poniedziałek, 28 grudnia 2009

Carloz Ruiz Zafon "Cień wiatru"

Wiem, nic nie usprawiedliwia tak opóźnionej lektury „Cienia wiatru”. Tym bardziej, że motyw Cmentarza Zapomnianych Książek gdzieś się już w moich wynurzeniach pojawił ale do tego, że znam go tylko z notek o książce już się nie przyznałam.
Książka doczekała wreszcie na swoją kolej i zapełniła mi a może i zasłoniła sobą święta.
Cóż mogę napisać, skoro wszystko już zostało napisane przez innych miłośników ksiąg i poszukiwaczy książek o książkach. Odebrałam fabułę książki jako udaną kompilację tego co już w literaturze było i co jeszcze w niezliczonych kombinacjach będzie się zapewne powtarzało.
Że to kompilacja romantycznych fabuł z Hoffmana, Puszkina, Dumasa czy nawet Lewisa nie da się zaprzeczyć. Oddając się lekturze przypominałam sobie całe fragmenty klasyki. Czyżby wiek XXI nic już nie miał do zaoferowania? Jaki by nie był powód podobnych powrotów do najlepszych źródeł, powieść wciąga jak mało która. Życie miesza się z fikcją, już nie wiadomo, kto jest wykreowany przez wyobraźnię a kto jest z krwi i kości. Ale przecież o to chodzi, o splot literatury i życia tak mocny, że aż nierzeczywisty.
Swoją drogą ciekawe jest to, że choć technologie XXI wieku oddalają nas od bibliotek, odwracają uwagę od książek, wskazują inne formy tekstu literackiego, sama literatura zaborczo i do pierwszej krwi walczy o ponowne skierowanie uwagi na biblioteki – kreując je jako miejsca magiczne, czasami szatańskie ale zawsze wplywajace znacząco na życie. To dobrze, choćby nie wiem ile kompilacji wątku poszukiwania nieznanego autora książki literatura jeszcze wyprodukowała (np. Miasto śniących książek) zawsze czyta się je z wypiekami na twarzy.
Fascynująca jest kreacja głównej postaci – Juliana Caraxa. Od momentu gdy poparzony trafia pod opiekę Nurii, odkąd wymyka się z domu by zabijać i palić, zaczyna wymykać się także spod wszelkiej logiki i prawdopodobieństwa. Uwielbiam takie kreacje!
Wszyscy zachwycają się – w gruncie rzeczy schematycznymi opisami Barcelony (równie schematycznie wprowadzanymi, prawie zawsze na początku kolejnych rozdziałów jakby autor nie miał pomysłu na ich rozpoczęcie) – ale książkę warto przeczytać dla samego opisu pałacyku rodziny Penelope i wszystkich dziejących się tam scen. W ogóle opisy domów - także domu rodzinnego Juliana – są niebywałe.
Ulubiony cytat:
„Książki są lustrem, widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie”

sobota, 26 grudnia 2009

Szymon Hołownia "Tabletki z krzyżykiem"

Męczyłam, męczyłam, odkładałam, przekładałam, wracałam, i przeczytałam. A cały proceder z lekturą Hołowni trwał prawie miesiąc.
Nie mogę powiedzieć, tabletki warte połknięcia, choć momentami stające w gardle.
Trudna lektura, myślałam, że książka będzie łatwa i przyjemna, a tu wielkie zdziwienie.
Generalnie odniosłam wrażenie, że „tabletki” – czyli poszczególne rozdziały (trzeba przyznać, pomysł budowy książki niebanalny) są przede wszystkim kompilacją literatury teologicznej, sam Hołownia ułożył je w zgrabną całość i okrasił żywym, dowcipnym, w wielu momentach kolokwialnym ale współczesnym – a przez to zrozumiałym językiem.
Pisać o Bogu w języku współczesnym to wielkie ryzyko ale i wielka odwaga. Widać to najlepiej w śmiałych, prowokacyjnych podtytułach rozdziałów.
Poraża ogrom wiary autora, podziw wzbudza wiedza teologiczna ale irytuje „monopol na zbawienie” który autor podkreśla na każdym kroku.
Ciekawe cytaty:
„Grzech zawsze jest jak wietnamska podróbka, która w rezultacie kosztuje trzy razy więcej, niż przewidywano i do niczego się później nie przyda”
„Zbyt konsekwentne zamienianie wiary w wiedzę prowadzić może co najwyżej do śmieszności”
„Bo żyjemy w świecie, w którym zamiast być, koniecznie chce się coś robić”

niedziela, 20 grudnia 2009

ks. Kazimierz Sowa "Słownik Języka Boskiego"

Przyznam się szczerze, że nie lubię czytać wywiadów. Książkę poleciła mi jednak znajoma, tytuł zaintrygował i przeczytałam, i nie żałuję!
Na książkę składa się zapis rozmów przeprowadzonych przez ks. Kazimierza Sowę ze znanymi ludźmi mediów w programie o tym samym tytule, emitowanym w kanale Religia.tv. Programu nie oglądałam i choć do książki dołączona jest płyta – nie podjęłam próby konfrontacji tekstu zapisanego z tekstem mówionym, choć może skutek byłby ciekawy.
Lektura wartościowa, choć wcale nie łatwa, której - mimo niewielkich rozmiarów – poświęciłam kilka wieczorów. Dziewiętnastu rozmówców łączy obecność w mediach ale tak naprawdę są to ludzie w bardzo różnych bajek – co daje ciekawą różnorodność. Budowa książki jest też bardzo przemyślana. Każdemu rozmówcy przypisana jest jedna nadrzędna wartość, wokół której krąży rozmowa. Pytania zadawane rozmówco są przemyślane i niebanalne a odpowiedzi spokojne i dojrzałe. Najbardziej zadziwiła mnie Magdalena Stużyńska i jej piękne słowa o modlitwie. Oczywiście, nigdy nie wiadomo kiedy w przypadku osób publicznych kończy się szczerość a zaczyna gra pozorów ale generalnie po lekturze tych rozmów możemy sobie zdać sprawę z tego jak wielu stereotypom na temat ludzi mediów i gwiazd ulegamy.
Książka naprawdę warta polecenia i uwagi.
Ulubione cytaty:
Przemysław Babiarz: „Natomiast zdecydowane określenie kierunku życia i poglądów daje ulgę. Na początku jest dosyć trudno ale kiedy już to zrobimy, nagle cały świat się rozjaśnia.”
Robert Korzeniowski: „Wszystkie zawody są takimi momentami otrzeźwienia, które są potrzebne aby człowiek się zastanowił nad swoim życiem. Natomiast jeśli nie potrafisz wtedy ze sobą rozmawiać, nie masz tej wewnętrznej szczerości, przegrywasz.”
Marek Kamiński: „Życie nie polega jedynie na tym, żeby pracować, spać i robić tylko takie rzeczy, które nie są groźne i nie budzą w nas lęku, by było nam łatwo. Ono ma służyć czemuś większemu. Każdy z nas ma swój biegun.”

sobota, 19 grudnia 2009

książka na choinkę

Nie mogłam się powstrzymać, zeby nie kupić tej - bądź co bądź - nieprzyzwoicie kiczowatej ozdoby na choinkę.
Mimo, że nie można jej przeczytać:-)

czwartek, 17 grudnia 2009

J.I.Kraszewski "Ulana"

Jest coś przeuroczego w tych malowniczych opisach wsi, w tym moralitetowym tonie w jakim Kraszewski pisze o prawidłach życia, wreszcie w próbie przeprowadzenia studium namiętności.
Miłość chłopki do pana, uwiedzenie jej i porzucenie – historia banalna i przewidywalna. Ot romansidło. W dodatku pisane językiem już nam dalekim i w wielu momentach niezrozumiałym. A jednak coś każe czytać, coś każe przeżywać i zamyślić się smutnie przy smutnym zakończeniu. I sięgać po kolejnego Kraszewskiego i kolejne bohaterki, literackie do bólu – takie, których już nie ma. Nie ma już we współczesnej literaturze polskiej takich konstrukcji i takiego obrazowania. Od czasu do czasu powracam do klasyki jak syn marnotrawny z przeświadczeniem, że odnajdę tam złoża perełek, które gdzieś zagubiły się w zalewie „bestsellerów”.

środa, 16 grudnia 2009

czy ktoś wie?

Czy ktoś z Was natknął się w literaturze pięknej na motyw fotografii, fotografowania lub fotografów? Jest mi to potrzebne a nidy nic podobnego w beletrystyce nie znalazłam oprócz "Nieznośnej lekkości bytu". Dziękuję za wszelkie podpowiedzi:-)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Nowe przygody Mikołajka Tom 2

Mikołajek tradycyjnie towarzyszył mi w pociągu.
I owszem, współtowarzysze podróży byli świadkami tłumionych wybuchów śmiechu ale w nieco mniejszej ilości niż miało to miejsce w przypadku pierwszej części. Ale przecież nie one (wybuchy tłumione lub nie) są celem lektury. Samo zatopienie w dziecięcym świecie Mikołajka, jest już nagrodą.
Jakaś niesłychana magia jest w tekstach, które chociaż wpisane w kilka powtarzających się wciąż schematów i przewidywalne, nie nudzą się…
Chociaż… w tomie drugim skumulowało się w bliskim sąsiedztwie kilka historyjek opartych na schemacie: najwymyślniejsze zabawy udaremnione przez kłótnię i bijatykę małych bohaterów, co nie było najtrafniejszym rozwiązaniem. Rozciągnięte na całe strony rysunki powodowały zaś wrażenie sztucznego zwiększania objętości książki.
Co tam… to i tak nic w porównaniu z ostatnim wydaniem z kolorowymi ilustracjami (jak można było pokolorować Mikołajka! To profanacja, nawet jeśli autorstwa samego autora rysunków)
P.S. Do kina nie pójdę, chcę aby Mikołajek pozostał w mojej wyobraźni jako czarno-biały, rysunkowy chłopiec. Poza tym wszyscy się chyba ze mną zgodzicie, że magia tej książki tkwi przede wszystkim w jej warstwie językowej i cudnie oddanej mowie zależnej. A jak wiemy film z warstwą słowną zwykle wierutnie przegrywa…

wtorek, 8 grudnia 2009

Jacek Dehnel "Fotoplastikon"

Małe perturbacje życiowe nie sprzyjają ostatnio moim lekturom, zepchniętym do środków komunikacji miejskiej a i to nie, bo głowę mam nabitą czym innym. Udało mi się jednak, nie bez trudu, przemycić lekturę najnowszej książki Jacka Dehnela (dla innych moli książkowych zaglądających do Księgogrodu wybiórczo przypomnę, że jestem ortodoksyjna wielbicielką twórczości Dehnela i samego Dehnela) .
TAKIEJ książki jeszcze nie było. Zdecydowanie wypełnia lukę w nieczęstych kontaktach literatury z fotografią. Na parzystych stronach książki umieszczone są reprodukcje bardzo starych, w większości przedwojennych fotografii wyszperanych przez Dehnela na plich targach, bez właściciela, bez kontekstu, bez historii. Na nieparzystych stronach książki, w króciutkich tekstach Dehnel oddaje im tę zagubioną tożsamość, kontekst i historię. Tropi szczegóły i szczególiki zamkniętych w kadrze światów z detektywistyczną precyzją i spostrzegawczością. Niejednokrotnie z braku wystarczających poszlak tworzy hipotezy fantastyczne w swej logice, zawsze robi to jednak z erudycją i pomysłowością.
Irytował mnie jedynie jakiś specyficzny cynizm towarzyszący przedzieraniu się przez te zapomniane obrazy. Wyczuwam też nieskromny i świadomy popis owej erudycji – teksty te, najeżone specjalistyczną terminologią, stają się w wielu momentach po prostu „nieczytelne”.
Mimo tych wszystkich ale, z miniatury na miniaturę, ze zdjęcia na zdjęcie rosło moje zadziwienie ogromną wiedzą Dehnela na temat fotografii, wielką łatwością w interpretowaniu obrazu fotograficznego, i jedyną w swoim rodzaju - Dehnelowską wrażliwością. Nikt nie zrobiłby tego lepiej.

środa, 2 grudnia 2009

J.K. Rowling "Baśnie Barda Beedle'a"

Pięć krótkich baśni autorki „Harrego Pottera”. Teksty oryginalne i dobrze skrojone. Jest w nich to wszystko co w klasycznych baśniach: system wartościowania, schematyzm postaci typowa dla gatunku budowa (widoczna szczególnie w dwóch tekstach: „Fontanna szczęśliwego losu” i „Opowieść o trzech braciach”. W obu konstrukcja oparta jest na liczbie trzy. W pierwszej trzy próby po drodze do fontanny, w drugiej trzech braci i trzy insygnia.). Po powierzchownym przewertowaniu „Ludowej bajki polskiej w układzie systematycznym” Juliana Krzyżanowskiego, znajdziemy w Rolingowych baśniach wiele motywów- uniwersaliów (jakoś nie mam weny, by odkopywać te motywy, choć za czasów studenckich uwielbiałam podobne działania a dwutomowe dzieło Krzyżanowskiego znałam niemalże na pamięć).
Baśnie – wraz z nadbudowanym „komentarzem” Dumbledora odwołują się ściśle do świata magii wykreowanego w potterowym cyklu, co jak sądzę tym bardziej zachęca dzieci i młodzież wychowanej na Harrym do lektury a tym samym sięgnięcia po prastary gatunek. I dobrze. Z wyjątkiem zbyt drastycznego zakończenia bajki „Włochate serce czarodzieja” to lektura godna polecenia.
Książkę warto mieć w swoich zbiorach także ze względu na jej piękną oprawę graficzną!