poniedziałek, 28 grudnia 2009

Carloz Ruiz Zafon "Cień wiatru"

Wiem, nic nie usprawiedliwia tak opóźnionej lektury „Cienia wiatru”. Tym bardziej, że motyw Cmentarza Zapomnianych Książek gdzieś się już w moich wynurzeniach pojawił ale do tego, że znam go tylko z notek o książce już się nie przyznałam.
Książka doczekała wreszcie na swoją kolej i zapełniła mi a może i zasłoniła sobą święta.
Cóż mogę napisać, skoro wszystko już zostało napisane przez innych miłośników ksiąg i poszukiwaczy książek o książkach. Odebrałam fabułę książki jako udaną kompilację tego co już w literaturze było i co jeszcze w niezliczonych kombinacjach będzie się zapewne powtarzało.
Że to kompilacja romantycznych fabuł z Hoffmana, Puszkina, Dumasa czy nawet Lewisa nie da się zaprzeczyć. Oddając się lekturze przypominałam sobie całe fragmenty klasyki. Czyżby wiek XXI nic już nie miał do zaoferowania? Jaki by nie był powód podobnych powrotów do najlepszych źródeł, powieść wciąga jak mało która. Życie miesza się z fikcją, już nie wiadomo, kto jest wykreowany przez wyobraźnię a kto jest z krwi i kości. Ale przecież o to chodzi, o splot literatury i życia tak mocny, że aż nierzeczywisty.
Swoją drogą ciekawe jest to, że choć technologie XXI wieku oddalają nas od bibliotek, odwracają uwagę od książek, wskazują inne formy tekstu literackiego, sama literatura zaborczo i do pierwszej krwi walczy o ponowne skierowanie uwagi na biblioteki – kreując je jako miejsca magiczne, czasami szatańskie ale zawsze wplywajace znacząco na życie. To dobrze, choćby nie wiem ile kompilacji wątku poszukiwania nieznanego autora książki literatura jeszcze wyprodukowała (np. Miasto śniących książek) zawsze czyta się je z wypiekami na twarzy.
Fascynująca jest kreacja głównej postaci – Juliana Caraxa. Od momentu gdy poparzony trafia pod opiekę Nurii, odkąd wymyka się z domu by zabijać i palić, zaczyna wymykać się także spod wszelkiej logiki i prawdopodobieństwa. Uwielbiam takie kreacje!
Wszyscy zachwycają się – w gruncie rzeczy schematycznymi opisami Barcelony (równie schematycznie wprowadzanymi, prawie zawsze na początku kolejnych rozdziałów jakby autor nie miał pomysłu na ich rozpoczęcie) – ale książkę warto przeczytać dla samego opisu pałacyku rodziny Penelope i wszystkich dziejących się tam scen. W ogóle opisy domów - także domu rodzinnego Juliana – są niebywałe.
Ulubiony cytat:
„Książki są lustrem, widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie”

sobota, 26 grudnia 2009

Szymon Hołownia "Tabletki z krzyżykiem"

Męczyłam, męczyłam, odkładałam, przekładałam, wracałam, i przeczytałam. A cały proceder z lekturą Hołowni trwał prawie miesiąc.
Nie mogę powiedzieć, tabletki warte połknięcia, choć momentami stające w gardle.
Trudna lektura, myślałam, że książka będzie łatwa i przyjemna, a tu wielkie zdziwienie.
Generalnie odniosłam wrażenie, że „tabletki” – czyli poszczególne rozdziały (trzeba przyznać, pomysł budowy książki niebanalny) są przede wszystkim kompilacją literatury teologicznej, sam Hołownia ułożył je w zgrabną całość i okrasił żywym, dowcipnym, w wielu momentach kolokwialnym ale współczesnym – a przez to zrozumiałym językiem.
Pisać o Bogu w języku współczesnym to wielkie ryzyko ale i wielka odwaga. Widać to najlepiej w śmiałych, prowokacyjnych podtytułach rozdziałów.
Poraża ogrom wiary autora, podziw wzbudza wiedza teologiczna ale irytuje „monopol na zbawienie” który autor podkreśla na każdym kroku.
Ciekawe cytaty:
„Grzech zawsze jest jak wietnamska podróbka, która w rezultacie kosztuje trzy razy więcej, niż przewidywano i do niczego się później nie przyda”
„Zbyt konsekwentne zamienianie wiary w wiedzę prowadzić może co najwyżej do śmieszności”
„Bo żyjemy w świecie, w którym zamiast być, koniecznie chce się coś robić”

niedziela, 20 grudnia 2009

ks. Kazimierz Sowa "Słownik Języka Boskiego"

Przyznam się szczerze, że nie lubię czytać wywiadów. Książkę poleciła mi jednak znajoma, tytuł zaintrygował i przeczytałam, i nie żałuję!
Na książkę składa się zapis rozmów przeprowadzonych przez ks. Kazimierza Sowę ze znanymi ludźmi mediów w programie o tym samym tytule, emitowanym w kanale Religia.tv. Programu nie oglądałam i choć do książki dołączona jest płyta – nie podjęłam próby konfrontacji tekstu zapisanego z tekstem mówionym, choć może skutek byłby ciekawy.
Lektura wartościowa, choć wcale nie łatwa, której - mimo niewielkich rozmiarów – poświęciłam kilka wieczorów. Dziewiętnastu rozmówców łączy obecność w mediach ale tak naprawdę są to ludzie w bardzo różnych bajek – co daje ciekawą różnorodność. Budowa książki jest też bardzo przemyślana. Każdemu rozmówcy przypisana jest jedna nadrzędna wartość, wokół której krąży rozmowa. Pytania zadawane rozmówco są przemyślane i niebanalne a odpowiedzi spokojne i dojrzałe. Najbardziej zadziwiła mnie Magdalena Stużyńska i jej piękne słowa o modlitwie. Oczywiście, nigdy nie wiadomo kiedy w przypadku osób publicznych kończy się szczerość a zaczyna gra pozorów ale generalnie po lekturze tych rozmów możemy sobie zdać sprawę z tego jak wielu stereotypom na temat ludzi mediów i gwiazd ulegamy.
Książka naprawdę warta polecenia i uwagi.
Ulubione cytaty:
Przemysław Babiarz: „Natomiast zdecydowane określenie kierunku życia i poglądów daje ulgę. Na początku jest dosyć trudno ale kiedy już to zrobimy, nagle cały świat się rozjaśnia.”
Robert Korzeniowski: „Wszystkie zawody są takimi momentami otrzeźwienia, które są potrzebne aby człowiek się zastanowił nad swoim życiem. Natomiast jeśli nie potrafisz wtedy ze sobą rozmawiać, nie masz tej wewnętrznej szczerości, przegrywasz.”
Marek Kamiński: „Życie nie polega jedynie na tym, żeby pracować, spać i robić tylko takie rzeczy, które nie są groźne i nie budzą w nas lęku, by było nam łatwo. Ono ma służyć czemuś większemu. Każdy z nas ma swój biegun.”

sobota, 19 grudnia 2009

książka na choinkę

Nie mogłam się powstrzymać, zeby nie kupić tej - bądź co bądź - nieprzyzwoicie kiczowatej ozdoby na choinkę.
Mimo, że nie można jej przeczytać:-)

czwartek, 17 grudnia 2009

J.I.Kraszewski "Ulana"

Jest coś przeuroczego w tych malowniczych opisach wsi, w tym moralitetowym tonie w jakim Kraszewski pisze o prawidłach życia, wreszcie w próbie przeprowadzenia studium namiętności.
Miłość chłopki do pana, uwiedzenie jej i porzucenie – historia banalna i przewidywalna. Ot romansidło. W dodatku pisane językiem już nam dalekim i w wielu momentach niezrozumiałym. A jednak coś każe czytać, coś każe przeżywać i zamyślić się smutnie przy smutnym zakończeniu. I sięgać po kolejnego Kraszewskiego i kolejne bohaterki, literackie do bólu – takie, których już nie ma. Nie ma już we współczesnej literaturze polskiej takich konstrukcji i takiego obrazowania. Od czasu do czasu powracam do klasyki jak syn marnotrawny z przeświadczeniem, że odnajdę tam złoża perełek, które gdzieś zagubiły się w zalewie „bestsellerów”.

środa, 16 grudnia 2009

czy ktoś wie?

Czy ktoś z Was natknął się w literaturze pięknej na motyw fotografii, fotografowania lub fotografów? Jest mi to potrzebne a nidy nic podobnego w beletrystyce nie znalazłam oprócz "Nieznośnej lekkości bytu". Dziękuję za wszelkie podpowiedzi:-)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Nowe przygody Mikołajka Tom 2

Mikołajek tradycyjnie towarzyszył mi w pociągu.
I owszem, współtowarzysze podróży byli świadkami tłumionych wybuchów śmiechu ale w nieco mniejszej ilości niż miało to miejsce w przypadku pierwszej części. Ale przecież nie one (wybuchy tłumione lub nie) są celem lektury. Samo zatopienie w dziecięcym świecie Mikołajka, jest już nagrodą.
Jakaś niesłychana magia jest w tekstach, które chociaż wpisane w kilka powtarzających się wciąż schematów i przewidywalne, nie nudzą się…
Chociaż… w tomie drugim skumulowało się w bliskim sąsiedztwie kilka historyjek opartych na schemacie: najwymyślniejsze zabawy udaremnione przez kłótnię i bijatykę małych bohaterów, co nie było najtrafniejszym rozwiązaniem. Rozciągnięte na całe strony rysunki powodowały zaś wrażenie sztucznego zwiększania objętości książki.
Co tam… to i tak nic w porównaniu z ostatnim wydaniem z kolorowymi ilustracjami (jak można było pokolorować Mikołajka! To profanacja, nawet jeśli autorstwa samego autora rysunków)
P.S. Do kina nie pójdę, chcę aby Mikołajek pozostał w mojej wyobraźni jako czarno-biały, rysunkowy chłopiec. Poza tym wszyscy się chyba ze mną zgodzicie, że magia tej książki tkwi przede wszystkim w jej warstwie językowej i cudnie oddanej mowie zależnej. A jak wiemy film z warstwą słowną zwykle wierutnie przegrywa…

wtorek, 8 grudnia 2009

Jacek Dehnel "Fotoplastikon"

Małe perturbacje życiowe nie sprzyjają ostatnio moim lekturom, zepchniętym do środków komunikacji miejskiej a i to nie, bo głowę mam nabitą czym innym. Udało mi się jednak, nie bez trudu, przemycić lekturę najnowszej książki Jacka Dehnela (dla innych moli książkowych zaglądających do Księgogrodu wybiórczo przypomnę, że jestem ortodoksyjna wielbicielką twórczości Dehnela i samego Dehnela) .
TAKIEJ książki jeszcze nie było. Zdecydowanie wypełnia lukę w nieczęstych kontaktach literatury z fotografią. Na parzystych stronach książki umieszczone są reprodukcje bardzo starych, w większości przedwojennych fotografii wyszperanych przez Dehnela na plich targach, bez właściciela, bez kontekstu, bez historii. Na nieparzystych stronach książki, w króciutkich tekstach Dehnel oddaje im tę zagubioną tożsamość, kontekst i historię. Tropi szczegóły i szczególiki zamkniętych w kadrze światów z detektywistyczną precyzją i spostrzegawczością. Niejednokrotnie z braku wystarczających poszlak tworzy hipotezy fantastyczne w swej logice, zawsze robi to jednak z erudycją i pomysłowością.
Irytował mnie jedynie jakiś specyficzny cynizm towarzyszący przedzieraniu się przez te zapomniane obrazy. Wyczuwam też nieskromny i świadomy popis owej erudycji – teksty te, najeżone specjalistyczną terminologią, stają się w wielu momentach po prostu „nieczytelne”.
Mimo tych wszystkich ale, z miniatury na miniaturę, ze zdjęcia na zdjęcie rosło moje zadziwienie ogromną wiedzą Dehnela na temat fotografii, wielką łatwością w interpretowaniu obrazu fotograficznego, i jedyną w swoim rodzaju - Dehnelowską wrażliwością. Nikt nie zrobiłby tego lepiej.

środa, 2 grudnia 2009

J.K. Rowling "Baśnie Barda Beedle'a"

Pięć krótkich baśni autorki „Harrego Pottera”. Teksty oryginalne i dobrze skrojone. Jest w nich to wszystko co w klasycznych baśniach: system wartościowania, schematyzm postaci typowa dla gatunku budowa (widoczna szczególnie w dwóch tekstach: „Fontanna szczęśliwego losu” i „Opowieść o trzech braciach”. W obu konstrukcja oparta jest na liczbie trzy. W pierwszej trzy próby po drodze do fontanny, w drugiej trzech braci i trzy insygnia.). Po powierzchownym przewertowaniu „Ludowej bajki polskiej w układzie systematycznym” Juliana Krzyżanowskiego, znajdziemy w Rolingowych baśniach wiele motywów- uniwersaliów (jakoś nie mam weny, by odkopywać te motywy, choć za czasów studenckich uwielbiałam podobne działania a dwutomowe dzieło Krzyżanowskiego znałam niemalże na pamięć).
Baśnie – wraz z nadbudowanym „komentarzem” Dumbledora odwołują się ściśle do świata magii wykreowanego w potterowym cyklu, co jak sądzę tym bardziej zachęca dzieci i młodzież wychowanej na Harrym do lektury a tym samym sięgnięcia po prastary gatunek. I dobrze. Z wyjątkiem zbyt drastycznego zakończenia bajki „Włochate serce czarodzieja” to lektura godna polecenia.
Książkę warto mieć w swoich zbiorach także ze względu na jej piękną oprawę graficzną!

piątek, 27 listopada 2009

znalezione w książce

Troszkę się zdziwiłam opracowując ksiązkę "Zarządzanie logistyką" (powyżej skan fragmentu karty tytułowej) ale jestem młodym bibliotekarzem i podobno takie rzeczy się zdarzają. Ja natknęłam się na to pierwszy raz. Jak to się mówi... lepiej wcześniej niż wcale:-)

czwartek, 26 listopada 2009

Bora Ćosić "Deklaracja celna"

Nie mam ostatnio dobrego czasu na czytanie. W nawale innych działań tą najukochańszą rozrywkę spycham do autobusów, czytam zmęczona po nocach, czytam byle jak. Zasypiam nad książką. Lepiej nie czytać w ogóle niż czytać tak jak ja ostatnio. Zmęczenie materiału.
Z „Deklaracją celną” walczyłam w pociągu – i sen i tekst był tak samo kuszący.
Trudna proza. Monolog wewnętrzny serbskiego pisarza, który uciekł ze swojego kraju „na północ” do Niemiec. Monolog długi i toporny, pisany strumieniem świadomości, pełen powtórzeń, nieścisłości, jakby momentami pisany w maglinie, gorączce. Narrator koncentruje się wokół kontroli celnej, którą ma odbyć przewożąc z ojczyzny swoje rzeczy. Realny fakt deklaracji celnej – spisu rzeczy wiezionych na obczyznę, staje się metaforycznym rozliczeniem z całym - materialnym i duchowym życiem. Narrator – jak sam mówi – robi „inwentarz duszy”. Boleśnie rozlicza wszystko to, co składa się na życie. Ciężka ksiażka, momentami trudna do zrozumienia, do tego gorzka i rzucająca nam w twarz prawdę o nas samych.

środa, 25 listopada 2009

J.I.Kraszewski "Chata za wsią"

Dlaczego Kraszewski? Może w zalewie nowych, pachnących jeszcze drukarską farbą książek zatęskniłam to żółtych stronic. A może przesycona „bestsellerami” przypomniałam sobie o „sprawdzonych” a porzuconych lekturach polonistycznych, których obiecałam nie porzucać.
Co by to nie było, powieść Kraszewskiego czytało mi się ciężko ale miło. Mimo kilku logicznych nieścisłości (które u Kraszewskiego bywają) oraz pękniętej fabuły (w pewnym momencie nie do końca już wiemy kto tak naprawdę jest głównym bohaterem) jest w tej bajce, jej języku i sposobie obrazowania świata coś przeuroczego. Czy to postać Tumrego – pół-cygana ukształtowanego na postać romantyczną z całym bogactwem wewnętrznych konfliktów, czy wieśniaczka Motruna, wyklęta przez rodzinę za to, że poślubiła cygana, czy głupi Janek - poczciwy i dobry, czy demoniczna cyganka Aza – wzorowa, choć przegrana femme fatale, czy wyidealizowana i również nieznośnie romantyczna Marysia – córka nieszczęsnego pół-cygańskiego małżeństwa a może tabor wędrujących cyganów, biednych i brudnych ale malowniczych…
Kraszewski stworzył wspaniały portret cyganów, choć zdemonizowany i pełen kulturowych zakłamań (zbudowany na stereotypach raczej). A femme fatale Aza jest niczym polska Carmen z noweli Merimee.
Czytajmy pożółkłe stronice…

sobota, 21 listopada 2009

"Dziennik Ma Yan. Z życia chińskiej uczennicy"


Jak my mało wiemy o świecie…
Na książkę „Dziennik Ma Yan. Z życia chińskiej uczennicy” składają się przede wszystkim zapiski kilkunastoletniej dziewczynki, opisujące trudy codziennego życia w ubogiej wiosce w Chinach. Matka Ma Yan, nie mająca pieniędzy na dalszą edukację córki, dała te zapiski dziennikarzom zwiedzającym wioskę. Tak ujrzały światło dzienne. Dzięki publikacji pamiętników, poruszeni nimi czytelnicy utworzyli stowarzyszenie mające na celu pomoc dziewczynce oraz innym ubogim dzieciom w dalszej edukacji.
Lektura zdumiewająca. Ma Yan opisuje codzienną walkę o przetrwanie, wielogodzinne piesze wędrówki do szkoły, nauczycieli bijących dzieci, przykrości doznawane od rówieśników, nadludzki trud rodziców aby zapewnić miskę ryżu, relacje z matką, którą bardzo kocha, a przede wszystkim ciągły GŁÓD.
Mimo trudów nie znanych współcześnie zachodniemu czytelnikowi (pomimo różnic majątkowych nie musimy głodować by kupić ołówek), zadziwia i zdumiewa wielka radość życia, wola przetrwania i zmiany losu swojego i rodziny. Przede wszystkim takzże OGROMNA, OGROMNA miłość do matki. W każdym zapisku, na każdej stronie dziennika, Ma Yan dziękuje matce za trudy i przysięga sobie ukończenie szkoły aby wybić się i poprawić jej los. Uderza także determinacja samej matki, aby dziecko ukończyło szkołę.
Ta książka to studium wielkiej miłości, może największej. Uwierzcie mi, ta lektura nie pozostawia obojętnym.
Bardzo interesująca jest budowa książki. Każdy zapisek (a są one króciutkie) wydzielony jest na osobnej stornie, co powoduje dużo światła między kolejnymi stronicami. Jednocześnie zapiski te wzbogacone są bardzo szczegółowymi komentarzami i uzupełnieniami dziennikarza opracowującego dziennik – dotyczącymi zjawisk społecznych czy kulturowych, o których pisze dziewczynka a które mogą być dla zachodniego czytelnika niezrozumiałe. Dziennikarz uzupełnia także informacje o losach poszczególnych członków rodziny dziewczynki, dając nam w sumie wyczerpujące informacje na temat życia w najuboższych regionach Chin.

piątek, 13 listopada 2009

Szymon Hołownia "Ludzie na walizkach"

Wypożyczając tą książkę w życiu bym nie pomyślała, że będzie taka zapadająca w pamięć i pozastawiająca w totalnym osłupieniu lektura.
Książka składa się z kilkunastu rozmów, jakie Hołownia przeprowadził z ludźmi ocierającymi się o śmierć, chorobę i cierpienie. Historie pacjentów poprzeplatane są rozmowami z lekarzami co tworzy dwa skrajne punkty widzenia. Nawet nie umiem powiedzieć, która rozmowa zrobiła na mnie największe wrażenie bo od pierwszej strony czytałam ksiązkę z opadniętą szczęką i narastającą wdzięcznością za dar zdrowia.
Podziwiam stoicki spokój i równowagę Hołowni w zadawaniu najtrudniejszych pytań. Brak w tej książce sentymentów, brak żalów… jest racjonalna diagnoza i ocena. Każde zdanie każdego rozmówcy wydaje się wyważone, a każda rozmowa spuentowana.
Rzadko sięgam po podobne książki – nie czytam wywiadów, pod wpływem Waszych wpisów – blogowiczów – zrobiłam wyjątek i bardzo mnie ta lektura wzbogaciła.
Cytaty (z rozmowy z Kazimierzem Sałatą):
-„A kiedy nie wiadomo jak się zachować, trzeba zachować się najprościej, czyli dobrze…”
-„A ludzie w Afryce są wolni od tych oświeceniowych i postośweceniowych schematów. Oni mają kompas, który my zgubiliśmy – naturę. Zamiast zmagać się z pytaniami, czy życie to proces biologiczny czy psychiczny, szukają smaku tego życia. Na drugiej półkuli nadal funkcjonują pojęcia takie jak tajemnica, u nas zamieniona w niewiedzę, powołanie – tu przekształcone w karierę, czy szczęcie – przerobione przez nas na sukces.”
Z rozmowy z Michałem Paradowskim:

-„DOBRE ŻYCIE TO SENSOWNIE WYPEŁNIONA CODZIENOŚĆ”

niedziela, 8 listopada 2009

Pascal Quignard "Taras w Rzymie"

Dziwna książka. Nadal nie wiem czy główny bohater jest postacią historyczną, choć szczegółowość w opisie, nazwy własne, inne historyczne nazwiska podpowiadają, że tak. Ta niewiedza niezmiernie mnie w czasie lektury irytowała.
Tekścik niewielkich rozmiarów, złożony z maleńkich objętościowo rozdziałów (niekiedy nie mających nawet jednej strony, co dodatkowo graficznie potęguje wrażenia „postrzępienia” tej historii) opowiada historię XVII wiecznego artysty – grawera Meaume, który oszpecony przez narzeczonego kochanki tuła się po miastach Europy. Historia dziwna i trochę nie do końca pozwalająca w siebie uwierzyć – tak bardzo wyjęta z… literatury, nie życia.
Nie mniej interesujące jest samo obrazowanie świata. Wszystko jest tu skąpane w kolorach i świetle – malarskie, plastyczne do bólu, mimo iż same prace Meaume są przecież czarno-białe. Jest to oczywiście książka i o miłości i o sztuce, ale książka, która mnie nie porwała i nie zachwyciła ani przez moment. Ot co.


Jerzy Pilch "Narty Ojca Świętego"

Najpierw muszę przyznać się do rażącego zaniedbania czytelniczego. Otóż dramat Pilcha jest pierwszym przeczytanym przeze mnie tekstem tego autora. Wiem, wiem, nic mnie nie usprawiedliwia, zaległości są jednak do nadrobienia a pierwsze podejście do Pilcha uznaję za udane.
Akcja „Nart Ojca Świętego” dzieje się w Granatowych Górach. Mieszkańcy miasteczka – jako że Papież za młodu spędzał tu czas i jeździł na nartach, spodziewają się, że u schyłku życia przybędzie do ich miejscowości i spędzi tu papieską "emeryturę". Żyją tą sugestią od lat, niemalże ją mitologizując. Kolejny „cynk” o przyjeździe staje się pretekstem do rozmów i wymiany poglądów. I jak to zwykle bywa - obnażeniu śmieszności i absurdów. Pilch odważnie podejmuje temat ciężki – bo obwarowany wieloma emocjami. Rozlicza Polaków ze stereotypów myślowych, przedstawicieli kościoła z odwiecznych wad (osoba księdza – wspaniała kreacja, żywcem wzięta ze średniowiecznej i oświeceniowej literatury – ubrana jedynie w znaki współczesnych czasów). Robi to ze swoistym urokiem i lekkością. Dialogi postaci tak zastanawiają jak śmieszą, niepotrzebnie tylko stosuje jakąś nienaturalną stylizację języka.
Kurcze, nie powinnam tego pisać ale ubawiłam się czytając ten tekst (szczególnie dialogi księdza i Komendanta Policji). Swoją drogą jak niewiele się zmienia od „Monachomachii” Krasickiego czy „Wesela” Wyspiańskiego. Może to straszne ale po „polonistycznemu” – czyli sztywno i schematycznie – widzę ten tekst w szeregu tych rozliczeniowych. Niezaprzeczalny humor pomaga jednak spojrzeć mniej boleśnie na to kim jesteśmy.

czwartek, 5 listopada 2009

Sasa Stanišić "Jak żołnierz gramofon reperował"


Trzy lata temu na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie, szukałam w natłoku ludzi i książek spokojnego miejsca na chwilę odpoczynku. Tafiłam zupełnym przypadkiem na odbywające się spotkanie dwóch pisarzy – Jacka Dehnela (naówczas jeszcze nie wiedziałam, że będzie to mój „idol”) i zupełnie nieznanego mi bośniackiego autora (mam nawet jakąś fotkę). Usiadłam za filarem i zupełnie niewidoczna jadłam kanapkę (!) i słuchałam. Byłam tam tylko chwilę, ale ktoś akurat czytał fragment powieści „Jak żołnierz…” – wtedy jeszcze w Polsce nie wydanej bo i nie przetłumaczonej w całości ale jednocześnie będącej głównym przedmiotem zainteresowania i dyskusji na spotkaniu. Świeża, zdrowa proza.
Wysłuchałam, zapamiętałam tytuł i postanowiłam zdobyć. Po trzech latach dotarłam do książki (wydanej zresztą w mojej ulubionej serii „Inna Europa, Inna literatura”) w Wydawnictwie Czarne i skonsumowałam ją w całości.
Nie żałuję, choć nie była to konsumpcja lekkostrawna.
Akcja powieści rozgrywa się w Wyszechradzie i obejmuje wojnę w Jugosławii. W pierwszej części książki poznajemy rodzinę dziecięcego narratora – jest tu kilka naprawdę świeżych i ciekawych portretów – momentami niczym zapożyczonych z Marqueza, fantastycznych w swojej logice.
Oczami dziecka obserwujemy działania wojenne i dzieje cywilów. Sam bohater – Alekandar – ucieka z rodzicami do Niemiec, gdzie wraca po kilku latach. Ostatnia część książki to powrót do rodzinnego miasta i próba odnalezienia korzeni. Siłą rzeczy część odmienna i w narracji (bohater jest starszy) i kreowaniu rzeczywistości. Jednoczcie część najtrudniejsza – teraźniejszość jest tu konfrontowana ze strzępami wspomnień – momentami granica zaciera się i ten cały kołowrotek postaci, wspomnień powoduje, że (przynajmniej dla mnie) naprawdę duże partie książki są po prostu „nieczytelne”.
Lektura ciężka w odbiorze, właśnie przez ciągłe inwersje, zdania o wyszukanej niejednokrotnie konstrukcji graniczącej z normą czy poprawnością. Mimo to warto próbować przedrzeć się przez gorzki świat bohatera, bo temat wojny w Jugosławii zupełnie nam przecież z literatury nieznany a portrety dziadków bezcenne.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Małgorzata Marcjanik "Grzeczność w komunikacji językowej"

Autorka książki omawia zachowania grzecznościowe w najważniejszych sytuacjach komunikacyjnych: komunikacji interpersonalnej (rozmowa telefoniczna, list itp.), publicznej (m.in. prelekcje, wystąpienia, referaty), medialnej, (radio, prasa, nawet książka). To wnikliwe studium nie jest oczywiście podręcznikiem językowego savoir-vivre ale czytelnicy mogą dowiedzieć się co jest normą grzecznościową a co nią nie jest. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo nasza etykieta językowa zanieczyszczana jest obcymi – nie przystającymi do polskiej tradycji wzorcami.
Na szczególną uwagę zasługuje fragment o listach elektronicznych, nawiązujących - w wyniku braku wykształconych wzorców stylistycznych - do dwóch przeciwstawnych wzorców (listu tradycyjnego i rozmowy), nad czym na co dzień się nie zastanawiamy – choć dylematy jak go pisać mamy.
Interesująca jest analiza wypowiedzi polityków oraz rozmów w programach typu talk show – szczególnie analiza językowa programu Kuby Wojewódzkiego.
Jest też akapit o… aktach językowej grzeczności w książkach… czyli dedykacjach i podziękowaniach.

środa, 28 października 2009

Markus Zusak "Złodziejka książek"

Nie czytałam żadnej „ledwo ciepłej” recenzji tej książki, wszystkie rozpływały się nad nią w zachwycie… Wzięłam ją jednak do ręki ze względu na tytuł… i obecność w nim magicznego słowa - książki.
Bohaterką opowieści jest dziewczynka Liesel, która w trakcie wojny trafia do zastępczych rodziców. Piękne i wzruszające są jej relacje z przybranymi rodzicami –wulgarną Rosą „dobrą kobietą na złe czasy” i Hansem – akordeonistą i malarzem ściennym, który wybudzając ją z nocnych koszmarów czyta książki i uczy ją pisać i czytać. Wspaniałe portrety tych ludzi. Równie wzruszająca jest historia przyjaźni dziewczynki z Maxem – ukrywającym się w niemieckim domu Żydem. Kurcze… wszystko w tej książce jest poruszające do głębi – i ludzie, i zdarzenia, i książki… Motyw czytania, miłości do słów… to książka o wartości SŁOWA, traktat o słowie. Najbardziej powaliło mnie na kolana wykorzystanie motywu książki Hitlera „Main Kampf”. Najpierw Żyd Max niesie ją w ręku dla niepoznaki przedzierając się przez niemiecką ulicę, potem natomiast zamalowuje jej kartki na biało i rysuje na niej historię „Zbędnego człowieka” – swoją historię. Bardzo wiele motywów (jak ten) a nawet całe sceny odebrałam na poziomie symbolicznym (pochód Żydów do Dachau – dzielenie się z nimi chlebem czy położenie misia obok umierającego lotnika). Trudno pisać o tej książce, żeby niczego nie pominąć, tyle w niej poziomów interpretacji (nie pomijając jej etycznych, moralnych wartości), tyle wspaniałych ludzkich portretów. Ponieważ więc tematu nie wyczerpię, zatrzymam się na warstwie językowej i graficznej.
Narratorem jest śmierć – pomysł oryginalny, ciekawostką jest, że narrator mówi o sobie w rodzaju męskim (przełamanie przez tłumacza kulturowego wyobrażenia?) Odważne jest natomiast pisanie o wojnie w języku poetyckim, np. opis śmierci Żydów w obozach koncentracyjnych (strona 319). W książce ze strony na stronę narasta napięcie i przeczucie niebezpieczeństwa – potęgowane przez liczne inwersje i wybieganie w przyszłość (wiemy na przykład długo przed, że zginie najlepszy kolega Liesel). Czy to potrzebne? Chyba nie zawsze.
Pomysł graficznego wyodrębnienia „komentarzy” też mi się podoba, choć wielokrotnie teksty te są irytujące, wydumane. Trafiały się też dłużyzny w opisach. Wszystko to sprawia, że nie pieję nad tą książką. Nie zmienia to jednak faktu, że nikt (a przynajmniej ja nigdy nie trafiłam na inny podobny tekst) nigdy TAK o wojnie i holokauście nie pisał, dlatego jest to obowiązkowa lektura, chciałoby się też powiedzieć, lektura sumienia...

wtorek, 27 października 2009

przyłapani na czytaniu 4

Czytał na pewno ktoś... tylko nie wiadomo kiedy bo książka ma... 143 lata. Znalazłam ją w antykwariacie i kupiłam za cenę nowej...

piątek, 23 października 2009

Aneta Ostaszewska "Michael Jackson jako bohater mityczny.Perspektywa antropologiczna"

Bardzo ciekawe antropologiczne opracowanie! Autorka napisała go jeszcze przed śmiercią Jacksona dlatego ostatnie wydarzenia wokół jego śmierci zostały jedyne śladowo nakreślone w posłowiu. Generalnie autorka pracy, jak sama pisze, dokonała próby zbadania – akurat na przykładzie Jacksona, „które z cech bohatera mitycznego przejawiają się we współczesnej kulturze, a ściślej - w wyobrażeniach społecznych na temat kultury popularnej”.
Struktura książki jest bardzo przemyślana – rozpoczyna ją rozdział poświecony zjawisku narcyzmu we współczesnym świecie – przeciekawy i gorzki (przeczytajcie dlaczego!), potem autorka koncentruje się na recepcji społecznej samego Jacksona - najpierw rzetelnie i bezstronnie pisząc o jego dokonaniach muzycznych, żeby w następnym rozdziale skontrastować je z procesem o pedofilię, który relacjonuje w swoistej kronice dzień po dniu.
Jako materiał badawczy posłużyły autorce wypowiedzi internautów – odważne, zwłaszcza, że badania Internetu w zasadzie dopiero się rozpoczynają, dlatego podobny materiał może wydawać się jeszcze kontrowersyjny! Następnie autorka omawia figury antropologiczne – kulturowe uniwersalia: postać trikstera, zjawisko kozła ofiarnego oraz króla karnawału. Wykazuje, że w percepcji Jacksona dochodzą do głosu pewne znane od wieków ludzkości stereotypowe wyobrażenia a elementy „porządku przypisany światu mitycznemu” nadal są obecne we współczesnej cywilizacji.
Ksiązka jest bardzo ciekawa pod względem metodologicznym.
Uderza też brak emocjonalnego podejścia do tematu. Oczywiście – w rozprawie naukowej powinien być normą, tu jednak materia jest niezmiernie delikatna i trudna. Że autorka emocjonalne podejście do przedmiotu badań ma, świadczyć może posłowie – wzruszające i dające do myślenia.
Warto aby po książkę sięgnęli nie tylko fani Jacksona – oczywiście ich idol objawia się tu jako osoba, która dokonała totalnej autokreacji obróconej przeciwko niej, która wyzbyła się płci i rasy ale przede wszystkim która straciła akceptacje świata bo złamała TABU. Ostaszewska pozwala spojrzeć na Jacksona z innej zupełnie strony, uświadamia nam wiele o nim ale i wiele o nas.

środa, 21 października 2009

przyłapani na czytaniu 3

fragment zegara z wystawy sklepowej

niedziela, 18 października 2009

Mira Lobe "Babcia na jabłoni"

Zachwyciły mnie terapeutyczne walory tej powieści!
Ja sama odczułam niejednokrotnie w dzieciństwie bolesny brak dziadków, których nie zdążyłam poznać.
Niemogący pogodzić się z brakiem babci chłopczyk Andi – wymyśla sobie swoją „babcię” i spotyka z nią na jabłoni. Codziennie spędza czas na drzewku i przeżywa szereg przygód – które de facto są wyrazem uniwersalnych marzeń dziecka: poluje z babcią na dzikie konie, jedzie na przejażdżkę ekstra nowoczesnym samochodem czy płynie statkiem do Indii.
Kiedy do sąsiedztwa sprowadza się samotna staruszka, Andi pomaga jej w codziennych obowiązkach i powoli zaczyna zaniedbywać babcię z jabłoni. Ale nie zupełnie.
„Prawdziwa babcia” mówi do niego:
„Ale nie chciałbym, żebyś z mojego powodu zapomniał o tej drugiej babci, Andi! Bo gdy pierwszy raz cię zobaczyłam, siedziałeś z nią na jabłoni – prawda?”
Andi cieszy się:
„Co za szczęście – pomyślał. – Najpierw nie miałem żadnej babci – a teraz mam aż dwie – i jednej mogę opowiadać o drugiej…”
Wspaniała, ciepła książka o sile wyobraźni dziecka, o potrzebie akceptacji, miłości, o przyjaźni i pomocy drugiemu człowiekowi.
Dodatkowo starannie wydana, na wewnętrznej stronie okładki jest nawet miejsce na imię i zdjęcie babci właściciela książki.
To jeden z tekstów, nad którym można pracować z młodymi czytelnikami na wiele sposobów. Lubię takie inspirujące teksty.



czwartek, 15 października 2009

Jan Michalski "55 lat wśród książek"

Kilka razy pojawiał się już na moim blogu tytuł książki Michalskiego, znanej mi bo wielokrotnie cytowanej w literaturze przedmiotu, ale dopiero teraz zdobytej i przeczytanej.
Po lekturze czuję ogromny niedosyt. Ten wielki miłośnik ksiąg i wielki szczęściarz – bo kolekcjonował księgi w czasach niezmiernie ciekawych – pozostawił zaledwie 100 stron wspomnień!!!! To co traktował wzmiankowo, mogłoby przecież rozrosnąć się do godnych rozmiarów, na który temat zasługuje!!
Nie zmienia to jednak faktu że, choć wzmiankowo i skromnie, odtwarza Michalski nieistniejący już świat przedwojennych antykwarni i ocala od zapomnienia antykwariuszy i bliliofilów. Relacjonuje dzieje bibliotek w całości sprzedawanych antykwariuszom, metody pozyskiwania zbiorów, odtwarza subtelności antykwarskiej kultury. Duży rozdział wspomnień poświęca innym bibliofilom, specyfikacji ich zbiorów oraz informacjom o ich losach (i bibliofilów i ich zbiorów). Jest wśród nich mój absolutny idol – Zygmunt Wolski, jego sylwetka zajmuje chyba najwięcej miejsca – choć nie tyle na ile zasługuje (w gruncie rzeczy zresztą Michalski powtarza zasłyszane anegdoty, o których możemy przeczytać także u Zbysława Arcta). Jedyne czego o Wolskim nie wiedziałam to fakt iż składowane na poddaszu książki przywaliły kota, który nieopatrznie się tam dostał i Wolski znalazł po jakimś czasie wśród książek jedynie szkielet zwierzęcia (Jeju, jak w „Mieście śniących książek”)
Cechą charakterystyczną Michalskiego było to, że otwierał swoją bibliotekę (czterdzieści tysięcy książek!!!) dla badaczy i czytelników. Nie bał się pożyczać woluminów ze swojej biblioteki! W czasie wojny służyła ona tajnym kompletom i była, jak sam pisał „namiastką biblioteki publicznej”. Z mimowolnym wzruszeniem czyta się o jej wojennych losach (deponowanie u J. Gomulickiego, wynoszenie do piwnic, rozproszenie w antykwarniach). Michalski apeluje nawet o zwrot zakupionych po wojnie książek z jego zbioru.
Pamiętnik ten – chociaż skromnych rozmiarów – jest ważnym dokumentem dziejów książki w Polsce.
Michalski pisze:
„Na szczęście tyle w życiu przeszło przez moje ręce książek, że dorobek piśmiennictwa naszego wieku 19-tego i pierwszych dziesiątków 20-go chyba w ¾ był mi znany z tytułów i ogólnej treści.”
Zazdroszczę… W dzisiejszych czasach najcenniejsze druki już odnaleziono, kolekcjonerstwo pozbawione więc zostało funkcji ocalania dorobku kultury, niezliczona ilość wydawnictw jest natomiast przeszkodą nie do pokonania w próbie ogarnięcia piśmiennictwa ostatnich lat a książka musi walczyć o należne miejsce wśród innych nośników informacji…

poniedziałek, 5 października 2009

Madonna "Angielskie Różyczki"


Kiedy zobaczyłam tą przecudne wydaną książeczkę na stoisku taniej książki przecenioną na osiem złotych, jak rasowy bibliofil nie mogłam przejść obok tego faktu obojętnie.
Musicie przyznać, że Madonna jako pisarka książek dla dzieci to zjawisko na pierwszy rzut oka zupełnie niepojęte. Jeszcze bardziej niepojęte wydaje się stwierdzenie, że książeczka ta posiada niezaprzeczalne walory literackie. Lekko, zgrabnie skonstruowana historia przyjaciółek, które z zazdrości o urodę, odrzucają jedną z koleżanek, aby za sprawą dobrej wróżki znaleźć się w jej domu i jako niewidzialne istoty doświadczyć, w jak trudnej sytuacji materialnej żyje. Mimo wytartych już mocno schematów (dobra wróżka, zazdrość o urodę), historyjka bije świeżością przekazu, to lektura, którą bez żadnych wątpliwości podałabym dziecku!
Książeczka urzeka przede wszystkim wizualną stroną. Przepiękne, kolorowe ilustracje, przebogate w szczegóły ale jednocześnie epatujące prymitywizmem bliskim ilustracjom dziecka (zniekształcone postaci, brak perspektywy), przyciągające uwagę tym bardziej, że tak różne od polskich ilustracji książkowych. CACKO!!!!!

niedziela, 4 października 2009

dedykacja

Zmarł Marek Edelman. Jeszcze w maju na Targach Książki podpisał mi drżącą ręką ostatnią książkę. Data jest zupełnie nieczytelna.

czwartek, 1 października 2009

Gloria Whelan "Bezdomny ptak"

Tytuł znalazłam na blogu Prowincjonalnej Nauczycielki, choć do lektury tak naprawdę zachęciła mnie informacja o jej walorach zewnętrznych (jest rzeczywiście pięknie wydana – nietypowy format, druk purpurowego koloru, okładka „oprawiona” w gobelin indyjski)
Autorka „Bezdomnego ptaka” opowiada nam historię osadzoną w Indiach. Dziewczynka Koli zostaje w wieku 13 lat wydana za mąż za nieznanego sobie chłopca i oddalona do domu teściów. Okazuje się, że jej rodzice padają ofiarą oszustwa, teściowie zatajają bowiem fakt, że mąż Koli jest śmiertelnie chory a pieniądze z posagu, jaki wnosi do ich domu Koli (jest to m.in. para srebrnych kolczyków!!!) potrzebne im są do odbycia podróży nad rzekę Ganges aby kąpiel uzdrowiła chłopca. Chłopiec umiera a Koli pozostaje 13-letnią wdową bez prawa powrotu do domu (rzuciłaby wówczas wedle tradycji hańbę na dom rodzinny).
Zawsze przy pisaniu notek blogowych mam dylemat czy i na ile streszczać książkę, zawsze jest bowiem niebezpieczeństwo odebrania innym przyjemności lektury. Więc już kończę (z małym wyjątkiem w dalszej części)
Książka urzeka prostotą narracji. Dawno nie czytałam historii opowiedzianej tak bardzo po ludzku i tak bardzo po prostu. Główną jej wartością jest przybliżenie nam (także w warstwie językowej, ksiązka kipi od tamtejszych nazw i określeń, co nie utrudnia wcale jej odbioru) tak bardzo różnej od naszej kultury Indii. Kultury, której prawa wydają się nam niepojęte i momentami absurdalne. Mało jest w literaturze dobrych książek dla młodzieży (w tej kategorii książka otrzymała National Book Award – osobiście nie jestem przekonana co do trafności adresata), których autorzy podejmują trud zmagań z inną kulturą. Ciężkie zadanie. Fragmenty, gdy Koli zostaje porzucona przez swą teściową i pozostaje sama jak palec w mieście podobnie jak setki wdów, które spotkał ten sam los, są wyjątkowo dramatyczne.
„Bezdomny ptak” to książka poruszająca i dodająca otuchy. Historia kończy się optymistycznie. Zakończenie wydaje mi się trochę za mocno wyidealizowane, jakby typowe i przez to schematyczne, trochę bajkowe, zbliżające do romansów, nie do końca pozwalające wierzyć w opowiedzianą historię.
Podoba mi się (również bardzo wyidealizowany) motyw książki, Koli opanowuje sztukę czytania, książki stają się jej ucieczką a gdy po śmierci teścia jej teściowa chce sprzedać przekazywany z pokolenia na pokolenie tomik poezji narodowego poety, do którego bardzo przywiązany był jej teść, dziewczynka woli oddać kolczyki, przekreślając tym samym szansę ucieczki, w zamian za ocalenie książki.
Bohaterka jest zresztą pełna siły i woli przetrwania, oswaja świat dookoła siebie, znajduje wyjście w największej samotności. Dużo w niej miłości i wrażliwości na przyrodę. Pewne schematy nie pozwalają mi do końca wierzyć w tą książkę, nie zmienia to jednak faktu, że serdecznie ją polecam, bo to lektura, która zapadnie w każde serducho.

poniedziałek, 21 września 2009

Mary Morton "Kłopoty rodu Pożyczalskich"

Nie mogę powiedzieć, że dawno nie czytałam tak wzruszającej książki dla dzieci i młodzieży, bo dobieram lektury tak, że z założenia mają w sobie ten pierwiastek. Nie skłamię jednak pisząc, że nie pamiętam smutniejszej książki!
Pomysł wspaniały. Któż nie marzył w dzieciństwie o podobnych towarzyszach zabaw – małych ludzikach, do których pasuje rozmiarami domek dla lalek. Sama meblowałam przecież pudełko od zapałek, żeby umieszczać w nim maleńkie figurki, choć Pożyczalskich – czytanych czy też słuchanych – ze swojego dzieciństwa nie pamiętam.
W każdym z nas jest od dzieciństwa marzenie podobnego spotkania, które spełnia się bezimiennemu Chłopcu – „ludzkiemu” bohaterowi książki. W każdym, nie tylko dziecku, tkwi słabość do „maleńkości” – Pożyczalscy są uosobieniem tej słabości.
A jednak nie czytałam dawno tak smutnej książki. Niby wszystko wspaniałe – czytelnik rozkoszuje się tymi wszystkimi maleńkimi przedmiocikami, mebelkami z domku dla lalek, tym wspaniałym przystosowaniem fragmentów naszej rzeczywistości do świata maleńkich skrzatów. Urzeka humor książki (np. w nazewnictwie poszczególnych rodzin czy rozmów pijanej ciotki ze Strączkiem), przyciąga klimat starego, prawie już wyludnionego – na wskroś literackiego domu. Dorosłego fascynuje „drugie dno książki” – postać Arietty – samotnej i rwącej do wolności Pożyczalskiej, która z powodzeniem stanąć może w jednym rzędzie z innymi odmieńcami z literatury dziecięcej.
A jednak ten ciągły strach Pożyczalskich przed „byciem widzianym”, życie w ciągłym zagrożeniu (również metafora?) to sytuacja w literaturze dla najmłodszych – musicie przyznać – rzadka. Tu nawet próba przyjaźni z Człowiekiem – kończy się dla obu stron tragicznie. Próby „wybicia” Pożyczalskich przez szczurołapa: całkowite zniszczenie ich domu, cementowanie dziur, próba zaduszenia ogniem… a wreszcie niepewność czy ocaleli… czy to nie zbyt duża próba dla małego czytelnika? Co o tym sądzicie?
Z całą pewnością wyczytam kolejne tomy Pożyczalskich, bo to seria jedyna w swoim rodzaju. Warto nawet dla specyficznego smutku, nie spotkanego przez mnie w żadnej innej historii!!!!

czwartek, 17 września 2009

P.B. Kerr "Dzieci Lampy i dżinn Faraona"

Książka zapowiada się interesująco. Już na tylnej stronie okładki czytamy: „Potrafią [bohaterowie] znikać, zmieniać się w zwierzęta i spełniać życzenia. Zawsze trzy, nigdy cztery. Czwarte życzenie niweczy poprzednie.” Myślałam, że na tej zasadzie zawiązywać się będzie fabuła książki. Niestety motyw w ogóle się nie pojawił.
Pomysł ciekawy, autorka zaczerpnęła z Baśni tysiąca i jednej nocy postać dżinna – i ubrała w niego dwójkę głównych bohaterów – bliźniaków mieszkających we współczesnym Nowym Jorku, żyjących w błogiej nieświadomości, że i oni są…. dżinnami. Jest tu więc duże bogactwo „dżinniej” kultury, dzieci wyruszają bowiem do Kairu i tam poznają swoje korzenie, kulturę, przeżywają szereg przygód, zostają oczywiście „zabutelkowane”, pomagają wujkowi Nemrodowi odnaleźć armię siedemdziesięciu dżinnów faraona Echnatona i przechodząc próbę dojrzałości - tradycyjnie walczą ze złem.
Nie można odmówić autorce książki pomysłowości w kreowaniu zasad tego „dżinniego” świata (także w warstwie stylistycznej książki), jest on jednak tyleż ciekawy i wciągający co… straszliwie wydumany.
Nie da się też nie zauważyć wpływów „postpotterowych” tendencji w literaturze dla młodych czytelników, może nawet wpływu samego cyklu o Harrym.
I tutaj mamy bohaterów, którzy żyją w nieświadomości o swoim pochodzeniu, by w wyniku wielu dziwnych wydarzeń dowiedzieć się kim są naprawdę I tu jest wyraźny podział na dwie „rasy”: dżinnnów i ludzi, i tu dobro zmaga się ze złem, a przewodzi mu zły dżinn Iblis. I tu jest motyw opętania przez złe moce, i tu jest teoria, że wszystko co dzieje się w świecie ludzi, dzieje się za sprawą ingerencji pozaludzkiej, i tu ….. przykłady można mnożyć i mnożyć. I w Harrym i w Dzieciach Lampy jest jednak przede wszystkim MAGIA, choć mająca swe źródło w zupełnie innych kręgach kulturowych. I dobrze.
To książka dla młodych czytelników, ale czytelników zaawansowanych i z baśnią za pan brat.

poniedziałek, 14 września 2009

Ryszard Kapuściński "Kirgiz schodzi z konia"

Tym razem powędrowałam z albo… za Kapuścińskim do Środkowej Azji i rzucałam okiem m.in. na Gruzję, Armenię, Azerbejdżan, Turkmenistan czy Kirgistan. Reportaż Kapuścińskiego niejednokrotnie staje się piękną, poetycką prozą – fragment o produkcji koniaku (a w zasadzie proces dojrzewania drzewa dębowego na beczkę) – bezcenny.
Czymże, jak nie poezją, są maleńkie perełki w stylu tej poniżej, rozsypane tu i ówdzie po tekście:
„Zjeżdżamy w dół. Pod nami połyskuje elektryczne jezioro.
-To Erewan.”
Kapuściński wspaniale opisuje zupełnie nieznaną nam kulturę, czy wiecie, że toast jest w Gruzji formą opinii publicznej? Najbardziej poruszyły mnie jednak losy ormiańskich książek i umiłowanie tego narodu do ksiąg. Ale też ścieśnione niejednokrotnie w jednym akapicie portrety niezwykłych ludzi – armeńskiego kompozytora, który w ostatniej chwili uratowany z rzezi Ormian… do końca życia nie powiedział już ani słowa, wybierając milczenie i ciszę, czy gruzińskiego malarza prymitywisty, który… malował na zardzewiałych szyldach czarną farbą darowaną mu przez trumniarzy.
To co jednak najbardziej przyciąga w reportażach Kapuścińskiego to wielka lekcja szacunku do drugiego człowieka, którą udziela nam autor bez nadęcia a z wielką cierpliwością.
Oto opis mieszkańców Uzbekistanu:
„Siedzieli w milczeniu, zwróceni twarzami do meczetu, bo tak nakazuje zwyczaj ojców. W milczącej obecności tych ludzi była jakaś godność i mimo szarych chałatów wyglądali oni dostojnie. Miałem ochotę podejść i uścisnąć im ręce. Chciałem im jakoś wyrazić swój szacunek ale nie umiałem tego zrobić. W tych ludziach, w ich zachowaniu, w ich mądrym spokoju było coś, co w tym momencie budziło mój spontaniczny i szczery podziw".

czwartek, 10 września 2009

Bronisława Ostrowska "Bohaterski miś"

Książka właściwie zapomniana a szkoda… Aż dziw, że znalazłam w miarę nowe wydanie.
Ostrowska podjęła temat trudny choć w literaturze dla dzieci pojawiający się. W książce przedstawiona została pierwsza wojna światowa - widziana oczami pluszowego misia, który zrządzeniem losu przenosi się z frontu na front, trafiając to do polskich to obcych żołnierzy aby na końcu znów znaleźć się z ocalałą rodziną w dziecięcym pokoiku we Lwowie.
Temat – wojna, patriotyzm – jest dziś mocno przestarzały, ale mimo to dobrze czytało się tą uroczą na swój sposób książeczkę. Nie obcy jest w literaturze dziecięcej motyw ożywienia zabawek, odnajdziemy też ciekawie, choć bardzo epizodycznie nakreślony motyw lustra przepowiadającego przyszłość. Odnajdziemy jednak przede wszystkim pod tkanką dziecięcego rozumowania świata (tu „misiowego”) „młodopolskie” naleciałości (w warstwie stylistycznej) dla młodego czytelnika nieuświadamialne. Szczególnie ciekawe są opisy miast – upersonifikowanych, oddychających, z oczami – oknami.

Ostrowska popełniła inny tekst – jeden z moich ukochanych – „Córka wodnicy”, Polecam szczęśliwcowi, który odkopie go z ton zapomnianych, genialnych literackich tworów.

Biblioteka POLONA oferuje nam tekst Bohaterskiego misia w nieco starszym wydaniu:
http://www.polona.pl

poniedziałek, 7 września 2009

Ryszar Kapuściński "Ten Inny"

Pięć wykładów Ryszarda Kapuścińskiego wygłoszonych w różnych okolicznościach, ale połączonych szeroko pojętą problematyką pisanemu wielką literą „Innemu” oraz inności: kulturowej, narodowej, wyznaniowej itd. Kapuściński zastanawia się m.in. nad fenomenem podróżowania, omawia czynniki, które pchały Europę do odwiecznej ekspansji, także kulturowej, dzieje relacji Europejczyków w stosunku do innych kultur, oraz zjawisko eurocentryzmu. Dużo uwagi poświęca antropologii jako nauce poświeconej wyłącznie Innemu, oddaje hołd Malinowskiego określając go mianem twórcy reportażu antropologicznego, analizuje także poglądy filozoficzne Levinasa oraz księdza Tischnera.
Jednym słowem Kapuściński „ugryzł” temat za wszystkich możliwych stron, czyniąc to rzetelnie i – jak zwykle – wychodząc poza eurocentryczne myślenie.
A że w tekstach tych brakuje patosu i zbędnego moralizowania, czyta się je dobrze i z wielkim dla autora szacunkiem.
Zaskoczyła mnie jedynie ocena kondycji współczesnej literatury, która w ocenie autora rozmija się z „rozgrywającym się na naszych oczach dramatem świata”.
„To całkowite oddanie relacji z wielkich wydarzeń operatorom kamer telewizyjnych i operatorom dźwięku jest dla mnie przejawem głębokiego kryzysu na linii historia – literatura, przejawem bezradności tej literatury wobec fenomenów współczesnego świata”. Hm…

środa, 2 września 2009

przyłapani na nie-czytaniu


Widok tej ksiąznicy ze wszechmiar dołujący. Mam nadzieję, że zdjęcie będzie już widoczne

niedziela, 30 sierpnia 2009

Niebezpieczne związki

Miłe powroty do klasyki!
Ciężko czytało mi się tę osiemnastowieczną powieść w listach, tak ze względu na archaiczną już budowę (powieść epistolarna to dziś przecież relikt, czy ktoś poda przykład współczesny?) jak i język – górnolotny, tkliwy do bólu i śmiesznie sentymentalny (jak sądzę, takiemu stanowi rzeczy pomógł autor tłumaczenia – niezastąpiony Boy, ale i fakt, że dokonało się ono ręką Żeleńskiego prawie sto lat temu! Aż by się chciało sprawdzić jak to brzmi w oryginale, zazdroszczę tym, którzy mają taką możliwość). Mimo to pochłonęły mnie te listy, napisane z niesłychanym wręcz rozmachem: ze wspaniale przeprowadzoną analizą psychologiczną postaci, hojnie odmalowanym tłem obyczajowym oraz… zupełnie współczesną przestrogą przed manipulacją (co prawda nikt już dziś od niej nie umiera, ale metody pozostają te same).
A nad tym wszystkim jedna z najwyrazistszych w literaturze światowej femme fatale – markiza de Merteuil, kobieta, która nauczyła się panować nad fizjonomią aby wykorzystywać ją do swoich celów! Postać o niebywałej konstrukcji i logice!
Lektura zdecydowanie obowiązkowa!

wtorek, 25 sierpnia 2009

Young-ha Kim "Mogę odejść, gdy zechcę"

Trudno streścić fabułę tej książki w dwóch zdaniach nie spłycając jej i nie rażąc dosłownością.
Demoniczny narrator opisuje w pierwszej części z duża dokładnością metody poszukiwania „klientów” i sposób postępowania z nimi - ludźmi, którym pomaga popełnić samobójstwo. Kolejne rozdziały –zatytułowane imionami kobiecymi – to opowieści o klientkach, wysłane do wydawnictw w celu przedstawienia ich światu. Opowieści koncentrują się wokół postaci dwóch braci, z których losami wiążą się losy owych kobiet. Judith – dziewczyna wiecznie liżąca lizaki, która ma romans najpierw z jednym, potem z drugim oraz Mimi – artystka performance, której sztukę filmuje jeden z braci.
Tak z grubsza wygląda fabuła i układ książki. Tyle ciekawy co i typowy. Nie o fabułę chodzi. Porwała mnie w lekturze dziwna logika wprowadzania tych postaci. Są to z jednej strony historie kobiet, które teoretycznie powinny być w centrum uwagi narratora i czytelnika, ale zostają one pokazane jakby zaledwie w kontekście życia obu braci, których trwająca od dzieciństwa rywalizacja i trudna braterska miłość, nie relacje z bohaterkami – wydają się tematem opowieści. Wprowadza to zamęt i niepokój, bo w tym niewiele ponad stustronicowym tekście naprawdę długo nic się pozornie „nie składa do kupy”.
Tą samą zapewne logiką podyktowane jest wprowadzenie do opowieści losów trzeciej kobiety, która de facto nie popełnia (jeszcze?) samobójstwa, dla fabuły teoretycznie nie ma więc większego znaczenia.
Ponadto konstrukcja samego narratora – współczesnego diabła – estety, który takoż dokładnie dobiera swoje ofiary, co jest … koneserem sztuki! Kiedy jedna z bohaterek przypomina mu dziewczynę z obrazu Klimta – jedzie do Wiednia zobaczyć ten obraz. Dużo miejsca poświęca też autor refleksji nad sztuką performance i video. Jest więc powieść japońskiego pisarza dodatkowo małym traktacikiem o sztuce (zaczyna się zresztą - nieprzypadkowo - analizą obrazu „Śmierć Marata”).
Ciekawostką jest to, ze ksiązka posiada jakby dwie okładki, zdjęcie kobiety w bramie mozna zobaczyć w całości na drugiej stronie, drzwi bramy są bowiem -dosłownie - wycięte z okładki. Wszystkie ksiązki tej intrygującej serii mają taką budowę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Wawrzyniec Prusky "Jędrne kaktusy"

Nieświadomi niczego plażowicze patrzyli po sobie zdziwieni gdy zza jednego z parawanów co i rusz niezidentyfikowany osobnik wydawał z siebie salwy niepohamowanego śmiechu.
Przyznaję się bez bicia. To był mój parawan… A przyczyną śmiechu pozostawała przez kilka dni lektura książkowej wersji Bloga Roku 2005.
Jeśli kiedykolwiek silniej odczułam rozrywkową funkcję literatury to właśnie przy tej lekturze.
Prusky tworzy zgrabny i przesympatyczny portret swojej familii, opisując codzienne zmagania z tacierzyństwem, z humorem którego śmiało można pozazdrościć i należnym dystansem, również godnym pozazdroszczenia.
Już pomijając walory językowe książki, w wielu momentach jest to naprawdę dobry kawałek literatury… Czyni się nam nowy gatunek literacki… Szkoda, że te wspaniale spuentowane anegdoty nie mają dat. Szkoda tez, ze wydawca nie przedrukował zdjęć.
Czytałam, czytałam i po przeczytaniu mam niezmierną ochotę sięgnąć po część drugą zmagań Wawrzyńca. Wszystkim polecam gorąco.


niedziela, 23 sierpnia 2009

Felicitas Hoppe "Pigafetta"

Już po urlopie (miałam nadzieję, że będzie to także przerwa od czytania ale stało się dokładnie odwrotnie, i dobrze !!).
Plażowałam m.in. z książką „Pigafetta” – szczególną relacją z morskiej podróży dookoła świata. (Wybór nie był przypadkowy, nad morzem czytam bowiem zawsze morskie książki. W tamtym romu były to genialne "Przygody Sindbada Żeglarza" w następnym zapewne " 20 000 mil podwodnej żeglugi").
Dziwna książka, owszem, Hoppe kreśli kilka naprawdę udanych portretów współtowarzyszy podróży, jest tu wiele morskich motywów opisanych świeżo i na nowo, wspaniałym pomysłem było zabranie na statek ducha Pigafetty – autora dziennika i towarzysza Magellana, który niemalże fizycznie towarzyszy autorce w podróży i pisaniu relacji. Ciekawa jest budowa książki, wspomnienia autorki przeplatane są wspomnieniami Pigafetty, fragmentarycznymi urywkami z początków jego wyprawy. Pojawia się tu wątek miłości jego siostry do Admirała oraz zmitologizowana postać Magellana. Wszystko to jednak pozostaje w jakiejś poetyckiej maglinie. Chaotyczne, fragmentaryczne, poplątane. Trochę snu, trochę surrealizmu, trochę realizmu magicznego wrzucone do jednego worka i puszczone na wodę. Ta mieszanka, nie odmawiając jej oczywiście dużych walorów literackich, nie przypadła mi do gustu. Nie pomogło jej nawet czytanie na plaży, wspomagane krzykiem mew i innymi morskimi odgłosami.
Chylę natomiast czoła przed Wydawnictwem „Czarne”, które wydało „Pigafettę” i które w serii „Inna Europa Inna Literatura” wypuszcza książki zupełnie nieznanych nam pisarzy z państw, których literatura jest u nas zupełnie nieznana, których reprezentantów nie ma w lekturach polonistycznych i wśród czytelniczych powszechników.

środa, 5 sierpnia 2009

Bernard Gotfryd "Widuję ich w snach"

Zbiór 11 opowiadań Gotfryda to jedyny znany mi literacki obraz przemysłowego miasta Radomia, w dodatku Radomia żydowskiego, przedwojennego.
Zapadające w pamięć, doskonale spuentowane miniaturki prozatorskie, „obrazki rodzajowe”. Razem z pisarzem poruszamy się po kilku wybrukowanych ulicach radomskich – otoczeniu dzieciństwa, i jak autor w snach, spotykamy zapamiętanych przez niego ludzi, uwiecznionych zamkniętymi w kilkunastu zdaniach, zgrabnie skreślonymi portretami.
Jest tu więc i producent cukierków – pan Minzberg, i chora psychicznie kobieta, której piękny operowy głos słyszano zza muru szpitalnego, i stolarz Izaak, który opowiadał o meblach jak o ludziach, i pokojówka Bela, z którą narrator przeżył pierwsze erotyczne doświadczenie. I wiele innych ocalonych od zapomnienia postaci.
Najbardziej poruszyło mnie opowiadanie „Spoglądają wstecz”. Gotfryd oddaje tu „głos” swojej umierającej siostrze, do której przychodził w odwiedziny do szpitala. Nie mogąca już mówić kobieta kieruje do niego monolog „wyprojektowany” przez narratora (na zasadzie co powiedziałaby mu gdyby mogła mówić). Jest to tekst inny niż pozostałe w tym tomie, bardzo głęboki i dramatyczny. W kilkudziesięciu zdaniach autor zamyka studium umierającej kobiety. Aż się prosi aby opowiadanie stało się przyczynkiem do dłuższego tekstu.

Książkę wydała Miejska Biblioteka Publiczna w Radomiu. Jej wartość zwiększa dwujęzyczność tekstu (polski i angielski) oraz klimatyczne zdjęcia ulic Radomia.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

znalezione w książce


Nasze książki mówią o nas znacznie więcej niż myślimy.
Przypadek pierwszy:
W antykwariacie w ogromnym pudle z najtańszymi książkami znalazłam kilkanaście książek, które ktoś przyniósł na sprzedaż. Wszystkie oznaczone były dwoma rodzajami pieczątek własnościowych należących do jednego człowieka (zdjęcie powyżej) – nie zostały nawet rozdzielone przez pracownika antykwariatu i rozstawione po półkach tylko położone tak jak ktoś je przyniósł. Posiadanie dwóch pieczątek świadczy najprawdopodobniej o tym, że właściciel przywiązywał do swoich książek dużą wagę, zresztą numerował je (taka prywatna pieczątka z numerem „inwentarza” to dziś rzadkość).Szczególnie ta okrągła jest bardzo ciekawa. Trudno zorientować się ile książek posiadał, być może do antykwariatu trafiły jedynie te z początkowymi numerami.. Na pewno jednak można wypowiedzieć się o „jakości” książek (tytuły bardzo popularnonaukowe oraz literatura ze „średnich półek”). Jedna z porzuconych książek udzieliła jeszcze jednej informacji o właścicielu. Była w niej bowiem pieczątka z… adresem domowym. Pytanie tylko dlaczego ukochany prawdopodobnie księgozbiór trafił do antykwariatu…
Przypadek drugi:
Mężczyzna oddaje do jednostki kultury zalegający mu w domu księgozbiór, nie przeglądając wcześniej pozywanych książek.
Księgozbiór ten (około 100 woluminów) to w przeważającej większości literatura dotycząca wojskowości, historii (popularnonaukowa) oraz lekkie i już dziś zdezaktualizowane powieści.
Pomijając już dużą ilość pieczęci z księgozbiorów bibliotek (to też o czymś świadczy!!!), w jednej z książek znajdziemy datowany wpis:
„….. W dowód pamięci w dwudziestą drugą rocznicę urodzin dla kochanego marynarza, kochająca dziewczyna…” (no proszę mamy nawet datę urodzenia!)
Już wiemy kim był właściciel i wiemy że najprawdopodobniej dziewczyna stała się później małżonką, na co wskazuje miejsce wypisania dedykacji – to samo miasto, w którym właściciel zamieszkał i oddał swoje książki. Kolejna dedykacja została napisana w Gdyni. Największa niespodzianka wypada jednak z „Nieba w płomieniach" Jana Parandowskiego. Tekturka z napisem:
„towarzysz ………………………………. z okazji zakończenia roku szkolenia partyjnego za aktywną działalność w upowszechnianiu ideologii Marksizmu-Leninizmu i polityki Partii wraz z życzeniami powodzenia w pracy i życiu osobistym”
Nie zgadza się jedynie imię szczęśliwego posiadacza owego dyplomu z imieniem marynarza. Ale nie ważne, tropy możnaby mnożyć.
Po prostu, oddając książki nawet nie wiemy jak wiele mówią o właścicielach… Zdradzają nasze dane osobowe, losy i upodobania...
Co wy na to?
P.S. Dziękuję Madzi za wkład w poszukiwania.

czwartek, 30 lipca 2009

Grzegorz Leszczyński "Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku"


Książkę widziałam już jakiś czas temu w gablocie w jednym z korytarzy narodowej książnicy, ale że BN jest labiryntem, nie udało mi się dotrzeć ani do informacji ani do miejsca gdzie mogłabym ją kupić. Potem przypomniała mi o niej swoim wpisem Prowincjonalna Nauczycielka i oto mam biblioteczny egzemplarz przed sobą.
Bardzo wartościowa pozycja, subiektywno-obiektywny przewodnik po interesujących zjawiskach w literaturze dziecięcej.
Autor przedstawia m.in. charakterystykę baśni – pra-tekstu i pre-tekstu późniejszych doświadczeń czytelniczych dziecka. Dowodzi, że „wyprana” z emocji literatura zabija czytelnictwo. Nie o to więc chodzi aby podsuwać dzieciom książki „bez żądła, bez wątpliwości, bez niepokoju”. Bez zła mały czytelnik nie rozpozna dobra…
Bardzo ciekawie pisze o wpływie antypedagogiki na konstrukcje postaci i fabuły powieści dla dzieci, omawia najciekawsze motywy w literaturze, m.in. dziecka odmieńca.
Oddaje też wielki ukłon w stronę pisarstwa Małgorzaty Musierowicz, poświęcając jej odrębny rozdział. Omawia także główne tendencje we współczesnej ilustracji dziecięcej (przeciekawe). Dzieli się wieloma odważnymi i kontrowersyjnymi opiniami. Język Leszczyńskiego, choć momentami trudny, obfituje w oryginalne, miejscami dowcipne sformułowania, trochę jednak gryzące się z naukowością wywodu.
Na deser podaje nam autor kilka kanonów lektur. Tworzy także swój własny „kanon na początek wieku” – każda ze stu książek (obok tytułu zamieszczona jest okładka, co znacznie ułatwia „identyfikację”) omówiona jest wzmiankowo na dolnym marginesie tekstu.
Dodatkowo książka jest bardzo ładnie wydana (twarda, masywna okładka, kredowy papier, ilustracje zaczerpnięte z książek dla dzieci) co naprawdę podwyższa jej wartość.
Aż szkoda się z nią rozstawać, cóż, kiedy jest własnością Biblioteki…

Kiedy czytałam ją w autobusie, młoda kobieta z dzieckiem stojąca obok tak bardzo zainteresowała się książką, że aż zaczepiła mnie, zapytała o czym jest i spisała sobie jej tytuł mówiąc, że szuka lektur dla swojego synka. Odbyłyśmy miłą rozmowę, cóż, każde miejsce jest dobre na upowszechnianie czytelnictwa.:-)

poniedziałek, 27 lipca 2009

William Wharton "Ptasiek"

Książka zapewne ogólnie znana, nie będę się więc szczególnie rozpisywać.
Sięgnęłam po nią, bo uwielbiam literackich odmieńców – od tych o ludowym rodowodzie po produkty współczesności. Nie zawiodłam się na Ptaśku. Dołączył do galerii moich ulubionych odmieńców z Oskarem z „Blaszanego bębenka” i z Grenouille z „Pachnidła” na czele. Uwielbiam takie fantastyczne w swej logice postacie, które nie zgadzają się na zastaną rzeczywistość.
Książka ambitna i ciężka. Podobało mi się przemieszanie dwóch tak diametralnie różnych punktów widzenia, nie przeszkadzała nawet szczególnie zwulgaryzowana relacja Ala skontrastowana z delikatnym trzepotem ptasich skrzydeł i erotycznym napięciem wspomnień Ptaśka. Motyw piłek do golfa wysłanych Ptaśkowi bezbłędny, zakończenie powieści groteskowe do bólu. Dodatkowo niezaprzeczalne „walory przyrodnicze” książki. Ot co.
Ulubiony cytat:
„Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć”
„Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat.”

wtorek, 21 lipca 2009

znalezione w książce

Na biblioteznej półce z porzuconymi ksiązkami. Trudno nazwać powieść Porazińskiej zbiorem opowiadań, ale dedykacja jest przeurocza.
P.S. Tego dnia znalazłam tez porzucony egzemplarz "Przyślę panu list i klucz". Ci, którzy czytali wiedzą, ze to skarb. I pomyśleć - książka, której szukalam na aukcjach inernetowych i w antykwariatch sama wpada w ręce...

niedziela, 19 lipca 2009

książka miniaturka


Dostałam ją od bliskiej osoby. Wydana przez Edycję Świętego Pawła. Numer 11 serii kieszonkowej. W środku sentencje o miłości jakich wiele w podobnych wydawnictwach, na oładce sugestywne zdjęcie. Najbardziej cieszą jednak rozmiary: 55X40mm a grubość grzbietu 30mm. Cacko.
Kiedyś wydawano więcej miniaturek. Miły powrót do tradycji.

środa, 15 lipca 2009

Vicky Myron "DEWEY. Wielki kot w małym mieście"


Dawno nie czytałam książki tak ciepłej i serdecznej. Humorystycznej i wzruszającej. Napisana bez literackiego nadęcia, napisana po prostu, tak jak wiele z nas chciałoby napisać o swoim życiu.
Autorką książki jest bibliotekarka z amerykańskiego miasta Spencer, która pewnego zimowego ranka wyjęła ze skrzynki na zwroty maleńkiego kociaka. Dewey zamieszkał w bibliotece, żył w niej 19 lat i podziałał iście terapeutycznie na czytelników i mieszkańców borykającego się z problemami gospodarczymi miasteczka.
Myron opisuje perypetie kociaka Deweya – dyrektora promocji biblioteki, jak go określiła, jego zwyczaje i - najważniejsze - relacje z ludźmi.
Ale nie tylko. W książce znajdziemy bardzo sugestywny i z reporterską starannością pokazany portret amerykańskiego miasteczka otoczonego farmami i polami kukurydzy. A na tle miasta: dzieje zwykłych ludzi… I biblioteka. Wspaniale pisze o bibliotece jako instytucji, jej roli w niewielkiej społeczności.
Polecam bardzo gorąco. Naprawdę cenna książka.

Ulubiony cytat:
„Dewey był wyjątkowy, dlatego, że zrobił coś niezwykłego, on po prostu był niezwykły. Można go porównać do pozorne zwykłych ludzi, którzy dopiero przy bliższym poznaniu okazują się wyjątkowi. To są ci, którzy nigdy nie opuszczają dni w pracy, nigdy nie narzekają i nigdy nie proszą o więcej niż dostają. Należą do nich ci dziwni bibliotekarze, sprzedawcy samochodów czy kelnerki, którzy z zasady doskonale wypełniają swoje obowiązki i wykraczają poza rutynę, gdyż kochają to co robią. Wiedzą do czego zostali w życiu powołani i dążą do wypełniania tego wyjątkowo sumiennie. (…) Większość nie jest przesadnie doceniana. Sprzedawcy w sklepach. Bankowi doradcy. Mechanicy samochodowi. Matki. Świat zwraca uwagę na odmieńców i hałaśliwych, bogatych i wyrachowanych. Nie poświęca uwagi tym, którzy zwykłe rzeczy robią w sposób niezwykły.”

I taka jest cała książka. Ukłonem w stronę codzienności, szarości. Ukłonem dla kota, który tą szarość rozświetlał.

Strona internetowa Deweya. Polecam filmiki:
http://www.deweyreadmorebooks.com/deweyvideos.php

czwartek, 9 lipca 2009

Andrew Keen "Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę"

Ważna książka.
Andrew Keen precyzyjnie i jedynie od czasu do czasu popadając w mentorski ton – analizuje zjawisko Web 2.0 i zagrożenia pojawiające się wraz z nim.
Ciekawostką jest to, że opiera się na przykładach amerykańskich użytkowników Internetu i przypadkach, o których być może jeszcze nie mamy pojęcia.
Nie do końca potrafię zgodzić się ze wszystkimi stwierdzeniami Keena ale też i nie o to w tej publikacji chodzi, żeby wszczynać gorącą polemikę.
Keen ubolewa przede wszystkim nad faktem, że demokratyczne media niszczą potrzebne do tej pory profesje:
„Darmowe treści stworzone przez użytkowników (…) dziesiątkują szeregi naszych kulturowych strażników takich jak procesjonalni krytycy dziennikarze, redaktorzy (...) którzy są zastępowani (…) przez blogerów amatorów”.
Pomijając bolesną krytykę blogów, daje do myślenia rozbudowane twierdzenie, że Internet staje się naszym lustrem:
„zamiast wykorzystywać go do poszukiwania informacji bądź wiedzy o kulturze, używamy go by STAĆ się informacją, wiadomością i kulturą”. Keen pisze m.in. o „konfesyjnej” naturze użytkowników, zjawisku anonimowości nie występującym w tradycyjnych mediach i „cyfrowym narcyzmie”.
Uświadamia, że użytkownicy Internetu tworzą „miliardy spersonalizowanych prawd”, z których każda jest sobie równa. Pisze o rozdanym każdemu po równo prawie do klasyfikowania i definiowania zjawisk (tagowanie).
Szczególna krytyka dotyczy wyszukiwarki Google, która wynajduje nam to, co jest najbardziej popularne a nie najbardziej odpowiadające naszemu zapytaniu. Nazywa wyszukiwarkę odbiciem nas samych. Umieszczamy w niej miliardy pytań a ta traktuje je jako swoją własność, którą może „przechowywać, analizować i czerpać z niej korzyści. Jednak prawo własności do pytań zadawanym wyszukiwarkom pozostaje niejasne.”
Zastanawialiście się kiedyś co dzieje się z naszymi „zgoglowanymi" zapytaniami”? Ja nie, dlatego lektura Keena wiele uświadamia, trochę dołuje i BARDZO niepokoi.
„Web 2.0 to zdemokratyzowana wersja Orwellowskiego koszmaru.” Straszne stwierdzenie. Tym bardziej, że do tej pory byłam zalewana (nawet na studiach) pochwałami dla tego zjawiska. Dlatego przeczytajmy Keena, a potem…. piszmy blogi i żyjmy dalej…:-)