piątek, 27 marca 2009

Milan Kundera, "Księga śmiechu i zapomnienia"


Dwa razy pojawiła się u mnie nieodparta pokusa, aby „wyczytać” całą twórczość danego pisarza. Stało się tak z twórczością Wiesława Myśliwskiego, na którego nową powieść czekam, bo wyczytałam już wszystkie i Milana Kundery, którego dopiero „wyczytywać” zaczynam. Pokusiłabym się, że „Nieznośna lekkość bytu” jest jedną z najlepszych powieści jaką przeczytałam.
„Księga śmiechu i zapomnienia” jest nieco inna w poetyce ale równie wspaniała. Kiedy czytałam omówienia tej książki, czytelnicy wybierali z tych siedmiu pozornie niezależnych od siebie części swoje ulubione. Dla mnie każda jest tak samo dobra i z równą siłą zapada w pamięć. A o czym? O tym samym co i „Nieznośna…”. Pisanie o czasach komunizmu w kategoriach uniwersum, kosmosu aby za chwilę przyjąć perspektywę makro (wpływ na losy pojedynczego człowieka). Pisanie o tym, co najbardziej wstydliwe i nędzne w człowieku. Pisarstwo Kundery…. boli. Uderza w to co człowiek chciałby zapomnieć, ukryć, w najgorsze kompleksy. Nawet seksualne. Trzeba przyznać, że mało kto tworzy tak poruszające portrety niespełnionych seksualnie kobiet. I w tej książce także jest kilka takich portretów. Poza tym jest ona kalejdoskopem wciąż powracających wątków: czas, wspomnienie, pamięć, pisarstwo, śmiech. Ciężka książka. Dlatego nie umiem o niej napisać, nie do końca wiem też czy umiem Kunderę czytać. Ale próbuję.

środa, 25 marca 2009

W bibliotecznej książce „Reforma rolna” prof. Władysława Leopolda Jaworskiego, wydanej w 1926 roku w Krakowie znalazłam drukowaną dedykację:

TYM, KTÓRZY KOCHAJĄ ZIEMIĘ.
KSIĄŻKĘ TĘ
POŚWIĘCAM


Poruszające są takie „humanistyczne” dedykacje w sztywnych prawniczych (reforma rolna!!!), „przyziemnych” (dosłownie i w przenośni) książkach.

poniedziałek, 23 marca 2009


Książki to okno na świat, tu prawie dosłownie. Witryna antykwariatu w mieście x

Joanna Olech "Gdzie diabeł mówi do usług"

Joanna Olech, „Gdzie diabeł mówi… do usług"

„Twardowscy – wszyscy oni tacy sami, szelmy! Końca nie widać tym utrapieniom z nimi. Ledwośmy pradziada na księżyc wyekspediowali, nie mija trzysta lat a już nowe kłopoty. Czarnoksięskie nasienie!”

Przyznam, że książkę przeczytałam na spotkanie z autorką. Przezabawna powiastka dla dzieci i młodzieży, już jej tytuł zapowiada żartobliwy dialog z dobrze znanymi motywami. Autorka bardzo sprawnie i pomysłowo wykorzystała motyw czarnoksiężnika Twardowskiego i skompilowała wybrane wątki podania. Historia zaczyna się od przypomnienia niefortunnego finału życia czarnoksiężnika, z tą nowością, że podczas lotu na księżyc wypada mu tajemnicza księga, którą ponad trzysta lat później zupełnie przypadkiem znajduje chłopczyk o nazwisku Twardowski. Mikołaj nie tylko znajduje księgę ale i wywołuje przypadkowo dwóch diabłów- Rokitę i Dusiołka. I u zaczynają się zabawne perypetie, diabły chcą bowiem za wszelką cenę odzyskać kajet z zapiskami Twardowskiego i magicznym rubinem w oprawie. Mikołaj podpisuje z niezdarnymi diabłami pakt o oddaniu kajetu w zamian za trzy życzenia chociaż ten i tak nie trafia do rąk diabełków. Życzenia chłopca posłużą mu natomiast do „zreformowania” szkoły i zdobycia sympatii uwielbianej od dawna koleżanki. Nie wiem jak tą historyjkę odbierają dzieci, ja się uśmiałam serdecznie, bo zawsze gdy dawne wierzenia zderzają się z dzisiejszą technologią, mieszanka staje się wybuchowa. Autorka wspaniale skarykaturowała od lat tkwiące naszym wyobrażeniu i w literaturze postaci diabłów, które wrzucone wprost z XVI wieku do XXI, powodują dużo śmiesznego zamieszania. (Podobny motyw zetknięcia się postaci mitologicznych z dzisiejszymi „technologicznymi” czasami znajdziemy w „Podatku” Mileny Wójtowicz, lekkiej i przyjemnej powieści fantazy). Książeczka dowodzi też niesłabnącej popularności legendy o Twardowskim, która od czasu do czasu pojawia się wpleciona w tą czy inną powieść. Polecam przy okazji utrzymaną w innej poetyce ale również śmieszną, choć przede wszystkim niezmiernie wzruszającą i ciepłą powieść dla młodych „Pajączek z księżyca. Niezwykłe dzieje mistrza Twardowskiego i jego ucznia” ks. Łukasza Kamykowskiego. Hulaj dusza, piekła nie ma!

czwartek, 19 marca 2009

"Nowe przygody Mikołajka"


Śmiałam się z Mikołajka w pociągu i na urlopie, bo to właśnie taka pociągowo- wycieczkowo-urlopowa lekturka. Autor rewelacyjnie odtwarza schemat myślenia dziecka, przenosi w czasy gdy sami mieliśmy taki ogląd rzeczywistości. Mierziło mnie tylko i irytowało coraz bardziej z opowiadania na opowiadanie - powielanie stereotypu rodziny: zmęczony ojciec czytający gazetę po pracy, mama wciąż wychylająca się z kuchni i tylko z kuchni. Takie stereotypy są niebezpieczne, w literaturze dziecięcej szczególnie. Tak myślę. Mierziło mnie też nadużywanie formy „żeśmy”, wiem, że książka jest zapisem mylenia i relacjonowania dziecka ale jednak… A poza tym cóż, na następny urlop z całą pewnością pojedzie ze mną druga część przygód Mikołajka.

poniedziałek, 9 marca 2009

Maria Pruszkowska "Przyślę panu list i klucz"

Maria Pruszkowska
"Przyślę panu list i klucz"
Właśnie przeczytałam swoją ulubioną książkę (o czym oczywiście nie wiedziałam przynosząc ją z biblioteki do domu). A już na pewno najcieplejszą i bardzo optymistyczną. Aż żal czytać ją było szybko i szybko odłożyć na przeczytaną kupkę.
Bohaterami książki są dwie siostry i ich rodzice – rodzina maniaków literatury. Zainteresowanie edukacją córek ograniczyło się u Ojca do ich nauki czytania, żonę nazywał tylko imieniem aktualnej bohaterki, o której czytał, a swoje obowiązki odwalał „uczciwie i precyzyjnie” aby miał potem prawo do zatracania się bez wyrzutów sumienia w książkach. Żona, zanim pochłonęła ją pasja męża, użalała się: „to nie dom ale publiczna czytelnia”. Pasją czytania zaraziły się córki, (historia opowiadana jest w formie wspomnień jednej z nich). Wspaniale scharakteryzowane, zwłaszcza Alina – która, miała tendencje wcielać się w postacie aktualnie czytanych książek, z czego wynikały przekomiczne sytuacje. Rodzina posługiwała się w codziennych rozmowach cytatami z literatury i nieustannymi porównaniami z postaciami z książek. Szaleństwo tej rodziny nie jest jednak – jak mogłoby się wydawać, czymś destrukcyjnym, złym czy wyśmiewanym przez autorkę. Wręcz przeciwnie, mimo mylenia życia literaturą, a takie „mylenie” zwykle kończyło się w historii ludzkości tragicznie, proces czytania, przyswajania literatury i życie nią zostało przez Pruszkowską przekute w wielką wartość. Wspólne czytanie scala zwariowaną rodzinę i buduje bardzo silne więzi, przy okazji czyniąc życie lepszym, znoślejszym. Obie córki bardzo kochają i szanują swojego Ojca (co podkreślone jest zresztą pisaniem wielką literą), jest tu ogromny ładunek miłości i do rodziców i miłości siostrzanej. Dodatkowo książka jest napisana dowcipnie, lekko i, jak już pisałam, szczególnie CIEPŁO. Okraszona cytatami z literatury polskiej i światowej (cytowanymi oczywiście przez bohaterów w różnych sytuacjach życiowych) a umiejscowiona w dwudziestoleciu międzywojennym, z Boyem i Tuwimem w tle. Warto przeczytać ją chociażby po to, żeby przypomnieć sobie i odkurzyć stare, zapomniane już nazwiska tych, którzy tworzyli polską literaturę. Aż mi się zatęskniło do zakurzonych i okrutnie porzuconych zaraz po studiach lektur polonistycznych, szczególnie z okresu pozytywizmu.
Warto przeczytać tę powiaść także dlatego, że wbrew pozorom książki nie są tu dla bohaterów celem ale raczej sposobem, bo najważniejsze okazują się rodzinne więzy, przez książki jedynie usankcjonowane. Polecam, polecam i jeszcze raz z całego serca polecam!

P.S. Narratorka książki mówi w pewnym momencie:
„Owszem, trzeba iść na przód, ale nie lecieć jak pies z wywieszonym językiem, bo i tak nie dogonisz wszystkich książek, nie poznasz i nie przetrawisz wszystkiego”.
Czy nie wydaje się Wam, że w dzisiejszych czasach, kiedy szybkość jest w najwyższej cenie, przekłada się to także na czytanie, które dokonuje się szybko, „pomiędzy”. Bohaterki przypominają nam o czytaniu i rozkoszowaniu się słowem bez pośpiechu. Nie czują, że tracą czas czytając po raz któryś z kolei Sienkiewicza i tak znanego już na pamięć. Dlatego też warto sięgnąć po zapomnianą - jak na ironię - powieść Pruszkowskiej.

sobota, 7 marca 2009

Zbysław Arct "Dziwne historie książki"


Zbysław Arct "Dziwne historie książki"
Wspaniała książka z mojej ukochanej serii „Książki o książce”. Gawęda bibliofilska. Pokreślona ołówkiem bo i na każdej stronie było coś obowiązkowego do zanotowania. Autor, powołując się na liczne, ciekawe źródła, z lekkością omawia m.in. historie bibliofilstwa, bibliofilów-szaleńców, „rycerzy białego kruka”, staropolskich złodziei książek (podzielonych zresztą na „księgołapów zasłużonych” i „księgołapów pospolitych”) mistyfikacjach i oszustwach na rynku wydawniczym i bibliofilskim, oryginalnych wydaniach książek oraz wielu, wielu innych „faktach” z życia książki. Nie przeszkadzają nawet szczególnie socjalistyczne naleciałości (dowiadujemy się m.in., że półki Biblioteki im. Lenina w Moskwie mają łączną długość 300 km) a urocze jest to, że przedwojenny księgarz z tradycjami prowadzi dywagacje na temat postaci książki w przyszłości. Zachwycając się nad wynalazkiem mikrofilmu, przepowiada, że w dalekiej przyszłości może pojawią się książki mówione. Bardzo fajnie czyta się takie teksty, ich autorzy złapaliby się za głowę widząc współczesne formy książki i bibliotek (ot. np. w „Semiotyce książki” T. Zgierskiego z 1978r. czytamy:
Wkrótce nikomu nie przyjdzie do głowy przerzucać stosy książek w poszukiwaniu informacji, które można przechowywać na taśmie i które wyszuka komputer. Na pewno za 50 lat każda większa biblioteka będzie miała dostęp do centralnej bibliografii kierowanej przez komputery.(…) Można będzie pokręcając tarczą wybieraka otrzymać natychmiast żądane informacje odczytane na ekranie telewizora”)
Jednocześnie Arct wierzy, że:
„Powstanie nowych form książki nigdy nie pociągało za sobą całkowitego zniszczenia wszystkich książek wykonanych poprzednią techniką” Stąd jego zupełny spokój o przyszłość książki kodeksowej.
Autor sięga po wspomnienia miłośników książki, przytaczając najbardziej chwytające za serce fragmenty, dowiadujemy się więc, że książki „walczyły” razem z ludźmi w Powstaniu Warszawskim (budowano z nich barykady), że podczas pożaru zamku w Dzikowie w 1927r., zginęło dziewięć osób podczas…. próby ratowania księgozbioru i wiele wiele innych. Przyznam szczerze, że największy opad szczęki i wytrzeszcz oczu miałam czytając właśnie rozdział o bibliofilach. Autor przytacza bowiem historie szaleńców zabijających ludzi za książki.
Ponadto wiele wspaniałych cytatów z literatury, które „w wyborze” przytoczę:
„[książka]
to jedyny „wehikuł czasu”, przy pomocy którego możemy odbywać najciekawsze podróże” (A. Głuchow)
„nie potrzeba czytać wszystkiego, ale tylko to co odpowiada na pytania stawiane sobie przez człowieka” (L. Tołstoj)
„dobrze przeczytać książkę to znaczy wniknąć w jej treść, wchłonąć ją w siebie, przeżyć ją, stać się współtwórcą autora, dopowiadającym samodzielnie to co autor przemilczał. To znaczy dalej zaczepić swoją własną myśl o tryby cudzego koła, zmusić ją do pracy, do tworzenia i rozwiązywania całego łańcucha zagadnień wtórnych, grupujących się wokół zagadnienia zasadniczego, które poruszył autor” (Z. Dębiski)
M. Piechal „Książka” – fragm..
„Książko, cudzie wszelkiej naturze przeciwny,
kruche kartki powielone życiem,
jakaż jest rola twoja, jakiż udział dziwny
między dniem rzeczywistym a jego odbiciem!
(…)
Jak tu miarę odnaleźć, jak ton wybrać czysty,
z tego nieprzebranego urojeń przędziwa?
Sen mnie trapi prawdziwy, sen nierzeczywisty
i jawa rzeczywista ale nieprawdziwa”

A na koniec tej monstrualnej notki dobra wiadomość od autora książki:
„Średnio człowiek czyta dwa słowa na sekundę. Przypuśćmy, że ktoś nie robi nic
innego poza czytaniem przez dwanaście godzin na dobę. Rocznie możemy w ten sposób przeczytać około trzech milionów słów czyli około czterystu książek liczących po 270 stron każda. W ciągu pięćdziesięciu lat mógłby zatem przeczytać około dwudziestu tysięcy książek. Ale czyż znajdzie się człowiek, który spędza nad książką 12 godzin dziennie. Jeżeli więc czytałby po 6 godzin dziennie, w ciągu całego życia zdołałby „pochłonąć” około dziesięciu tysięcy książek. A od wynalezienia druku ukazało się na świecie ponad pięćdziesiąt milionów książek, broszur, czasopism, artykułów.(…) A teraz porównajmy te dwie liczby: 10.000 i 50 000 000. Jasne, że choćby nie wiem jak się starać, wszystkich książek przeczytać się nie da. Na to trzeba by poświęcić 250.000 lat.”

Mimo to cierpliwie czytajmy i wyczytajmy co zdązymy. Amen


poniedziałek, 2 marca 2009



Trzydzieści siedem lat temu jakaś babcia Zosia z Warszawy podarowała na dzień dziecka jakiemuś Tomaszkowi książkę Zofii Lorentz „Mali bohaterowie” o dzieciach Powstania Warszawskiego.
Trzycieści siedem, lat później wygrzebałam ją spośród nikomu niepotrzebnych książek w antykwariacie w odległym o sto kilometrów mieście.
Losy tej książki to prawdopodobnie także czyjeś losy. I nie potrzeba tu wyszukanych fabuł literackich. Pozdrawiam tych, którym marzy się Cmentarz Zapomnianych Książek.

niedziela, 1 marca 2009

Jacek Dehnel "Rynek w Smyrnie"


Jacek Dehnel "Rynek w Smyrnie"
O „Lali” pisano tylko dobrze o „Rynku…” trochę źle. Ja jednak broniłabym tej książki do ostatnich sił. Wspaniale skrojone opowiadania, a każde w innym, najlepszym stylu. Począwszy od pierwszego „Patrząc na Stromboli”, gdzie proza poetycka przeplata się z dowcipnymi, lekkimi sformułowaniami. Czytelnik dostaje dużą dawkę włoskiego słońca, krajobrazów, smaków (chyba na ten właśnie zmysł najbardziej oddziałuje tekst) i detali utrwalonych z fotograficzną dokładnością. Do tego przesympatyczne kreacje głównych bohaterów. Zdrowa, świeża proza. Zarzuty, że opowiadanie jest nudne, że nic się nie dzieje są absurdalne i ośmieszają wydających takie sądy. W tym tekście nie ma się dziać, czytelnik ma go smakować. Prawdę mówiąc ostatni raz miałam taki „odlot” w opisywane miejsca czytając „Barbarzyńcę w ogrodzie” Herberta.
Najlepsze w moim przekonaniu jest opowiadanie „Rynek w Smyrnie” - fantazja na temat wschodniej opowieści o nieuchronności śmierci z metafizycznym końcem i „powodzią śnieżnobiałych, marmurowych piór” anioła z nagrobku Tycjana.
Podobał mi się też szczególnie „Olaf Farbiarczyk”. Tak udane kreacje prostytutek znajdziemy chyba już tylko w nowelach Maupassanta a i pokusiłabym się o stwierdzenie, że po nim był już w tym temacie tylko Dehnel z tym właśnie opowiadaniem.
Generalnie nigdy nie jestem aż tak ortodoksyjna w kwestii literatury, z wyjątkiem prozy Dehnela i samego Dehnela (wciąż pamiętam spotkanie autorskie i tego drobnego chłopaczka wyrwanego jakby z Fin de sieclu i siłą wstawionego w XXI wiek) i już patrzę z apetytem na półkę, na której czeka na mnie w kolejce „Balzakiana”.