niedziela, 8 listopada 2009

Jerzy Pilch "Narty Ojca Świętego"

Najpierw muszę przyznać się do rażącego zaniedbania czytelniczego. Otóż dramat Pilcha jest pierwszym przeczytanym przeze mnie tekstem tego autora. Wiem, wiem, nic mnie nie usprawiedliwia, zaległości są jednak do nadrobienia a pierwsze podejście do Pilcha uznaję za udane.
Akcja „Nart Ojca Świętego” dzieje się w Granatowych Górach. Mieszkańcy miasteczka – jako że Papież za młodu spędzał tu czas i jeździł na nartach, spodziewają się, że u schyłku życia przybędzie do ich miejscowości i spędzi tu papieską "emeryturę". Żyją tą sugestią od lat, niemalże ją mitologizując. Kolejny „cynk” o przyjeździe staje się pretekstem do rozmów i wymiany poglądów. I jak to zwykle bywa - obnażeniu śmieszności i absurdów. Pilch odważnie podejmuje temat ciężki – bo obwarowany wieloma emocjami. Rozlicza Polaków ze stereotypów myślowych, przedstawicieli kościoła z odwiecznych wad (osoba księdza – wspaniała kreacja, żywcem wzięta ze średniowiecznej i oświeceniowej literatury – ubrana jedynie w znaki współczesnych czasów). Robi to ze swoistym urokiem i lekkością. Dialogi postaci tak zastanawiają jak śmieszą, niepotrzebnie tylko stosuje jakąś nienaturalną stylizację języka.
Kurcze, nie powinnam tego pisać ale ubawiłam się czytając ten tekst (szczególnie dialogi księdza i Komendanta Policji). Swoją drogą jak niewiele się zmienia od „Monachomachii” Krasickiego czy „Wesela” Wyspiańskiego. Może to straszne ale po „polonistycznemu” – czyli sztywno i schematycznie – widzę ten tekst w szeregu tych rozliczeniowych. Niezaprzeczalny humor pomaga jednak spojrzeć mniej boleśnie na to kim jesteśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz