niedziela, 30 sierpnia 2009

Niebezpieczne związki

Miłe powroty do klasyki!
Ciężko czytało mi się tę osiemnastowieczną powieść w listach, tak ze względu na archaiczną już budowę (powieść epistolarna to dziś przecież relikt, czy ktoś poda przykład współczesny?) jak i język – górnolotny, tkliwy do bólu i śmiesznie sentymentalny (jak sądzę, takiemu stanowi rzeczy pomógł autor tłumaczenia – niezastąpiony Boy, ale i fakt, że dokonało się ono ręką Żeleńskiego prawie sto lat temu! Aż by się chciało sprawdzić jak to brzmi w oryginale, zazdroszczę tym, którzy mają taką możliwość). Mimo to pochłonęły mnie te listy, napisane z niesłychanym wręcz rozmachem: ze wspaniale przeprowadzoną analizą psychologiczną postaci, hojnie odmalowanym tłem obyczajowym oraz… zupełnie współczesną przestrogą przed manipulacją (co prawda nikt już dziś od niej nie umiera, ale metody pozostają te same).
A nad tym wszystkim jedna z najwyrazistszych w literaturze światowej femme fatale – markiza de Merteuil, kobieta, która nauczyła się panować nad fizjonomią aby wykorzystywać ją do swoich celów! Postać o niebywałej konstrukcji i logice!
Lektura zdecydowanie obowiązkowa!

wtorek, 25 sierpnia 2009

Young-ha Kim "Mogę odejść, gdy zechcę"

Trudno streścić fabułę tej książki w dwóch zdaniach nie spłycając jej i nie rażąc dosłownością.
Demoniczny narrator opisuje w pierwszej części z duża dokładnością metody poszukiwania „klientów” i sposób postępowania z nimi - ludźmi, którym pomaga popełnić samobójstwo. Kolejne rozdziały –zatytułowane imionami kobiecymi – to opowieści o klientkach, wysłane do wydawnictw w celu przedstawienia ich światu. Opowieści koncentrują się wokół postaci dwóch braci, z których losami wiążą się losy owych kobiet. Judith – dziewczyna wiecznie liżąca lizaki, która ma romans najpierw z jednym, potem z drugim oraz Mimi – artystka performance, której sztukę filmuje jeden z braci.
Tak z grubsza wygląda fabuła i układ książki. Tyle ciekawy co i typowy. Nie o fabułę chodzi. Porwała mnie w lekturze dziwna logika wprowadzania tych postaci. Są to z jednej strony historie kobiet, które teoretycznie powinny być w centrum uwagi narratora i czytelnika, ale zostają one pokazane jakby zaledwie w kontekście życia obu braci, których trwająca od dzieciństwa rywalizacja i trudna braterska miłość, nie relacje z bohaterkami – wydają się tematem opowieści. Wprowadza to zamęt i niepokój, bo w tym niewiele ponad stustronicowym tekście naprawdę długo nic się pozornie „nie składa do kupy”.
Tą samą zapewne logiką podyktowane jest wprowadzenie do opowieści losów trzeciej kobiety, która de facto nie popełnia (jeszcze?) samobójstwa, dla fabuły teoretycznie nie ma więc większego znaczenia.
Ponadto konstrukcja samego narratora – współczesnego diabła – estety, który takoż dokładnie dobiera swoje ofiary, co jest … koneserem sztuki! Kiedy jedna z bohaterek przypomina mu dziewczynę z obrazu Klimta – jedzie do Wiednia zobaczyć ten obraz. Dużo miejsca poświęca też autor refleksji nad sztuką performance i video. Jest więc powieść japońskiego pisarza dodatkowo małym traktacikiem o sztuce (zaczyna się zresztą - nieprzypadkowo - analizą obrazu „Śmierć Marata”).
Ciekawostką jest to, ze ksiązka posiada jakby dwie okładki, zdjęcie kobiety w bramie mozna zobaczyć w całości na drugiej stronie, drzwi bramy są bowiem -dosłownie - wycięte z okładki. Wszystkie ksiązki tej intrygującej serii mają taką budowę.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Wawrzyniec Prusky "Jędrne kaktusy"

Nieświadomi niczego plażowicze patrzyli po sobie zdziwieni gdy zza jednego z parawanów co i rusz niezidentyfikowany osobnik wydawał z siebie salwy niepohamowanego śmiechu.
Przyznaję się bez bicia. To był mój parawan… A przyczyną śmiechu pozostawała przez kilka dni lektura książkowej wersji Bloga Roku 2005.
Jeśli kiedykolwiek silniej odczułam rozrywkową funkcję literatury to właśnie przy tej lekturze.
Prusky tworzy zgrabny i przesympatyczny portret swojej familii, opisując codzienne zmagania z tacierzyństwem, z humorem którego śmiało można pozazdrościć i należnym dystansem, również godnym pozazdroszczenia.
Już pomijając walory językowe książki, w wielu momentach jest to naprawdę dobry kawałek literatury… Czyni się nam nowy gatunek literacki… Szkoda, że te wspaniale spuentowane anegdoty nie mają dat. Szkoda tez, ze wydawca nie przedrukował zdjęć.
Czytałam, czytałam i po przeczytaniu mam niezmierną ochotę sięgnąć po część drugą zmagań Wawrzyńca. Wszystkim polecam gorąco.


niedziela, 23 sierpnia 2009

Felicitas Hoppe "Pigafetta"

Już po urlopie (miałam nadzieję, że będzie to także przerwa od czytania ale stało się dokładnie odwrotnie, i dobrze !!).
Plażowałam m.in. z książką „Pigafetta” – szczególną relacją z morskiej podróży dookoła świata. (Wybór nie był przypadkowy, nad morzem czytam bowiem zawsze morskie książki. W tamtym romu były to genialne "Przygody Sindbada Żeglarza" w następnym zapewne " 20 000 mil podwodnej żeglugi").
Dziwna książka, owszem, Hoppe kreśli kilka naprawdę udanych portretów współtowarzyszy podróży, jest tu wiele morskich motywów opisanych świeżo i na nowo, wspaniałym pomysłem było zabranie na statek ducha Pigafetty – autora dziennika i towarzysza Magellana, który niemalże fizycznie towarzyszy autorce w podróży i pisaniu relacji. Ciekawa jest budowa książki, wspomnienia autorki przeplatane są wspomnieniami Pigafetty, fragmentarycznymi urywkami z początków jego wyprawy. Pojawia się tu wątek miłości jego siostry do Admirała oraz zmitologizowana postać Magellana. Wszystko to jednak pozostaje w jakiejś poetyckiej maglinie. Chaotyczne, fragmentaryczne, poplątane. Trochę snu, trochę surrealizmu, trochę realizmu magicznego wrzucone do jednego worka i puszczone na wodę. Ta mieszanka, nie odmawiając jej oczywiście dużych walorów literackich, nie przypadła mi do gustu. Nie pomogło jej nawet czytanie na plaży, wspomagane krzykiem mew i innymi morskimi odgłosami.
Chylę natomiast czoła przed Wydawnictwem „Czarne”, które wydało „Pigafettę” i które w serii „Inna Europa Inna Literatura” wypuszcza książki zupełnie nieznanych nam pisarzy z państw, których literatura jest u nas zupełnie nieznana, których reprezentantów nie ma w lekturach polonistycznych i wśród czytelniczych powszechników.

środa, 5 sierpnia 2009

Bernard Gotfryd "Widuję ich w snach"

Zbiór 11 opowiadań Gotfryda to jedyny znany mi literacki obraz przemysłowego miasta Radomia, w dodatku Radomia żydowskiego, przedwojennego.
Zapadające w pamięć, doskonale spuentowane miniaturki prozatorskie, „obrazki rodzajowe”. Razem z pisarzem poruszamy się po kilku wybrukowanych ulicach radomskich – otoczeniu dzieciństwa, i jak autor w snach, spotykamy zapamiętanych przez niego ludzi, uwiecznionych zamkniętymi w kilkunastu zdaniach, zgrabnie skreślonymi portretami.
Jest tu więc i producent cukierków – pan Minzberg, i chora psychicznie kobieta, której piękny operowy głos słyszano zza muru szpitalnego, i stolarz Izaak, który opowiadał o meblach jak o ludziach, i pokojówka Bela, z którą narrator przeżył pierwsze erotyczne doświadczenie. I wiele innych ocalonych od zapomnienia postaci.
Najbardziej poruszyło mnie opowiadanie „Spoglądają wstecz”. Gotfryd oddaje tu „głos” swojej umierającej siostrze, do której przychodził w odwiedziny do szpitala. Nie mogąca już mówić kobieta kieruje do niego monolog „wyprojektowany” przez narratora (na zasadzie co powiedziałaby mu gdyby mogła mówić). Jest to tekst inny niż pozostałe w tym tomie, bardzo głęboki i dramatyczny. W kilkudziesięciu zdaniach autor zamyka studium umierającej kobiety. Aż się prosi aby opowiadanie stało się przyczynkiem do dłuższego tekstu.

Książkę wydała Miejska Biblioteka Publiczna w Radomiu. Jej wartość zwiększa dwujęzyczność tekstu (polski i angielski) oraz klimatyczne zdjęcia ulic Radomia.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

znalezione w książce


Nasze książki mówią o nas znacznie więcej niż myślimy.
Przypadek pierwszy:
W antykwariacie w ogromnym pudle z najtańszymi książkami znalazłam kilkanaście książek, które ktoś przyniósł na sprzedaż. Wszystkie oznaczone były dwoma rodzajami pieczątek własnościowych należących do jednego człowieka (zdjęcie powyżej) – nie zostały nawet rozdzielone przez pracownika antykwariatu i rozstawione po półkach tylko położone tak jak ktoś je przyniósł. Posiadanie dwóch pieczątek świadczy najprawdopodobniej o tym, że właściciel przywiązywał do swoich książek dużą wagę, zresztą numerował je (taka prywatna pieczątka z numerem „inwentarza” to dziś rzadkość).Szczególnie ta okrągła jest bardzo ciekawa. Trudno zorientować się ile książek posiadał, być może do antykwariatu trafiły jedynie te z początkowymi numerami.. Na pewno jednak można wypowiedzieć się o „jakości” książek (tytuły bardzo popularnonaukowe oraz literatura ze „średnich półek”). Jedna z porzuconych książek udzieliła jeszcze jednej informacji o właścicielu. Była w niej bowiem pieczątka z… adresem domowym. Pytanie tylko dlaczego ukochany prawdopodobnie księgozbiór trafił do antykwariatu…
Przypadek drugi:
Mężczyzna oddaje do jednostki kultury zalegający mu w domu księgozbiór, nie przeglądając wcześniej pozywanych książek.
Księgozbiór ten (około 100 woluminów) to w przeważającej większości literatura dotycząca wojskowości, historii (popularnonaukowa) oraz lekkie i już dziś zdezaktualizowane powieści.
Pomijając już dużą ilość pieczęci z księgozbiorów bibliotek (to też o czymś świadczy!!!), w jednej z książek znajdziemy datowany wpis:
„….. W dowód pamięci w dwudziestą drugą rocznicę urodzin dla kochanego marynarza, kochająca dziewczyna…” (no proszę mamy nawet datę urodzenia!)
Już wiemy kim był właściciel i wiemy że najprawdopodobniej dziewczyna stała się później małżonką, na co wskazuje miejsce wypisania dedykacji – to samo miasto, w którym właściciel zamieszkał i oddał swoje książki. Kolejna dedykacja została napisana w Gdyni. Największa niespodzianka wypada jednak z „Nieba w płomieniach" Jana Parandowskiego. Tekturka z napisem:
„towarzysz ………………………………. z okazji zakończenia roku szkolenia partyjnego za aktywną działalność w upowszechnianiu ideologii Marksizmu-Leninizmu i polityki Partii wraz z życzeniami powodzenia w pracy i życiu osobistym”
Nie zgadza się jedynie imię szczęśliwego posiadacza owego dyplomu z imieniem marynarza. Ale nie ważne, tropy możnaby mnożyć.
Po prostu, oddając książki nawet nie wiemy jak wiele mówią o właścicielach… Zdradzają nasze dane osobowe, losy i upodobania...
Co wy na to?
P.S. Dziękuję Madzi za wkład w poszukiwania.