czwartek, 30 lipca 2009

Grzegorz Leszczyński "Magiczna biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku"


Książkę widziałam już jakiś czas temu w gablocie w jednym z korytarzy narodowej książnicy, ale że BN jest labiryntem, nie udało mi się dotrzeć ani do informacji ani do miejsca gdzie mogłabym ją kupić. Potem przypomniała mi o niej swoim wpisem Prowincjonalna Nauczycielka i oto mam biblioteczny egzemplarz przed sobą.
Bardzo wartościowa pozycja, subiektywno-obiektywny przewodnik po interesujących zjawiskach w literaturze dziecięcej.
Autor przedstawia m.in. charakterystykę baśni – pra-tekstu i pre-tekstu późniejszych doświadczeń czytelniczych dziecka. Dowodzi, że „wyprana” z emocji literatura zabija czytelnictwo. Nie o to więc chodzi aby podsuwać dzieciom książki „bez żądła, bez wątpliwości, bez niepokoju”. Bez zła mały czytelnik nie rozpozna dobra…
Bardzo ciekawie pisze o wpływie antypedagogiki na konstrukcje postaci i fabuły powieści dla dzieci, omawia najciekawsze motywy w literaturze, m.in. dziecka odmieńca.
Oddaje też wielki ukłon w stronę pisarstwa Małgorzaty Musierowicz, poświęcając jej odrębny rozdział. Omawia także główne tendencje we współczesnej ilustracji dziecięcej (przeciekawe). Dzieli się wieloma odważnymi i kontrowersyjnymi opiniami. Język Leszczyńskiego, choć momentami trudny, obfituje w oryginalne, miejscami dowcipne sformułowania, trochę jednak gryzące się z naukowością wywodu.
Na deser podaje nam autor kilka kanonów lektur. Tworzy także swój własny „kanon na początek wieku” – każda ze stu książek (obok tytułu zamieszczona jest okładka, co znacznie ułatwia „identyfikację”) omówiona jest wzmiankowo na dolnym marginesie tekstu.
Dodatkowo książka jest bardzo ładnie wydana (twarda, masywna okładka, kredowy papier, ilustracje zaczerpnięte z książek dla dzieci) co naprawdę podwyższa jej wartość.
Aż szkoda się z nią rozstawać, cóż, kiedy jest własnością Biblioteki…

Kiedy czytałam ją w autobusie, młoda kobieta z dzieckiem stojąca obok tak bardzo zainteresowała się książką, że aż zaczepiła mnie, zapytała o czym jest i spisała sobie jej tytuł mówiąc, że szuka lektur dla swojego synka. Odbyłyśmy miłą rozmowę, cóż, każde miejsce jest dobre na upowszechnianie czytelnictwa.:-)

poniedziałek, 27 lipca 2009

William Wharton "Ptasiek"

Książka zapewne ogólnie znana, nie będę się więc szczególnie rozpisywać.
Sięgnęłam po nią, bo uwielbiam literackich odmieńców – od tych o ludowym rodowodzie po produkty współczesności. Nie zawiodłam się na Ptaśku. Dołączył do galerii moich ulubionych odmieńców z Oskarem z „Blaszanego bębenka” i z Grenouille z „Pachnidła” na czele. Uwielbiam takie fantastyczne w swej logice postacie, które nie zgadzają się na zastaną rzeczywistość.
Książka ambitna i ciężka. Podobało mi się przemieszanie dwóch tak diametralnie różnych punktów widzenia, nie przeszkadzała nawet szczególnie zwulgaryzowana relacja Ala skontrastowana z delikatnym trzepotem ptasich skrzydeł i erotycznym napięciem wspomnień Ptaśka. Motyw piłek do golfa wysłanych Ptaśkowi bezbłędny, zakończenie powieści groteskowe do bólu. Dodatkowo niezaprzeczalne „walory przyrodnicze” książki. Ot co.
Ulubiony cytat:
„Może wariaci to tacy ludzie, którzy wszystko widzą tak jak jest, tylko udało im się znaleźć sposób, żeby z tym żyć”
„Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat.”

wtorek, 21 lipca 2009

znalezione w książce

Na biblioteznej półce z porzuconymi ksiązkami. Trudno nazwać powieść Porazińskiej zbiorem opowiadań, ale dedykacja jest przeurocza.
P.S. Tego dnia znalazłam tez porzucony egzemplarz "Przyślę panu list i klucz". Ci, którzy czytali wiedzą, ze to skarb. I pomyśleć - książka, której szukalam na aukcjach inernetowych i w antykwariatch sama wpada w ręce...

niedziela, 19 lipca 2009

książka miniaturka


Dostałam ją od bliskiej osoby. Wydana przez Edycję Świętego Pawła. Numer 11 serii kieszonkowej. W środku sentencje o miłości jakich wiele w podobnych wydawnictwach, na oładce sugestywne zdjęcie. Najbardziej cieszą jednak rozmiary: 55X40mm a grubość grzbietu 30mm. Cacko.
Kiedyś wydawano więcej miniaturek. Miły powrót do tradycji.

środa, 15 lipca 2009

Vicky Myron "DEWEY. Wielki kot w małym mieście"


Dawno nie czytałam książki tak ciepłej i serdecznej. Humorystycznej i wzruszającej. Napisana bez literackiego nadęcia, napisana po prostu, tak jak wiele z nas chciałoby napisać o swoim życiu.
Autorką książki jest bibliotekarka z amerykańskiego miasta Spencer, która pewnego zimowego ranka wyjęła ze skrzynki na zwroty maleńkiego kociaka. Dewey zamieszkał w bibliotece, żył w niej 19 lat i podziałał iście terapeutycznie na czytelników i mieszkańców borykającego się z problemami gospodarczymi miasteczka.
Myron opisuje perypetie kociaka Deweya – dyrektora promocji biblioteki, jak go określiła, jego zwyczaje i - najważniejsze - relacje z ludźmi.
Ale nie tylko. W książce znajdziemy bardzo sugestywny i z reporterską starannością pokazany portret amerykańskiego miasteczka otoczonego farmami i polami kukurydzy. A na tle miasta: dzieje zwykłych ludzi… I biblioteka. Wspaniale pisze o bibliotece jako instytucji, jej roli w niewielkiej społeczności.
Polecam bardzo gorąco. Naprawdę cenna książka.

Ulubiony cytat:
„Dewey był wyjątkowy, dlatego, że zrobił coś niezwykłego, on po prostu był niezwykły. Można go porównać do pozorne zwykłych ludzi, którzy dopiero przy bliższym poznaniu okazują się wyjątkowi. To są ci, którzy nigdy nie opuszczają dni w pracy, nigdy nie narzekają i nigdy nie proszą o więcej niż dostają. Należą do nich ci dziwni bibliotekarze, sprzedawcy samochodów czy kelnerki, którzy z zasady doskonale wypełniają swoje obowiązki i wykraczają poza rutynę, gdyż kochają to co robią. Wiedzą do czego zostali w życiu powołani i dążą do wypełniania tego wyjątkowo sumiennie. (…) Większość nie jest przesadnie doceniana. Sprzedawcy w sklepach. Bankowi doradcy. Mechanicy samochodowi. Matki. Świat zwraca uwagę na odmieńców i hałaśliwych, bogatych i wyrachowanych. Nie poświęca uwagi tym, którzy zwykłe rzeczy robią w sposób niezwykły.”

I taka jest cała książka. Ukłonem w stronę codzienności, szarości. Ukłonem dla kota, który tą szarość rozświetlał.

Strona internetowa Deweya. Polecam filmiki:
http://www.deweyreadmorebooks.com/deweyvideos.php

czwartek, 9 lipca 2009

Andrew Keen "Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę"

Ważna książka.
Andrew Keen precyzyjnie i jedynie od czasu do czasu popadając w mentorski ton – analizuje zjawisko Web 2.0 i zagrożenia pojawiające się wraz z nim.
Ciekawostką jest to, że opiera się na przykładach amerykańskich użytkowników Internetu i przypadkach, o których być może jeszcze nie mamy pojęcia.
Nie do końca potrafię zgodzić się ze wszystkimi stwierdzeniami Keena ale też i nie o to w tej publikacji chodzi, żeby wszczynać gorącą polemikę.
Keen ubolewa przede wszystkim nad faktem, że demokratyczne media niszczą potrzebne do tej pory profesje:
„Darmowe treści stworzone przez użytkowników (…) dziesiątkują szeregi naszych kulturowych strażników takich jak procesjonalni krytycy dziennikarze, redaktorzy (...) którzy są zastępowani (…) przez blogerów amatorów”.
Pomijając bolesną krytykę blogów, daje do myślenia rozbudowane twierdzenie, że Internet staje się naszym lustrem:
„zamiast wykorzystywać go do poszukiwania informacji bądź wiedzy o kulturze, używamy go by STAĆ się informacją, wiadomością i kulturą”. Keen pisze m.in. o „konfesyjnej” naturze użytkowników, zjawisku anonimowości nie występującym w tradycyjnych mediach i „cyfrowym narcyzmie”.
Uświadamia, że użytkownicy Internetu tworzą „miliardy spersonalizowanych prawd”, z których każda jest sobie równa. Pisze o rozdanym każdemu po równo prawie do klasyfikowania i definiowania zjawisk (tagowanie).
Szczególna krytyka dotyczy wyszukiwarki Google, która wynajduje nam to, co jest najbardziej popularne a nie najbardziej odpowiadające naszemu zapytaniu. Nazywa wyszukiwarkę odbiciem nas samych. Umieszczamy w niej miliardy pytań a ta traktuje je jako swoją własność, którą może „przechowywać, analizować i czerpać z niej korzyści. Jednak prawo własności do pytań zadawanym wyszukiwarkom pozostaje niejasne.”
Zastanawialiście się kiedyś co dzieje się z naszymi „zgoglowanymi" zapytaniami”? Ja nie, dlatego lektura Keena wiele uświadamia, trochę dołuje i BARDZO niepokoi.
„Web 2.0 to zdemokratyzowana wersja Orwellowskiego koszmaru.” Straszne stwierdzenie. Tym bardziej, że do tej pory byłam zalewana (nawet na studiach) pochwałami dla tego zjawiska. Dlatego przeczytajmy Keena, a potem…. piszmy blogi i żyjmy dalej…:-)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Znalezione w książce


właściwie tym razem na książce, a konkretnie na jej grzbiecie... i znalezione przez kolegę bibliotekarza

Mała literóweczka i stworzono nową, ciekawą dziedzinę wiedzy...



czwartek, 2 lipca 2009

Łańcuszek blogowo - książkowy

http://mcagnes.blogspot.com/2009/07/ancuszek-blogowo-ksiazowy.html

Przyjmujemy! Mimo negatywnych skojarzeń z łańcuszkami, rozwijanie tego wydaje mi się uzasadnione i intrygująceJ

1. Czy dedykacja podnosi wartość książki czy ją obniża?
Odpowiada na pytanie miłośnik WSZELKICH znaków proweniencyjnych odnalezionych w książkach. Dedykacja „uindywidualnia” egzemplarz książki w najpiękniejszy z możliwych sposobów.
Czytane chronologicznie dedykacje układają się w swoistą kronikę życia: ”Martusi aby zawsze była dobrą córką i Polką, na Pierwszą Komunię Świętą ofiarowuje…”, „Dla Martusi pierwszoklasistki z nadzieją, że nigdy nie wyrośnie z bajek”, „… za bardzo dobre wyniki w nauce i wzorowe zachowanie dla uczennicy klasy IV b…”, „...Pani Marcie w przededniu ukończenia pracy magisterskiej z folklorystyki z dobrymi życzeniami…”. Przywołuje pamięć bliskich, którzy są z nami cały czas i tych, którzy odeszli: „…dla Marty-Tata..”, przyjaciół, którzy już nimi nie są, przyjaciół i tych, którzy zostaną nimi na zawsze: „Marcie, z majowym życzeniem Radości, Pokoju i Nadziei na tę wiosnę (i nie tylko)”. Oficjalne wpisy zdradzają często prywatne losy wpisujących: „Z upoważnienia Autora – Katarzyna Herbert”, „Na wieczną pamiątkę od byłego powstańca warszawskiego…”, lub stają się swoistą projekcją losu właścicieli książki:, „życzę odnalezienia tao - ścieżki do szczęścia – Edward Redliński”, „…niech los będzie dla pani zawsze łaskawy, życzy Wiesław Myśliwski”.
Przekonałam?

2. Chciałeś/chciałaś kiedyś napisać własną książkę?
Tadeusz Konwicki pisał: „Mylę literaturę z życiem. Swój pospolity życiorys ogłaszam dziełem literackim”. Patrząc na sprawę w ten sposób tworzę powieść jak tra la la:-) A na poważnie… tak.

3. Twoim zdaniem komiksy to literatura, czy tylko obrazki (więc bardziej sztuka) okraszone gdzieniegdzie słowem?
Komiksy to twór kultury, masowej ale jednak kultury. Szanuję te wynalazki ale przyznam się szczerze, że moja przygoda z nimi zaczęła się i skończyła na Koziołku Matołku Walentynowicza z niewielkim skokiem w bok do Disneyowskich importów za dawnych szczęśliwych, dziecięcych lat, w związku z tym nie mam zdania.:-)

Moje pytania:

1. Czy myślałeś/aś kiedyś o tym, że fajnie byłoby poznać osobiście blogowiczów książkowej blogosfery i dowiedzieć się o nich więcej niż to co mówią przez przeczytane książki?
2. Czy kiedykolwiek najbliższe otoczenie dało Ci odczuć, że uważa Twoje zamiłowanie do czytania za śmieszne i niemodne?
3. Czy odczuwasz czasem niepohamowaną chęć posiadania książki, którą widzisz w witrynie księgarni?

Do dalszej zabawy zachęcam autorów blogów:
http://slowemmalowane.blogspot.com/

http://matyldabo.blogspot.com/

http://ksiegozbior.blogspot.com/

środa, 1 lipca 2009

Ray Bradbury "451 stopni Fahrenheita"

W świecie Ray’a Brandbury’ego billbordy mają długość dwustu stóp, bo samochody jeżdżą tak szybko, że nikt by ich nie zauważył. Ganki i ogrody są zlikwidowane, bo ludzie przesiadając przed domami zbyt dużo rozmawiali, a rozmowa wywołuje myślenie. Telewizory zajmują cztery ściany pokoju a po niebie latają samoloty z bombami atomowymi… I co najważniejsze: strażacy miast gasić pożary, rozniecają ogień w domach, których domownicy podejrzani są o przechowywanie najbardziej zakazanego towaru – książek.
Historia przedstawiona jest w gruncie rzeczy bardzo schematycznie. Główny bohater - strażak Montag - spotyka dziewczynę wyłamującą się ze schematów narzuconych przez świat, pod jej wpływem doznaje „nawrócenia” , podejmuje samotną walkę z wiatrakami (tu nie do końca przegraną - małe odejście od schematu) i odnajduje ludzi, którzy jak on pozostają poza marginesem życia społecznego (niczym prole z Orwellowskiej rzeczywistości) ale za to stanowią ostatnią, marną i śmiertelną ostoję zwalczanych wartości – ucząc się na pamięć książek - ocalają zakazane treści.:
„Ilu was jest?
Tysiące. Na drogach, wzdłuż opuszczonych torów, włóczędzy na zewnątrz, biblioteki wewnątrz”(…) Jesteśmy tylko obwolutami książek, poza tym nic nie znaczymy.”
Schematyczne ale genialne.
Brandbury stworzył wizję rzeczywistości pochłoniętej przyjemnością i konsumpcjonizmem, w której myślenie wyparte zostało i zapomniane. Strażacy uważają się za wybawców ludzkości, którzy bronią przed „wyświechtanymi filozofiami”. Którzy terroryzują społeczeństwo czyniąc z niego grupę bezwolnie poddających się ogromnym telewizorniom automatów. Szkoda, że wizja autora nie została jeszcze bardziej „pogłębiona”, rozbudowana.
Jest w tej książce coś przerażającego, odnosi się wrażenie, że historia zatacza jedynie przerażające koło: czyż to nie powtórka z rozrywki? Czyż nie palono już na stosie ludzi i książek? A jednocześnie czy koło nie zatacza kręgu do czasów pierwotnych, gdy nieskalany drukiem człowiek uczynił swój umysł nośnikiem wartości?
Autor pięknie pisze o roli książki jako oddanym nośniku myśli ludzkiej co przekłada się w warstwie stylistycznej: sugestywnych porównaniach palonych książek do trzepocących ptaków, motyli.
Polecam wydanie z 2008 roku z Wydawnictwa SOLARIS. Okładka jest może nieszczególnie udana, za to każda kartka została „graficznie” okopcona, jakby wyciągnięto ją z ognia. Nie powiem, robi wrażenie przy czytaniu.
Ulubione cytaty:
„Przyjrzyj się światu. Jest bardziej fantastyczny niż jakikolwiek pomysł zrealizowany w fabryce”

„Książki były tylko jednym z naczyń, w których przechowywaliśmy różne rzeczy bojąc się, że je zapomnimy. Nie mają w sobie nic magicznego. Magia tkwi w tym co mówią, jak zszywają ze sobą skrawki wszechświata w jedno ubranie dla nas”
„Ludzie nie rodzą się wolni i równi, jak głosi konstytucja, ale zostają zrównani”