środa, 10 czerwca 2009

"Harry Potter i insygnia śmierci"

Mam nadzieję, że Bazyl nie będzie miał mi za złe, że rozpocznę notkę o ostatnim tomie przygód Harrego linkiem do jego recenzji, jest to bowiem moja ulubiona recenzja:

http://bazyl3.blogspot.com/2008/11/harry-potter-i-insygnia-mierci-j-k.html

i jedna z fajniejszych notek blogowych, na które się natknęłam.
Po tej recenzji powinnam dodać od siebie „adios” Harremu i tyle. Ale nie wypada skracać refleksji do jednego stwierdzenia.

Ostatni tom czytałam z jakimś niepokojem, że zawiodę się finałem i jednocześnie z narastającą frustracją, której przyczyny nie umiem zwerbalizować.
Widać w „Insygniach śmierci” zmęczenie materiału. Schematyczność cyklu najbardziej boleśnie daje się odczuwać właśnie w tym tomie (szczególnie wyeksponowany tu schemat powieści detektywistycznej), mimo iż, jak napisał Bazyl, autorka rezygnuje z kalki konstrukcyjnej poprzednich tomów. Momentami zasypiałam i nie miałam problemów z rozstaniem się z książką przed snem (przy poprzednich tomach z podjęciem decyzji o pójściu spać było znacznie gorzej, szczególnie przy „Zakonie Feniksa’). Za to irytowało mnie przenoszenie Harrego z miejsca na miejsce i ratowanie go z opresji kilkakrotnie w ten sam sposób, ze szczególnym uwzględnieniem roli Stworka, który niczym deus ex machina pojawił się na polu wydarzeń by zginąć zaraz potem zupełnie nie potrzebnie. Irytował mnie nadludzki i nienaturalny refleks Hermiony, brak logiki wielu epizodów (np. uratowanie Malfoya - sztuczne i niczym nie uzasadnione), skrótowość kilku wydarzeń (przez kilkanaście minut nieobecności przy Harrym – Hermina i Ron zabijają bazyliszka i unicestwiają horkruks – przecież to absurdalne). Irytowały mnie sugestywne opisy okrucieństwa Voldemorta (tortury i tym podobne atrakcje) Autorka pogubiła w finale cyklu jasność przekazu historii Harrego, a nieżyjący Dumbledor jak kolejny deus ex machina pojawił się na końcu, żeby wyjaśnić (albo zaciemnić - jak kto woli) niejasne kwestie. Nawet wątek Snape’a, choć zakończony niewątpliwie oryginalnie, potraktowany został boleśnie skrótowo. Jedno zanurzenie się w myślodsiewni załatwiło sprawę. Szkoda, bo ten wątek był warty rozbudowania. A tu wszystko jakoś szybko, po łebkach i od niechcenia. Ech…

A jednak szkoda, że to koniec spotkań z Harrym. Dlatego polecam książkę dla koneserów:
"Tezaurus Harry Potter" A. Polkowskiego i J. Lipińskiej. Obejmuje on wszystkie części cyklu i ma ciekawą oprawę graficzną.

3 komentarze:

  1. Ależ zostałem mile połechtany. I to z samego ranka :D

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie się podobało i gryzłam paluchy z emocji tak samo jak przy poprzednich tomach cyklu...
    Lekki niedosyt dotyczył tylko braku wzmianki nt. późniejszych losów dorosłej Luny Lovegood. Przecież to jednak z wyrażniejszych i ciekawszych postaci sagi p. Rowling.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hanyszko, kiedy będzie można poczytać Twój blog? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń