niedziela, 28 czerwca 2009

Holly Bourne "Nazywam się Muszelka"


Informację o książce odnalazłam na blogu zaczytani . Potem poruszyłam niebo i ziemię, żeby ją zdobyć i mam! Nie wiem jak mogłam przeoczyć – jako koneser ilustracji książkowej – tak piękne ilustracje Szancera! Poważna luka. Już sama okładka: zestawienie dwóch „stworzeń” tak odległych od siebie nie tylko gabarytami (jest to oczywiście ilustracja do fragmentu gdy syrenka spada z drzewa prosto na pasącą się krowę) i umieszczenie ilustracji na okładce jest chwytem przeciekawym i intrygującym. W książce znajdują się jeszcze cztery przepiękne barwne ilustracje oraz kilkanaście czarno-białych grafik.
Książka opowiada historię syrenki, którą dziewczynka Joasia znajduje wśród śledzi w sklepie z rybami i zabiera do domu. Maleńka syrenka powoduje swoją osobą i nieznajomością ludzkiego świata wiele perypetii.
Pomijając już zabawny fakt, że syrenka powoduje ogólne zdziwienie swoim pojawieniem się, ale nikt nie kwestionuje jej istnienia jako postaci bajkowej tylko akceptuje jej pojawienie „od pierwszego zobaczenia”, co jest w historiach dla dziecięcego czytelnika charakterystyczne i urocze, to jest to naprawdę ciepła, rodzinna historia do czytania nie tylko w wakacje, choć wakacjami i morzem pachnąca.
Jednocześnie ta i podobne bajki stanowią wyraz tęsknoty człowieka za postaciami „nie z tego świata”. Maleńka, prześliczna syrenka zaś ukształtowana jest zgodnie z wyobrażeniami o tych postaciach (oczywiście dostosowana do percepcji dziecka) – trochę „fantastyczna” w swej logice, dumna, wyniosła i próżna.
Od kilku lat z detektywistyczną precyzją i wytrwałością tropię obecność demonów wodnych (rusałek i syren) w literaturze. To małe „zwichnięcie” pozostało mi z czasów studiów polonistycznych, kiedy zauroczona rusałkami romantycznymi zaczęłam wyszukiwać te fantastyczne istoty, kończąc zresztą na seminarium magisterskim z…folkloru.
Najukochańszą moją literacką rusałką jest „Majka” Bolesława Leśmiana w „Klechdach polskich”.
W literaturze dziecięcej postaci te ulegają często ciekawym transformacjom – mamy przykład z Muszelką – syreną, która zachowując swoje charakterystyczne cechy: uroda, której nikt nie może się oprzeć, próżność i gwałtowność,jednocześnie – jak to bywa w literaturze dziecięcej – jest postacią dobrą i bardzo „ludzką” w swych uczuciach.
Ale koniec pseudonaukowych dywagacji. Polecam książkę, szczególnie w wakacje, bo aż się chce jechać nad morze, szczególnie z małym czytelnikiem, któremu nikt nie odmówi marzeń o przyjaźni z maleńką syrenką.

wtorek, 23 czerwca 2009

Gabriele Kuby "Harry Potter. Dobry czy zły?"

W przeciwieństwie do propozycji czytanej przeze mnie ostatnio, książka Gabriele Kuby obchodzi się z cyklem powieści o Harrym zdecydowanie mniej czule.
Może, jako że sama zaniemówiłam po lekturze, dopuszczę do głosu autorkę:
„Samo postawienie pytania [patrz tytuł] stanowi już akt wymierzony przeciw globalnej potteromanii. Warunkiem niedorzecznego uzależnienia się od Pottera jest to, że takie pytanie nie zostało postawione. Ja już teraz udzielę na nie odpowiedzi – Harry Potter jest zły. Skutki będą katastrofalne. I stoję oszołomiona przed rozmiarem zaślepienia.”
"Do tej pory
[autorka wydała książkę po piątym tomie przygód Harrego] na 2388 stronicach nie było żadnej sceny, która byłaby naprawdę pozytywna, zdrowa, wesoła, pełna nadziei. Wszystkie drzwi otwierają się do coraz to nowych pokojów grozy.”
„Jest jasne, że wyrafinowana inteligencja dzieła polega na systematycznym dezorientowaniu, czym jest dobro a czym zło, poprzez długie przyzwyczajanie do tego co straszne, budzące wstręt.”

„Świat Harrego Pottera jest od pierwszych stron zapełniany stworzeniami, które w swej grozie i ohydzie znacznie górują nad tworami fantazji Boscha.”
„Nie ma w Harrym Potterze nic dobrego, czemu nie przyczepiono by wywołującego odrazę atrybutu, i nie ma nic złego (poza samym diabłem) czemu nie przypisano by pozytywnych atrybutów. To podstawowa zasada całej historii, której przestrzega się nawet w najdrobniejszych szczegółach.”
„Jestem przekonana, że nie znajdziecie państwo żadnej sceny, która miałaby pogodny nastrój, która wywoływałaby uśmiech na twarzy.”
Jezu… jak się do tego tekstu (proszę mi wierzyć, że takimi argumentami naszpikowana jest cała ta publikacja) ustosunkować. Jestem tolerancyjna, szanuję opinie innych ludzi więc daruję sobie jakieś wielce oceniające komentarze (jestem zresztą w stanie zgodzić się z Kube w kwestii dezorientowania czytelników co do dobrych i złych konstrukcji i intencji bohaterów, ale to jest osoba historia), z wyjątkiem jednego. Autorka w jednym z rozdziałów wymienia postacie (z krótkim ich opisem) książki oraz miejsce akcji. Robi to celowo wybiórczo, a opisy skonstruowane są tak, by nie znalazła się w nich żadna pozytywna informacja. Kiedy zaś poświęca kolejny rozdział na bardzo szczegółowe streszczenie piątego tomu to jest to owszem, streszczenie - ale najbardziej drastycznych fragmentów Harrego.
Zabrakło tu chociaż chęci obiektywizmu, pojawiła się natomiast najnormalniejsza na świecie manipulacja. Ot co.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

J.Gaare, O.Sjaastad "Harry Potter. Filozoficzny czarodziej"

Że cykl powieści Rowling jest ważnym tekstem kultury współczesnego świata to rzecz oczywista.
Autorzy dość obszernej rozprawki o znamiennym tytule i z kapitalną okładą polskiego wydania, podejmują próbę analizy powiązań książki z filozofią, psychologią, socjologią, etyką, mitologiami, religią, polityką – czyli w zasadzie z całym niematerialnym „dorobkiem” ludzkości.
Jest w tej książce straszliwy chaos, brakuje jednej, konsekwentnej metodologii ale też nie przesadzajmy, nie pretenduje ona do miana naukowej rozprawy, napisano ją zresztą tak, by korzyść z lektury mogły wyciągnąć zarówno osoby obeznane z filozofią jak ci, którzy nie są z nią za pan brat. Służy temu nie tylko przystępny język ale i krótkie wzmianki o najważniejszych osobistościach tej i pokrewnych dziedzin. Dużym plusem jest także umieszczanie jakby na marginesach książki mocno powiększoną w stosunku do tekstu właściwego czcionką cytatów korespondujących z treścią rozdziałów. Obok najważniejszych filozofów pojawiają się zresztą słowa…Dumbledora.
Dowiadujemy się więc m.in. że myślodsiewnia nawiązuje do metaforycznych modeli ludzkiej pamięci, że Bogin jest psychologiem (Freud by się uśmiał) pomagającym wejrzeć w ukryte lęki, a Ministerstwo Magii i badanie dopuszczalnej grubości denek kociołków przez Perciego to parodia biurokracji w Unii Europejskiej.
Ale nie tylko… autorzy wyjaśniają symbolikę wielu zjawisk, wymieniają i analizują wykorzystane przez Rowling archetypy, elementy biblijne a nawet systemy polityczne.
Dobra książka. Mimo że chaotyczna. Bardzo udana powtórka z filozofii czy też lekcja filozofii- jak komu pasuje.
Wskazując związki historii Harrego z kulturą śródziemnomorską, oddaje jej zasłużenie wysokie miejsce w literaturze dla dzieci i młodzieży. „ Lektura serii o Harrym Potterze to zadanie filozoficzne. To opowieść filozoficzna, podobnie jak cała dobra literatura Fantazy.”
Największą zaletą jest jednak OBIEKTYWNOŚĆ!!!! Autorzy „robią swoje” jakby poza całą wrzawą wokół cyklu.
Ulubiony cytat (z marginesów książki);
„I nie licz sów póki nie przylecą” Dumbledore

GORĄCO POLECAM!!!!!



czwartek, 18 czerwca 2009

znalezione w książce


Swego czasu wydawano serię "Bilioteczka świetlicowa" a w niej adaptacje sceniczne znanych utworów literackich (włącznie z uwagami scenicznymi na końcu książki i planami zagospodarowania świetlicowej sceny). Z tych dziwolągów posadam "Martwe dusze" Gogola oraz wygrzebaną dziś z góry antykwarycznych śmieci ukochaną powieść "Dziurdziowie" Orzeszkowej.
A w niej, na karcie tytułowej, złożony dorosłą ręką i złożony z całą pewnością dość dawno napis:

"Harcerz - to człowiek z ksiązką"

Pozdrawiam autora oryginalnej definicji oraz wszystkich blogowych harcerzy!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Tina Stroheker "Frytki w Gliwicach. Poetycka topografia Polski"

Książkę wygrzebałam z koszyka z przecenami na tegorocznych targach książki, niemając bladego pojęcia kim jest autorka, ale uwiedziona „smacznym” tytułem, jeszcze bardziej apetyczną okładką i intrygującym podtytułem, nie pomyliłam się co do jej wartości.
Okoliczności powstania i specyfikę książki wyjaśnia nam krótka rozmowa z autorką, zamieszczona na końcu książki.
Tina Stroheker– niemiecka poetka, wyjaśnia przyczyny jej kontaktów z Polską (m.in. pobyt stypendialny w Strzelcach Opolskich).
Książka składa się z kilkudziesięciu króciutkich szkiców, w których autorka zabiera nas w podróż po Polsce:
„Po drodze zaglądamy między innymi do Częstochowy, Łodzi, Warszawy, Poznania, Wrocławia czy Krzyżowej.(…). Naturalnie odwiedzałam także turystyczne atrakcje, jak krakowski Rynek czy Klasztor Jasnogórski. Jednak moja topografia Polski prowadzi także równie często do wielu nieznanych, bardzo prywatnych miejsc (…), na działkowy ogródek, do tytułowej budki z frytkami. I coś jeszcze, czytelnicy znajdą tu teksty, które z zakotwiczonej w Polsce perspektywy wybiegają dalej, prowadząc ich do polskich miejsc poza Polską, m.in. na Piątą Aleję w Nowym Jorku(…), do drezdeńskiego muzeum J.I. Kraszewskiego.” – wyjaśnia.
Te krótkie eseje to podróż dla Polaka nietypowa. Przewodniczką jest przecież Niemka. Brzmi kontrowersyjnie nieprawdaż? Jednak po przeczytaniu kilku szkiców czytelnik już wie, że napisała ją Niemka zakochana w Polsce, znakomicie zorientowana w jej historii, kulturze, specyfice. Oczywiście w jej sądach jest dużo uogólnień i dużo drażniącego patosu i sentymentalizmu (jednakże bez obciążania się niemieckimi „winami za grzechy” na narodzie polskim), ale jednocześnie należałoby życzyć sobie i innym Polakom tak głębokiej refleksji nad tym, co na co dzień mijamy i OMIJAMY i życzyć TAKIEGO zakochania w Polsce.
Przez poetycką podróż przewijają się ludzie kultury i słowa. Autorka kreśli np. bardzo ciepły obraz Marty Fox, z którą serdecznie się przyjaźni. Dzieli się z nami rozmowami przeprowadzonymi z Markiem Edelmanem, Andrzejem Szczypiorskim.
Dodatkowo posługuje się pięknym, poetyckim językiem a w eseje wplata wiele starannie dobranych cytatów z literatury polskiej i obcej.

Autorka tak wyjaśnia relacje polsko-niemieckie w końcowej rozmowie:
„Jeden i drugi naród wyniesie korzyści z niezbędnej refleksji nad stereotypami i zdominowaniem zbiorowego myślenia przez wyizolowane fragmenty historii, na przykład przez okres nazizmu, jakkolwiek wiedza na ten temat jest bardzo potrzebna, a pokusa jej marginalizacji bardzo niebezpieczna.”
Potrzebny jest także, i wielce ciekawy, inny, „pozapolski” punkt widzenia.

czwartek, 11 czerwca 2009

Newt Skamander „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”

Aby nie pozostać w nieutulonym smutku po wyczytaniu całej serii o Harrym, sięgnęłam po maleńki bestiariusz wydany w 2002 roku. Przyznam, że nie przychodzi mi teraz do głowy inny przykład fikcyjnej książki, która znana by była z tytułu i autora i przeniknęła do rzeczywistości wydawniczej. Paweł Dunin – Wąsowicz popełnił nawet „Widmową bibliotekę. Leksykon książek urojonych”, dość obszerny przewodnik po książkach, które pojawiały się w fikcyjnych fabułach.
Media Rodzina we współpracy z Książnicą znajdującą się na ul. Pokątnej 18a (dane ze strony tytułowej, ciekawe jak to opracowują nieuważni bibliotekarze he he) wydała kopię należącego do Harrego Pottera podręcznika z Hogwardu. I jak na kopię przystało, podręcznik jest „podkreślony” jego notatkami, które bawią czytelników wtajemniczonych w serię. Najgenialniejsza jest jednak część teoretyczna bestiariusza i rozdział „Mugole a fantastyczne zwierzęta. Krótka historia mugolskiej świadomości”:
„Chociaż może się to niektórym czarodziejom wydawać zadziwiające, mugole nie zawsze byli nieświadomi istnienia magicznych i potwornych stworzeń, które od tak dawna i z takim trudem staramy się przed nimi ukryć. Rzut oka na mugolską średniowieczną literaturę ujawnia, że wiele stworzeń, które mugole obecnie uważają za wytwory swojej wyobraźni, były przez nich kiedyś uważane za istniejące w rzeczywistości. Smoki, gryfy, jednorożce, feniksy, centaury – te i inne zwierzęta pojawiają się w dziejach mugoli z tamtego okresu, co prawda opisywane z komiczną wręcz nieścisłością”.
Rowling tworzy nowe teorie pewnych zjawisk w świecie mugoli, których przyczyna tkwi np. w ingerencji fantastycznych zwierząt. Bardzo ciekawy zabieg, motyw ten przewija się zresztą gdzieniegdzie przez cykl.

Ulubione zwierzątko:
Memortek – mały ptaszek, który:
„Przez całe życie jest niemy, a tuż przed śmiercią wydaje długi krzyk składający się ze wszystkich dźwięków, jakie słyszał w życiu, wyśpiewanych w odwrotnej kolejności”

Nie przypominam sobie aby wszystkie zwierzęta z bestiariusza przewinęły się przez książkę. Szkoda też, że autorka nie uzupełniła jej też „mugolskimi” odniesieniami dotyczącymi etymologii tych zwierząt, ale zwarzywszy na fakt, że jest to kopia podręcznika ze szkoły czarodziejów, byłoby to oczywiście nieuzasadnione.
Polecam potteromaniakom!

środa, 10 czerwca 2009

"Harry Potter i insygnia śmierci"

Mam nadzieję, że Bazyl nie będzie miał mi za złe, że rozpocznę notkę o ostatnim tomie przygód Harrego linkiem do jego recenzji, jest to bowiem moja ulubiona recenzja:

http://bazyl3.blogspot.com/2008/11/harry-potter-i-insygnia-mierci-j-k.html

i jedna z fajniejszych notek blogowych, na które się natknęłam.
Po tej recenzji powinnam dodać od siebie „adios” Harremu i tyle. Ale nie wypada skracać refleksji do jednego stwierdzenia.

Ostatni tom czytałam z jakimś niepokojem, że zawiodę się finałem i jednocześnie z narastającą frustracją, której przyczyny nie umiem zwerbalizować.
Widać w „Insygniach śmierci” zmęczenie materiału. Schematyczność cyklu najbardziej boleśnie daje się odczuwać właśnie w tym tomie (szczególnie wyeksponowany tu schemat powieści detektywistycznej), mimo iż, jak napisał Bazyl, autorka rezygnuje z kalki konstrukcyjnej poprzednich tomów. Momentami zasypiałam i nie miałam problemów z rozstaniem się z książką przed snem (przy poprzednich tomach z podjęciem decyzji o pójściu spać było znacznie gorzej, szczególnie przy „Zakonie Feniksa’). Za to irytowało mnie przenoszenie Harrego z miejsca na miejsce i ratowanie go z opresji kilkakrotnie w ten sam sposób, ze szczególnym uwzględnieniem roli Stworka, który niczym deus ex machina pojawił się na polu wydarzeń by zginąć zaraz potem zupełnie nie potrzebnie. Irytował mnie nadludzki i nienaturalny refleks Hermiony, brak logiki wielu epizodów (np. uratowanie Malfoya - sztuczne i niczym nie uzasadnione), skrótowość kilku wydarzeń (przez kilkanaście minut nieobecności przy Harrym – Hermina i Ron zabijają bazyliszka i unicestwiają horkruks – przecież to absurdalne). Irytowały mnie sugestywne opisy okrucieństwa Voldemorta (tortury i tym podobne atrakcje) Autorka pogubiła w finale cyklu jasność przekazu historii Harrego, a nieżyjący Dumbledor jak kolejny deus ex machina pojawił się na końcu, żeby wyjaśnić (albo zaciemnić - jak kto woli) niejasne kwestie. Nawet wątek Snape’a, choć zakończony niewątpliwie oryginalnie, potraktowany został boleśnie skrótowo. Jedno zanurzenie się w myślodsiewni załatwiło sprawę. Szkoda, bo ten wątek był warty rozbudowania. A tu wszystko jakoś szybko, po łebkach i od niechcenia. Ech…

A jednak szkoda, że to koniec spotkań z Harrym. Dlatego polecam książkę dla koneserów:
"Tezaurus Harry Potter" A. Polkowskiego i J. Lipińskiej. Obejmuje on wszystkie części cyklu i ma ciekawą oprawę graficzną.

piątek, 5 czerwca 2009

Roland Topor "Made in Taiwan. Copyright in Mexico"

Najpierw fragment ze wstępu:
„Granica między życiem a śmiercią nie jest wcale tak wyraźna jak sądzimy. Wielu żywych dźwiga już w sobie własną trumnę, żyjąc tylko z nawyku, świeży trup zaś daje schronienie żywym komórkom, uwijającym się, jakby nigdy nic.”
oraz:
"Jak więc tu wierzyć, ze nudziarz przestanie nudzić tylko z powodu zejścia? Snob odrzuci snobizm, gdy kości zostały rzucone?(…) Nic to nie zmieni! Idę o zakład, że na cmentarzu, jak wszędzie, skąpiec z trudem zdobędzie się na hojność, a tchórz na odwagę.”
W zasadzie cała ta dziwaczna książeczka jest rozwinięciem powyższych, trumiennych „refleksji”. Każda z nienumerowanych stron przynosi krótszy bądź dłuższy tekst w formie swoistej anegdoty, która powstaje przez absurdalne zetknięcie żywych ludzi z ludźmi umarłymi, którzy de facto, oprócz tego, że nie żyją, nadal mają się całkiem dobrze.
Oto przykład, zdecydowanie najmniej „zombiasty”, bo w książce roi się od kościotrupów, czaszek, i innych „domen” osób nieżyjących:

„Pewien człowiek wybiera się nazajutrz rano na pogrzeb starego przyjaciela. Spędza okropną noc, budzą go koszmary, zapala lampkę przy łóżku (…), wreszcie o świcie zasypia. Nie słyszy budzika i przegapia spektakularną randkę.
-Jak mogłem spać mimo piekielnego dzwonienia? – zastanawia się ogłupiały
- Bo kilka minut wcześniej umarłeś-wyjaśnia zmarły przyjaciel.
-Przynajmniej ty nie wystawiłeś mnie do wiatru”

Autor tworzy sytuacje na granicy najwyższego absurdu. Oprócz budowania przezabawnych „sytuacyjnych” anegdot (bardzo nie pasuje mi to słowo ale innego nie znalazłam) autor bawi się też konwencją językową, wplatając lub nawet czyniąc z frazeologizmów związanych ze zmarłymi puentę tekstu (np. opisuje walkę umarłych o granicę dwóch cmentarzy podsumowując: „…możemy się pocieszać, że wojna nie przyniosła żadnego żywego”).
Zastanawiacie się po co to wszystko? Ksiązka uświadamia absurdalność śmierci, wychodzi jej naprzeciw z dystansem i humorem. Opowiastki te można czytać dla swoistej rozrywki jak dowcipy, można dopatrywać się głębszych refleksji. Do wyboru do koloru.
Autor jest francuskim poetą i rysownikiem, „klasykiem czarnego humoru, kontynuatorem tradycji surrealizmu” - jak informuje okładka. Podobno też teksty te nawiązują do tajwańskich dowcipów cmentarnych i meksykańskiej fascynacji życiem po śmierci (również przeczytane na okładce) - o tym ostatnim nic powiedzieć nie mogę bo nie mam bladego pojęcia o tych zjawiskach ale o przeczytanej książce owszem… Jeśli ktoś miłuje w literaturze dobry absurd i ma dystans do naszego „nędznego padołu”, to polecam gorąco tą „trumienną lekturę”.
Już we wstępie czytamy pocieszenie:
"Łatwiej wyemigrować do krainy zmrałych niż z niej wrócić. Na pewno to ląd przyjazny, bardziej tolerancyjny od naszego. A koszta podróży, zawsze w jedną stronę, są na każdą kieszeń." :-)

środa, 3 czerwca 2009

Jerzy Bralczyk "Mówi się"


I kolejna „autobusowa” książka.
„Pokłosie” audycji telewizyjnej prof. Bralczyka „Mówi się”, w której odpowiadał on na pytania zadawane listownie bądź telefonicznie przez użytkowników języka polskiego. Świetny pomysł utrwalenia tych przeciekawych odpowiedzi które, logicznie uporządkowane w bloki tematyczne, ułożyły się w sympatyczny poradnik językowy. Atmosfera tolerancji a nie autorytatywnego narzucania gotowych rozwiązań oraz nieukrywana przez Bralczyka, powtarzana co i rusz fascynacja językiem polskim sprawia, że czyta się to bardzo dobrze. Wartość książeczki podnoszą świetne, dowcipne i przewrotne rysunki, które – jak sądzę nie tylko „rozładowują atmosferę” naukowości ale – DOSŁOWNIE ilustrują językowe śmieszności. Aż szkoda, że nie mogę zamieścić skanu chociaż jednej z nich.
Polecam fanom języka polskiego!