wtorek, 17 lutego 2009

"Harry Potter i Książe Półkrwii"

No cóż, nie będę tym razem oryginalna i nie popiszę się wymyślną lekturą. Ale od początku, nie obejdzie się niestety bez kilku autobiograficznych faktów. Kiedy świat popadł na potteromanię, ja całkowicie pochłonięta byłam inną literaturą. Ominęła mnie dyskusja i sąd nad książką, ominęło wyczekiwanie na kolejne tomy. Ale teraz przyszedł czas na beztroską, niczym nie skrępowaną lekturę. I Harrego. I muszę przyznać, że mimo wszystkich słusznych czy mocno przesadzonych zarzutów, ja widzę w tej historii przemyślany, konsekwentny i nigdy nie zachwiany system wartości, niekoniecznie przez dzieci uświadomiony, ale na pewno wchłonięty razem z lekturą. ZAWSZE największą i najpewniejszą ostoją okazuje się tu przecież przyjaźń i szacunek. I przedzierająca przez książkę wiara w człowieka. Mam wręcz wrażenie, ze tą inicjacyjną powieścią autorka uczy młodego czytelnika czym jest przyjaźń, oddanie, zaufanie, szacunek dla odmienności. Uczy też czym jest rozstanie, śmierć, żal i bezsilność wobec tego, co się przytrafia... Za to jestem w stanie wybaczyć autorce kilka dramatycznych i totalnie nie przystosowanych dla młodego czytelnika motywów (pająki z drugiej części, odrodzenie Voldemorta w czwartej - obcinanie ręki, fuj, czy w szóstej – jezioro z umarłymi ciałami).
Jednocześnie zachwycam się warstwą językową książki i przede wszystkim tą uroczą mieszanką motywów z mitologii i kultur (szczególnie na poziomie flory i fauny.) Jak na razie na kolana rzuciła mnie część V (Harry Porter i Zakon Feniksa), na każdej stronie autorka serwowała nam tak niespodziewane zwroty akcji, że nie mogłam oderwać się od powieści. Do części szóstej wdarł się już jakiś schematyzm i – najbardziej zagrażająca książce – przewidywalność. Ale co tam, to jedna z książek, przy której człowiek zapomina ile ma lat. Przypomina sobie dopiero, gdy trzeba wstać rano do pracy, a zasnęło się dwie godziny wcześniej, z lekturą w ręku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz