poniedziałek, 14 września 2009

Ryszard Kapuściński "Kirgiz schodzi z konia"

Tym razem powędrowałam z albo… za Kapuścińskim do Środkowej Azji i rzucałam okiem m.in. na Gruzję, Armenię, Azerbejdżan, Turkmenistan czy Kirgistan. Reportaż Kapuścińskiego niejednokrotnie staje się piękną, poetycką prozą – fragment o produkcji koniaku (a w zasadzie proces dojrzewania drzewa dębowego na beczkę) – bezcenny.
Czymże, jak nie poezją, są maleńkie perełki w stylu tej poniżej, rozsypane tu i ówdzie po tekście:
„Zjeżdżamy w dół. Pod nami połyskuje elektryczne jezioro.
-To Erewan.”
Kapuściński wspaniale opisuje zupełnie nieznaną nam kulturę, czy wiecie, że toast jest w Gruzji formą opinii publicznej? Najbardziej poruszyły mnie jednak losy ormiańskich książek i umiłowanie tego narodu do ksiąg. Ale też ścieśnione niejednokrotnie w jednym akapicie portrety niezwykłych ludzi – armeńskiego kompozytora, który w ostatniej chwili uratowany z rzezi Ormian… do końca życia nie powiedział już ani słowa, wybierając milczenie i ciszę, czy gruzińskiego malarza prymitywisty, który… malował na zardzewiałych szyldach czarną farbą darowaną mu przez trumniarzy.
To co jednak najbardziej przyciąga w reportażach Kapuścińskiego to wielka lekcja szacunku do drugiego człowieka, którą udziela nam autor bez nadęcia a z wielką cierpliwością.
Oto opis mieszkańców Uzbekistanu:
„Siedzieli w milczeniu, zwróceni twarzami do meczetu, bo tak nakazuje zwyczaj ojców. W milczącej obecności tych ludzi była jakaś godność i mimo szarych chałatów wyglądali oni dostojnie. Miałem ochotę podejść i uścisnąć im ręce. Chciałem im jakoś wyrazić swój szacunek ale nie umiałem tego zrobić. W tych ludziach, w ich zachowaniu, w ich mądrym spokoju było coś, co w tym momencie budziło mój spontaniczny i szczery podziw".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz