wtorek, 25 sierpnia 2009

Young-ha Kim "Mogę odejść, gdy zechcę"

Trudno streścić fabułę tej książki w dwóch zdaniach nie spłycając jej i nie rażąc dosłownością.
Demoniczny narrator opisuje w pierwszej części z duża dokładnością metody poszukiwania „klientów” i sposób postępowania z nimi - ludźmi, którym pomaga popełnić samobójstwo. Kolejne rozdziały –zatytułowane imionami kobiecymi – to opowieści o klientkach, wysłane do wydawnictw w celu przedstawienia ich światu. Opowieści koncentrują się wokół postaci dwóch braci, z których losami wiążą się losy owych kobiet. Judith – dziewczyna wiecznie liżąca lizaki, która ma romans najpierw z jednym, potem z drugim oraz Mimi – artystka performance, której sztukę filmuje jeden z braci.
Tak z grubsza wygląda fabuła i układ książki. Tyle ciekawy co i typowy. Nie o fabułę chodzi. Porwała mnie w lekturze dziwna logika wprowadzania tych postaci. Są to z jednej strony historie kobiet, które teoretycznie powinny być w centrum uwagi narratora i czytelnika, ale zostają one pokazane jakby zaledwie w kontekście życia obu braci, których trwająca od dzieciństwa rywalizacja i trudna braterska miłość, nie relacje z bohaterkami – wydają się tematem opowieści. Wprowadza to zamęt i niepokój, bo w tym niewiele ponad stustronicowym tekście naprawdę długo nic się pozornie „nie składa do kupy”.
Tą samą zapewne logiką podyktowane jest wprowadzenie do opowieści losów trzeciej kobiety, która de facto nie popełnia (jeszcze?) samobójstwa, dla fabuły teoretycznie nie ma więc większego znaczenia.
Ponadto konstrukcja samego narratora – współczesnego diabła – estety, który takoż dokładnie dobiera swoje ofiary, co jest … koneserem sztuki! Kiedy jedna z bohaterek przypomina mu dziewczynę z obrazu Klimta – jedzie do Wiednia zobaczyć ten obraz. Dużo miejsca poświęca też autor refleksji nad sztuką performance i video. Jest więc powieść japońskiego pisarza dodatkowo małym traktacikiem o sztuce (zaczyna się zresztą - nieprzypadkowo - analizą obrazu „Śmierć Marata”).
Ciekawostką jest to, ze ksiązka posiada jakby dwie okładki, zdjęcie kobiety w bramie mozna zobaczyć w całości na drugiej stronie, drzwi bramy są bowiem -dosłownie - wycięte z okładki. Wszystkie ksiązki tej intrygującej serii mają taką budowę.

1 komentarz:

  1. Tak jak napisałaś przez długi czas niby nic nie składa się do kupy, ale było coś w tej książce co mnie ciekawiło i pchało do przodu aby ją przeczytać.
    A pomysł na okładki mieli niezły.

    OdpowiedzUsuń