niedziela, 1 marca 2009

Jacek Dehnel "Rynek w Smyrnie"


Jacek Dehnel "Rynek w Smyrnie"
O „Lali” pisano tylko dobrze o „Rynku…” trochę źle. Ja jednak broniłabym tej książki do ostatnich sił. Wspaniale skrojone opowiadania, a każde w innym, najlepszym stylu. Począwszy od pierwszego „Patrząc na Stromboli”, gdzie proza poetycka przeplata się z dowcipnymi, lekkimi sformułowaniami. Czytelnik dostaje dużą dawkę włoskiego słońca, krajobrazów, smaków (chyba na ten właśnie zmysł najbardziej oddziałuje tekst) i detali utrwalonych z fotograficzną dokładnością. Do tego przesympatyczne kreacje głównych bohaterów. Zdrowa, świeża proza. Zarzuty, że opowiadanie jest nudne, że nic się nie dzieje są absurdalne i ośmieszają wydających takie sądy. W tym tekście nie ma się dziać, czytelnik ma go smakować. Prawdę mówiąc ostatni raz miałam taki „odlot” w opisywane miejsca czytając „Barbarzyńcę w ogrodzie” Herberta.
Najlepsze w moim przekonaniu jest opowiadanie „Rynek w Smyrnie” - fantazja na temat wschodniej opowieści o nieuchronności śmierci z metafizycznym końcem i „powodzią śnieżnobiałych, marmurowych piór” anioła z nagrobku Tycjana.
Podobał mi się też szczególnie „Olaf Farbiarczyk”. Tak udane kreacje prostytutek znajdziemy chyba już tylko w nowelach Maupassanta a i pokusiłabym się o stwierdzenie, że po nim był już w tym temacie tylko Dehnel z tym właśnie opowiadaniem.
Generalnie nigdy nie jestem aż tak ortodoksyjna w kwestii literatury, z wyjątkiem prozy Dehnela i samego Dehnela (wciąż pamiętam spotkanie autorskie i tego drobnego chłopaczka wyrwanego jakby z Fin de sieclu i siłą wstawionego w XXI wiek) i już patrzę z apetytem na półkę, na której czeka na mnie w kolejce „Balzakiana”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz