Kiedy brałam do ręki tę przepastną powieść byłam pewna, że
mam do czynienia z kolejną propozycją a la Dan Brown, tyle że z tajemniczym
woluminem w roli głównej. Sugerował to zresztą opis na okładce, akcentujący
element sensacyjny fabuły. Pomyliłam się jednak, o jak bardzo… Autorka snuje historię autentycznej księgi – sarajewskiej
hagady (skan księgi zobaczyć można na stronie: http://www.talmud.de/sarajevo/,
także ilustrację przedstawiającą czarną kobietę, której Brooks poświęciła cały
rozdział). W posłowiu szczegółowo wyjaśnia, które elementy powieści stanowią
literackie zmyślenie. Powieść jest bowiem specyficzną „wersją wydarzeń”.
Autorka siłą wyobraźni odtwarza losy i wędrówkę księgi, choć tak naprawdę snuje
przede wszystkim historię o ludziach, których los splótł się w jakiś sposób z hagadą.
Element sensacyjny nie jest tu najważniejszy. Najważniejsze są losy ludzi,
opowiedziane spokojną, niespieszną narracją. Autorka stosuje ciekawy zabieg
kompozycyjny. Akcja powieści zaczyna się w ogarniętym wojną Sarajewie. Główna
bohaterka powieści Hanna – australijska konserwator sztuki, przyjeżdża do
Sarajewa aby zbadać i konserwować hagadę. Wszystko to, co odnajduje w książce –
włos, motyle skrzydełko czy plamy po winie, staje się tematem przewodnim
rozdziałów, którymi przeplatane są fragmenty dotyczące prac konserwatorki. O
ile ona „idzie” na przód ze swymi odkryciami, o tyle rozdziały będące
rekonstrukcją wydarzeń opowiadają historię hagady niejako od tyłu (od czasów
drugiej wojny do XV wieku) . Każdy rozdział stanowi niemalże samodzielny,
rozbudowany fabularnie fragment dziejów książki. Każdy stanowi propozycję
wersji wydarzeń. Choć tak jak pisałam, to przede wszystkim dzieje narodów i
poszczególnych jednostek, nie księgi. To znakomicie zarysowani bohaterowie,
żywi i do bólu prawdziwi, opisani językiem prostym, ale nie pozbawionym
wyszukanych porównań. A całość
dedykowana bibliotekarzom. Jednym słowem znakomita powieść, obowiązkowa lektura
nie tylko dla wielbicieli książek o książkach, choć dla nich szczególnie cenna.
Powieść Brooks jest bowiem rozbudowaną refleksją o tym, co mówią (a co
przemilczają) o dziejach ludzi stare księgi…
sobota, 2 czerwca 2012
sobota, 12 maja 2012
Warszawskie Targi Książki 2012
Dwie godziny drogi, trzy godziny na targach, dwie godziny z powrotem. Siedem godzin rozłąki z córeczką... ale byłam! Krótko, ale wystarczająco, by poczuć tę jedyną w swoim rodzaju atmosferę. I żeby zobaczyć tłumy, których jeszcze, jako smakosz i coroczny bywalec targów, nie widziałam. I zmarginalizowane stoiska czytników e-booków - "nie myśl, że książki znikną" - zaśmiałby się Eco. I co jeszcze?
Przecudnej urody nagrodę Donga na stoisku Media Rodzina:
wspaniale zaaranżowaną wystawę poświęconą Januszowi Koczakowi:
stoisko japoskich książek, na którym upatrzyłam sobie jedną z nich, ale za diabła nie mogłam się dogadać i do zakupu nie doszło:
zjawiskową Olgę Tokarczuk:
kompletnie nic nie robiących sobie z dzikich tłumów kamiennych czytelników:
moje ukochane, w tym roku niezwykle skromne stoisko z rosyjskimi książkami:
najbardziej jednak zadziwił mnie taki widok, choć przecież były i młodsze dzieci:
no i chłopaki siedzące na schodach, zatopione w lekturze jak gdyby nigdy nic:
Poza tym przywiozłam dedykacje od Doroty Sumińskiej, Marcina Szczygielskiego, Anny Onichimowskiej, Julii Hartwig i... "tysiące uścisków i buziaków" dla mojej Oleńki od Agnieszki Frączek, wpisane do książki "Całuski i buziaczki" :-)
Przecudnej urody nagrodę Donga na stoisku Media Rodzina:
wspaniale zaaranżowaną wystawę poświęconą Januszowi Koczakowi:
stoisko japoskich książek, na którym upatrzyłam sobie jedną z nich, ale za diabła nie mogłam się dogadać i do zakupu nie doszło:
zjawiskową Olgę Tokarczuk:
kompletnie nic nie robiących sobie z dzikich tłumów kamiennych czytelników:
moje ukochane, w tym roku niezwykle skromne stoisko z rosyjskimi książkami:
najbardziej jednak zadziwił mnie taki widok, choć przecież były i młodsze dzieci:
no i chłopaki siedzące na schodach, zatopione w lekturze jak gdyby nigdy nic:
Poza tym przywiozłam dedykacje od Doroty Sumińskiej, Marcina Szczygielskiego, Anny Onichimowskiej, Julii Hartwig i... "tysiące uścisków i buziaków" dla mojej Oleńki od Agnieszki Frączek, wpisane do książki "Całuski i buziaczki" :-)
piątek, 27 kwietnia 2012
Joanne Owen "Władca marionetek"
Dawno już
nie czytałam książki tak wciągającej nie tyle fabułą co klimatem. Dawno też nie
miałam w ręku wydawnictwa tak przemyślanego edytorsko. Za nieszczególnie udaną
okładką kryje się bowiem prawdziwe cacko, złożone z klimatycznych ilustracji,
uroczych motywów zdobniczych i zróżnicowanych czcionek (wszystko to organicznie
współgra z treścią). Treść książki zasługuje zresztą na podobną oprawę. Akcja
dzieje się w XVIII-wiecznej Pradze. Praga – demoniczne, straszne, skute lodem i
zasypane śniegiem miasto jest zresztą jednym z bohaterów powieści. Drugim
pozostaje równie demoniczny Władca Marionetek, który z pomocą swego wędrownego
teatru chce zdobyć władzę nad miastem. I jeszcze dziewczynka Milena, która
okazuje się potomkinią legendarnej Libuszy, mitycznej założycielki Pragi. Bo na
legendach o założeniu miasta opiera się ta ponura, tajemnicza historia. Tyle że
w tej historii, jak informuje tekst na czwartej stronie okładki: „legendy to przyszłość”, nie przeszłość.
Niezwykle klimatyczna, choć ze strony na stronę coraz bardziej ponura i
„grobowa” powieść, pełna soczystych motywów: zamknięty teatr marionetek,
wędrowna trupa, demoniczni i groteskowi bliźniacy, żywe marionetki, wróżby z
ziół, gabinet luster, sklep z guzikami itd… A to wszystko pięknie opisane, na
granicy majaczeń sennych. Każde słowo i zdanie niesie jakiś ponury obraz. Jeśli
lubicie takie książki: krzyżówki powieści gotyckich, opowiadań Poego i prozy
poetyckiej, to na pewno nie pożałujecie czasu na lekturę.
Dodam
jeszcze, że książka wydana została na kredowym papierze, w twardej oprawie. Z
tyłu zawrotna cena 40 zł. Ja kupiłam ją w supermarkecie za 10 zł, choć jest
warta swej pierwotnej ceny.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
książka z pacynką
Pomysł kapitalny. Pacynka wystaje z książki i na każdej stronie małpka jest na tle innego koloru. Wszak książka o kolorach właśnie. Oleńka jeszcze tego nie wie, ale jej mina na widok małpki Frani... bezcenna. A i mamę cieszą inne niż dotychczas formy książki:-)
wtorek, 10 kwietnia 2012
Eleanor H. Porter "Pollyanna"
„Pollyanna” to urocze skrzyżowanie „Ani z Zielonego Wzgórza” i „Tajemniczego ogrodu” (głównie za sprawą podobnych postaci i motywów). Ja za przygodami Ani i za słodkim, egzaltowanym usposobieniem głównej bohaterki nie przepadałam, dlatego do „Pollyanny” też musiałam się przekonać. Początkowo zresztą książka wydała mi się infantylna i wydumana. Dopiero później dostrzegłam w niej coś więcej.
Pollyanna to jedenastoletnia dziewczynka, która po stracie rodziców przyjeżdża do zgorzkniałej ciotki. Rewolucjonizuje małe miasteczko i najbliższe otoczenie specyficznym podejściem do rzeczywistości. Dziewczynka bowiem gra w specyficzną grę polegającą na nieustannym wyszukiwaniu dobrych stron każdej sytuacji i powodów do radości. Zaraża optymizmem i daje porządną lekcję pięknego życia. Mimo dużego schematyzmu i wymuszonych dialogów polecam więc tę powieść dla młodzieży. Motyw gry w radość zastosować można na lekcjach bibliotecznych, wychowawczych, w biblioterapii i… we własnym życiu.wtorek, 27 marca 2012
Pierwsze książeczki Oleńki...
...a przynajmniej pierwsze, które zwróciły jej uwagę. Zaletą "Książeczki maluszka o zwierzątkach" są bowiem śliczne, mocno skontrastowane rysunki, które przyciągają uwagę niemowlaka (Wydawnictwo Olesiejuk).
niedziela, 4 marca 2012
zmiany w Księgogrodzie
...a to za sprawą właściciela maleńkich bucików na zdjęciu. Moją podstawową lekturą stanie się teraz "Pierwszy rok życia dziecka". Będzie też zapewne przerwa w intensywnym czytaniu, za to za jakiś czas rozpocznie się fascynująca przygoda z małym czytelnikiem i literaturą dla dzieci a Księgogród przekształci się we wspólny Księgogrodzik. Przebieg tej przygody będę relacjonować na bieżąco. Zaczęłyśmy już w drugim tygodniu życia. Maleńka na dżwięk czytanej przeze mnie książki otworzyła szeroko oczy w ogromnym zdziwieniu, a potem spokojnie zasnęła. Udało nam się powtórzyć ten cudny proceder aż trzy razy i tak oto przeczytałyśmy całego "Aksamitnego królika".
środa, 29 lutego 2012
Waldemar Wolański "Pan Twardowski"
Znałam tekst Wolańskiego o Panu Twardowskim, został on bowiem opublikowany w formie scenariusza teatralnego i wystawiany w Teatrze Groteska w Krakowie. Z radością powitałam więc propozycję Wydawnictwa Skrzat i wersję „prozatorską”. Mimo iż Wolański mocno modyfikuje treść legendy o polskim szlachcicu, wprowadza nowe postaci obce legendzie, robi z diabła Rokity nieco niezręcznego i groteskowego diabła, któremu w zdobyciu duszy Twardowskiego muszą pomagać dzikie czarownice z Łysej Góry, a finał podania czyni znacznie bardziej egzystencjalno-chrześcijańskim niż wymaga tego sama legenda, to jednak tekst czyta się bardzo dobrze. Jest dynamiczny, pełny językowej werwy, słownego dowcipu, plastycznych porównań – taki „samoczytający” i doskonały do wspólnej lektury. Gdzie ma straszyć, tam straszy, gdzie ma śmieszyć, tam śmieszy a gdzie wzruszać, tam wzrusza. Wszystko w odpowiednich proporcjach w sam raz dla młodego czytelnika.
Ale nie tylko o tekst się w propozycji Skrzata rozchodzi. Wydawnictwo wypuściło bardzo przemyślaną graficznie (choć niekoniecznie z przeznaczeniem dla dzieci, raczej dla miłośników estetycznej książki) publikację. Tekst złożony został ozdobną, choć niewydumaną czcionką (strona redakcyjna książki informuje, że jest to Antykwa Toruńska i podaje pokrótce jej historię, co zdarza się we współczesnych książkach niezwykle rzadko i świadczy o „celowej robocie edytorskiej”). Zdobią go nie tylko urocze pastelowe rysunki ale także szkice postaci ze spektaklu. Na szerokich marginesach książki pojawiają się ludowe motywy, sam kolor i „namalowana” faktura imitująca pomięty papier dodają książce uroku. Jednym słowem to małe edytorskie cacko. I dobrze. Tekst Wolańskiego zasługuje na taką oprawę a półka bibliofila na taką publikację…środa, 22 lutego 2012
Mathias Malzieu "Mechanizm serca"
„Mechanizm serca” to – jak słusznie informuje napis na okładce (i dobrze, bo urocza, musicie przyznać, okładka może mylić) baśń dla dorosłych. Za baśniowym obrazowaniem kryje się bowiem nie tylko alegoria ludzkich losów, ale i ubrane w baśniowe szaty studium trudnej miłości dwojga ludzi. Historia zaczyna się znakomitym językowo opisem „najzimniejszego dnia w dziejach świata”, kiedy: ”chłód jest tak wielki, że ptaki zamarzają w locie i rozbijają się o ziemię” a „koty zamieniają się w gargulce z wtopionymi w rynny pazurami.” Tego dnia demoniczna akuszerka odbiera poród w swojej chatce na wzgórzu Edynburga. Serce niemowlęcia zamarza, więc żeby go ratować wszczepia mu w niego mechanizm zegara. Chłopiec zostaje z nią i dorasta z tykającym w sercu zegarem. Potem zakochuje się jednak w „źle widzącej śpiewaczce” i wyrusza za nią w świat. Jak pisałam, baśń rozpoczyna się przepięknym opisem zimy, potem jednak staje się bardzo niejednorodna stylistycznie i językowo. Jest w niej dużo pięknej, poetyckiej metaforyki ale też równie dużo językowej przypadkowości. Niewątpliwą zaletą opowieści jest jednak oryginalnie wykorzystany motyw mechanizmu zegara, z całym dobrodziejstwem kulturowego inwentarza. Dla każdego baśń o mechanizmie serca będzie prawdopodobnie opowieścią o czym innym, dla mnie to przede wszystkim historia wielkiej macierzyńskiej, toksycznej miłości do dziecka. Baśń kończy się bardzo refleksyjnie i pozostawia w czytelniku dużo zamyślenia. Jeśli lubicie takie literackie hybrydy i chcecie ogólnoludzkiej refleksji, to pod tymi warunkami polecam.
środa, 15 lutego 2012
Igor Neverly "Rozmowa w sadzie piątego sierpnia. O chłopcu z bardzo starej fotografii"
Znakomite uzupełnienie do lektury „ Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier. Bo o ile autorka przedstawia nam bardzo niejednoznaczny obraz człowieka przede wszystkim tragicznego w swoich wyborach, o tyle sekretarz Korczaka – Igor Neverly kreśli żywy, „optymistyczny” portret Starego Doktora, przystosowany niejako do percepcji młodego czytelnika, bo to krótkie wspomnienie do młodzieży właśnie jest kierowane. Newerly opowiada bowiem o Korczaku grupce harcerzy, która odwiedziła go w jego sadzie… Opowiada o ŻYCIU, nie śmierci Korczaka. Unika opisów martyrologii. Nie chce mitologizować Korczaka, chce pokazać żywego człowieka, jego aktywność społeczną, niespotykane relacje z wychowankami, poczucie humoru. Pragnie także wyjaśnić podstawy systemu wychowawczego Korczaka, a ze względu na specyficznego odbiorcę - młodzież, czyni to spokojnie i w słowach niezwykle prostych. Dlatego jest mały problem z adresatem tej książki, która mimo prostego języka nadaje się znakomicie także dla dorosłych czytelników – wszak traktuje o programie wychowawczym Korczaka prosto, ale bardzo metodycznie. Wszystko – także miejsce tej wyimaginowanej (chyba) rozmowy z młodzieżą: letni sad, zapach jabłek, czyni te wspomnienia wyjątkowymi. Druga część „O chłopcu z bardzo starej fotografii” rozpoczyna się refleksją na temat zdjęcia małego Korczaka, reprodukowanego do dziś w kolejnych wydaniach „Króla Maciusia Pierwszego”. Autor z podobną lekkością odtwarza dzieciństwo małego Korczaka. Książkę uzupełnia kalendarium życia Starego Doktora.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








