niedziela, 30 sierpnia 2009

Niebezpieczne związki

Miłe powroty do klasyki!
Ciężko czytało mi się tę osiemnastowieczną powieść w listach, tak ze względu na archaiczną już budowę (powieść epistolarna to dziś przecież relikt, czy ktoś poda przykład współczesny?) jak i język – górnolotny, tkliwy do bólu i śmiesznie sentymentalny (jak sądzę, takiemu stanowi rzeczy pomógł autor tłumaczenia – niezastąpiony Boy, ale i fakt, że dokonało się ono ręką Żeleńskiego prawie sto lat temu! Aż by się chciało sprawdzić jak to brzmi w oryginale, zazdroszczę tym, którzy mają taką możliwość). Mimo to pochłonęły mnie te listy, napisane z niesłychanym wręcz rozmachem: ze wspaniale przeprowadzoną analizą psychologiczną postaci, hojnie odmalowanym tłem obyczajowym oraz… zupełnie współczesną przestrogą przed manipulacją (co prawda nikt już dziś od niej nie umiera, ale metody pozostają te same).
A nad tym wszystkim jedna z najwyrazistszych w literaturze światowej femme fatale – markiza de Merteuil, kobieta, która nauczyła się panować nad fizjonomią aby wykorzystywać ją do swoich celów! Postać o niebywałej konstrukcji i logice!
Lektura zdecydowanie obowiązkowa!

3 komentarze:

  1. Racja, obowiązkowa, jak również film, równie znakomity jak książka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powieści epistolarne powstają cały czas, tyle że teraz składają się z korespondencji mailowej. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właściwie to są dwa filmy: "Niebezpieczne związki" w reżyserii Stephena Frearsa, z Glenn Close i Johnem Malkovichem oraz "Valmont" Milosa Formana, z Colinem Firthem i Annette Bening. W tym drugim obrazie nieco zmieniono zakończenie. Mnie podobały się oba i oba polecam.

    OdpowiedzUsuń