krzepiący! Przeczytajcie ostatni akapit:
Być może wraz z upływem czasu status książki znacznie zbliży się do statusu typowych baśniowych rekwizytów. Wbrew pozorom taki proces nie byłby chyba procesem negatywnym; już teraz księga przedstawiana w kategoriach magii i cudowności okazuje się najbardziej godnym zaufania „skarbcem” i środkiem przekazywania wiedzy, mądrości i prawdy. Jeżeli więc zostanie utrwalona jako przedmiot magiczny, element świata fantastycznego czy wręcz baśniowego, i jako taka – konotując wartości, o jakich była tu mowa – pozostanie w ludzkiej świadomości, „cywilizacja książki” trwać będzie nadal.


środa, 6 stycznia 2016

Jacek Dehnel "Dziennik roku chrystusowego"

Ucieszyłam się z wydania tego dziennika, bo nie ukrywam, że postać Dehnela mnie – mówiąc kolokwialnie „po całości” – fascynuje. Nie tylko bogata i różnorodna twórczość, ale i sama osoba tego skromnego i zawsze kurtuazyjnego młodego człowieka, trochę niepasującego do naszych czasów, jego sposób bycia i to wszystko czym (i kim) się otacza. Dlatego właśnie dziennik ucieszył mnie szczególnie – dał możliwość głębszego poznania ulubionego autora. Tak naprawdę Dehnel pozwala się jednak poznać i przez inne „media” – i to bardzo dosłownie media; wystarczy śledzić jego aktywność na facebooku, jego (ostatnio widoczną) obecność w kolorowej prasie, żeby wyrobić sobie złudne zapewne przekonanie, że wie się o tym człowieku bardzo dużo. Dziennik z całą pewnością był jednak kropką nad  przysłowiowym i. Pytanie tylko, czy pisząc go, to właśnie chciał osiągnąć? Czy chciał dać się jeszcze lepiej poznać? Wszak dopuścił czytelnika do wielu aspektów prywatnego życia, ba!, wpuścił niemalże do alkowy! Przepraszam za szczerość, ale to trochę jak literacki reality show z Jackiem Dehnelem w roli głównej! W końcu to szczegółowy opis całego roku – od spotkań literackich i podróży, do menu na niedzielne śniadanie. Ci, którzy mogli czuć niedosyt brakiem ilustracji i fotografii – pomóc mógł szybko Internet, gdzie szokująco łatwo można było wygooglać wnętrze domu Dehnela, jego czerwony pokój czy nową kuchnię, której remont pochłonął dużą część dziennika. Jako wielbicielka – autentyczna wielbicielka tego człowieka i jego twórczości – powinnam być mu za ten „Dziennik…”  wdzięczna, ale mimo to zastanawiałam się BARDZO poważnie w czasie lektury (dodatkowo mocno rozciągniętej w czasie, praktykowanej niejako „pomiędzy” – choć niewykluczone, że tak właśnie należy ten dziennik czytać), czy gdzieś tu jakaś granica nie została przekroczona. Czy ktoś się aby nie zapędził, czy nie za bardzo aby wywrócił na drugą stronę, nie odkrył za bardzo? A z drugiej strony – ile w tym dzienniku prawdziwego „codziennego” Dehnela, a ile autokreacji? Ile rzeczy przemilczanych i zepchniętych? I czy pisząc ten dziennik, miał na myśli jakąkolwiek autokreację? Dlaczego odnoszę wrażenie, że trochę jednak tym swoim przelewanym na papier życiem pożonglował? I jaką wartość będzie miało to wydawnictwo za kilkadziesiąt lat, oprócz oczywiście poważnego przyczynku do biografii Dehnela? Bo że do historii literatury polskiej przejdzie – chyba nikt wątpliwości nie ma. On też nie ma, jestem pewna, że nie ma – dlatego po co retoryczne, a kilka razy przywoływane pytanie, po co to pisanie? Wyczułam jakiś maleńki fałsz. Malenieńki. Oczywiście dziennik pełen jest – obok zapisków codzienności – wartych poznania przemyśleń na tematy i bieżące, i ostateczne. Niektóre opinie mogą szokować, co do niektórych nawet ja – udawałam, że „nie widziałam, nie słyszałam, nie czytałam”, albo starałam się szybko zapomnieć, żeby nie zmienić stosunku do tego wspaniałego człowieka.  Tylko ta patologiczna szczerość w relacjach związanych ze spotkaniami autorskimi, spotkaniami z innymi ludźmi, czytelnikami… jakaś taka ironia w podejściu do tego pisarskiego żywota, a tym samym odbiorców – nie wiem, czy mu to pomoże, czy nie  spowoduje poważnej weryfikacji w postrzeganiu tego – powtórzę – kurtuazyjnego, skromnego i miłego człowieka… I jeszcze coś! Dużo miejsca poświęca Dehnel swoim podróżom – w tym do Indii. Ha! I tutaj odkrycie! Tajemnica Poliszynela! Wcale nie trzeba sięgać po bogato ilustrowane pamiętniki podróżnicze, których pełno na rynku (a których wartość jest trudna do weryfikacji). Dehnel nie silił się nawet na obiektywizm! Pisał tak, jak doświadczał! A ja, i bez krzykliwych zdjęć, potrafiłam to, czego doświadczał, zobaczyć!!!


piątek, 1 stycznia 2016

Księgogród w 2015...


Czytelniczych podsumowań czas... I od usprawiedliwienia zacznę. Czas wydarty między obciążającą pracą zawodową i opieką nad dzieckiem nie pozwala niestety na czytelnicze szaleństwo. Najczęściej kończy się na dziesięciu stronicach przeczytanych autobusie pędzącym do pracy i piętnastu (po południu już korki) przeczytanych w drodze powrotnej. Jakkolwiek chciałbym uczynić z czytania styl bycia i życia... dużo samozaparcia mnie ten styl kosztuje, a i tak przegrywam ze zwykłym ludzkim zmęczeniem:-(
Ogólny bilans 2015 roku przedstawia się następująco: przeczytałam 40 książek. Mniej niż w 2014, ale wśród nich były prawdziwe objętościowe "kobyły".
Z tych, które były dla mnie największym czytelniczym odkryciem chcę wymienić sześć. Z wyjątkiem pierwszego miejsca kolejność przypadkowa:

A więc top 6 roku 2015:

1. Sylwia Chutnik "Jolanta" - tak doskonałej literacko powieści nie czytałam już od dawna
2. Maryla Szymiczkowa "Tajemnica Domu Helclów" - świetna literacka zabawa, ot co!
3.Andrzej Stasiuk "Jadąc do Babadag" - mimo że trochę ją męczyłam, otworzyła mi oczy na wiele rzeczy
4. Barbara Kosmowska "Kolorowy szalik" - dwa poruszające opowiadania. Największe odkrycie dla mnie w literaturze dziecięcej od czasu fascynacji twórczością Kate DiCamillo (właściwości terapeutyczne porównywalne)
5. Ziemowit Szczerek "Siódemka" - przeczytajcie, a zobaczycie
6. Zofia Mossakowska "Portrety na porcelanie" - od pomysłu na budowę do konstrukcji postaci porażająca książka.

Wielkich rozczarowań na szczęście roku nie było. 
Jest za to postanowienie na ten rok: WIĘCEJ!!!! Więcej przeczytanych, kupionych, pożyczonych, odkrytych książek!!!


sobota, 26 grudnia 2015

L. Frank Baum "Czarnoksiężki z Krainy Oz"

Chciałam poczytać przez święta coś bajkowego i dziecięcego. Już od dawna patrzyłam w kierunku stojącego na półce Oli „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, teraz więc trafiła się okazja, aby w świątecznym czasie bez wyrzutów sumienia i nieśpiesznie wyruszyć w podróż razem z Dorotką i jej przyjaciółmi.
Ciężko jest pisać o książce, która lepiej lub gorzej, ale jednak funkcjonuje w świadomości większości czytelników. Filmy, adaptacje, bajki… Tylko że może właśnie dlatego ciężko jest wykreować sobie własny Szmaragdowy Gród i własną żółtą drużkę. Udało mi się to o tyle, że nie przypominam sobie żadnej adaptacji filmowej, która zakłóciłaby działanie mojej wyobraźni w trakcie lektury. A książka Bauma to właśnie taka książka – trzeba wyobrazić ją sobie samemu, bez multimedialnych pomocników...
Zachwyciła  mnie głównie gra kolorów. I Szmaragdowy Gród, i Kraina Porcelany, i te przedziwne postaci z latającymi małpami na czele… Ktoś mi jednak pomógł w tej wędrówce… To Robert Ingpen, który zilustrował czytane przeze mnie wydanie. Uwielbiam  serię Buchmana z ilustracjami Ingpena; to od niej zaczęła się moja fascynacja Alicją w Krainie Czarów. Powieść Bauma zilustrowana jest równie pięknie. Szczególnie robią wrażenie ilustracje całostronicowe. Najbardziej zachwyciła mnie smutna przemiana drwala… 
Czytając to wydanie z ilustracjami Ingpena, otrzymuje się dodatkową estetyczną ucztę. Polecam serdecznie to konkretne wydanie. A i sama podróż z Dorotką i jej przyjaciółmi była znakomitym pomysłem na święta. Tę wędrówkę można tak różnie i na tylu poziomach odczytywać… Właśnie takich wędrówek w literaturze szukam…

Reprodukcje pochodzą ze strony: http://www.ambelucja.pl/Czarnoksieznik-z-Krainy-Oz/2724/

wtorek, 8 grudnia 2015

Andrzej Maleszka "Magiczne drzewo. Świat ogromnych"

Po kolejny tom Magicznego drzewa sięgnęłam, zacierając ręce z radości i ciekawości. Nie ma drugiej takiej serii dla młodzieży, której akcja działaby się tak błyskawicznie, a zwroty akcji byłyby takie fascynujące. Jest to bez wątpienia jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) serii dla młodszej młodzieży. W „Świecie ogromnych” następuje jednak mała zmiana. Owszem, dzieje się w niej dużo – jak na książkę przygodową – ale mało jak na samego Maleszkę. Autor położył tym razem akcent na opis świata olbrzymów, na scharakteryzowanie go dokładnie i wyczerpująco. Fascynujące są szczególnie te opisy, które skupiają się na „proporcjach”. Przez to tajemnicza planeta olbrzymów jest jeszcze atrakcyjniejsza.  To oczywiście nie jest żaden minus tej części – jak pisałam, dzieje się w niej nadal bardzo wiele, powiedziałabym jednak, że pojawiła się z tą częścią jakaś nowa jakość.
Fascynuje mnie u Maleszki dobór motywów; czerpie  garściami z najlepszych tradycji literatury dziecięcej, ale jednocześnie nie jest to odtwórcze – to autonomiczne światy, przedmioty, sytuacje, choć gdzieś już w jakichś konfiguracjach dawno wystąpiły. A dobór ich jest wyborny: zmiany proporcji – echa Krainy Czarów, świat olbrzymich – echa przygód Guliwera. Dodałabym do tego zacnego grona jeszcze przygody Pożyczalskich. Maleszka czerpie pełnymi garściami z najlepszej tradycji – identyfikowanie jej to kolejna czytelnicza frajda.
Ta część serii ma jednak jeszcze dodatkowo jakiś niepowtarzalny klimat, przebija z niej jakiś niewyczuwalny do tej pory smutek – ten dziwny świat olbrzymów z Gustawem i Bertą na czele – bezdzietnym małżeństwem, które przygarnęło dwoje „małych” ludzików. Ta bezwarunkowa miłość i akceptacja Berty do swoich podopiecznych… To poczucie niedopasowania do rzeczywistości Alika. I wreszcie cierpienie matki – pani Szulc, która straciła swoje dziecko. Na szczęście wszystko  kończy się dobrze, ale książka pozostawia jakiś niepokój… A ostatni akapit zapowiada kłopoty w świecie Kukiego i Gabi. Chciałabym... życzyłabym sobie, żeby ta seria poszła w tym właśnie kierunku, tym bardziej że przez to kompletnie nie traci na atrakcyjności fabuły.

W ogóle marzę o tym, żeby spotkać kiedyś Maleszkę na targach. Żeby zapytać go, jak on to robi? Jak mu się to udaje, że akcja z takimi niespodziewanymi zwrotami zawsze dobiega do szczęśliwego końca? Jaki jest jego sposób pracy nad tymi książkami? Czy ma w głowie od razu zarys całości, czy tworzy tę akcję w trakcie pisania. A może ktoś już to wie?