środa, 29 grudnia 2010

Paul Glennon "Księgowir"

Czy chcieliście kiedyś przenieść się w fabułę swojej ulubionej książki? Czy w ogóle o tym pomyśleliście? Otóż bohater powieści „Księgowir” (cudny neologizm!) nieopatrznie to czyni. Nieświadomie zjada jedną ze stron swojej ulubionej serii i... budzi się w fikcyjnym świecie. Wywołuje swoją osobą zmianę w fabule czytanej książki. Udaje mu się z powrotem wrócić do realnego świata, ale zaraz potem  efektem domina „wpada” do książki swojej siostry, w dodatku fabuły obu książek zaczynają się przeplatać. Po drodze odwiedzi również lektury mamy i taty. Będzie musiał uporządkować też fabuły, które zaburzył… Tyle o treści, bo szkoda ją zdradzać w całości komuś, kto ewentualnie chciałby przeczytać tę ciekawą, nie powiem, przygodową książkę dla młodzieży. Jest w niej coś – zgodnie z tytułem – wciągającego, chociaż prze pierwsze sto stron są trochę oporne i nudnawe. Dopiero potem akcja nabiera tempa i nieoczekiwanych zwrotów. Sam pomysł jest godny uwagi. Ponieważ chłopiec ma świadomość tego, że staje się częścią fikcyjnego świata – powieść jest fajną ilustracją  kilku topornych i arcytrudnych terminów z zakresu teorii literaturyJ Może być także przyczynkiem do dyskusji z młodymi czytelnikami o czytaniu i fikcyjności dzieł literackich, dobrym materiałem do lekcji bibliotecznych. A jeśli już o bibliotece mowa to wreszcie chociaż jedna książka, w której biblioteka jest atrakcyjnym centrum informacji. I z arcyciekawą postacią demonicznego bibliotekarza, łącznika realnego i fikcyjnego świata.
Jest w tej powieści trochę nieścisłości i trochę wydumania, ale bibliofile na pewno powinni ją przeczytać. Tylko uważajcie na niebezpieczny wir… księgowir

niedziela, 26 grudnia 2010

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów, Alicja po drugiej stronie zwierciadła"

Powróciłam do Krainy Czarów po lekturze książki Wiktora Frantza „Książek powijanie”, w której znalazłam garść przeciekawych informacji dotyczących genezy i recepcji dzieła Lewisa Carrolla. Pamiętam z dzieciństwa Disney’owską kreskówkę. Dopiero teraz sięgnęłam po lekturę. Zachwyciła mnie szczególnie druga część „Alicja po drugiej stronie zwierciadła”. Ubawiły absurdalne dialogi i fikuśne postaci. Ale najważniejsze było dla mnie następujące odkrycie: mój ukochany pisarz Gaarder czerpie ze snów Alicji pełnymi garściami! Sama filozofia świata jest podobna.

„-Dziecko, pospiesznie odpowiedział Hajor (…) Spotkaliśmy je dzisiaj w lesie! Jest duże, dwa razy większe niż w rzeczywistości.
-Zawsze mi się wydawało, że dzieci to stwory z fantastycznych bajek – powiedział Jednorożec – Czy ono jest naprawdę żywe? (…)
Alicja nie mogła powstrzymać się od śmiechu .
-A wie pan, że ja też uważałam dotąd jednorożce za stwory z fantastycznych bajek? Nigdy nie widziałam żywego jednorożca”
To fantastyczne przenikanie się światów i świadomości! I jeszcze dwa motywy, które stały się lejtmotywem u Gaardera: zwierciadła i świata po jego drugiej stronie oraz gry w karty. W „Przepowiedni Dżokera” ludzie są przecież pasjansem ułożonym przez Pana Boga. W świecie snów Alicji to karciane postaci albo figurki szachów.
Kto pokochał dzieło Carrolla, pokocha także Gaarderowską interpretację świata.
I jeszcze dwa słowa o powyższym wydaniu. Czytałam jedno z nowszych wydań Alicji w tłumaczeniu Antoniego Marianowicza (Alicja w Krainie Czarów) i Hanny Baltyn (Alicja po drugiej stronie zwierciadła). I chociaż zastosowano tu czcionkę bardzo męczącą oczy, warto było przebrnąć przez cudne tłumaczenie Hanny Baltyn. Na 119 stronie znajduje się kapitalnie przetłumaczony wiersz „Dziwolęki”. Porównałam sobie inne tłumaczenia i to jest najlepsze, do bólu Leśmianowskie. Polecam!

czwartek, 23 grudnia 2010

środa, 22 grudnia 2010

Susan Sontag "O fotografii"

Bardzo ciekawy zbiór esejów o fotografii. Mimo, iż książka została napisana w 1973 roku (w Polsce wydana pierwszy raz w 1986 r.), a więc jeszcze przed rewolucją cyfrową, niewiele straciła na swej aktualności, o czym świadczy jej niedawne wznowienie – niestety bardzo drogie.
Na pracę Sontag powołują się do tej pory w sporych ilościach współcześni badacze, dlatego sięgnęłam do źródła.
Trudno streścić w kilku zdaniach zawartość esejów – jest tu bowiem i dawka historii, i dywagacje o percepcji fotografii i -  może najwięcej - o jej związkach z malarstwem (te fragmenty chyba najciekawsze).
Okazuje się, że po wprowadzeniu na rynek wszędobylskich cyfrówek, zjawiska zauważone i „skatalogowane” przez Sontag nadal występują, a nawet się zwielokrotniły. Trudno więc zgodzić się z opinią z Merlina, że Najważniejsza książka poświęcona fotografii pachnie naftaliną”
Myślę, że miłośnicy fotografii powinni ją przeczytać.
A oto kilka cytatów:
„Zbierać fotografie - to zbierać świat.”
„Upiększanie świata przez aparat fotograficzny skończyło się takim sukcesem, że to fotografie raczej, a nie świat, stały się miarą piękna.”
„Fotografia występuje zawsze w jakimś kontekście, toteż znaczenie jej ulatnia się.”
„… robienie zdjęć to przede wszystkim kwestia temperamentu, a potem dopiero techniki
itd., itd…
Warto dodać, że eseje uzupełnia także rozdział „Krótka antologia cytatów”, w których zgromadzone zostały soczyste cytaty z wielu różnych źródeł (także dawnych reklam aparatów fotograficznych) oraz przydatny „Słownik najważniejszych fotografików”.
Ja tam naftaliny nie czułam, czułam natomiast ponadczasową aktualność, a to wielka sztuka pisać podobnie o sztuce tak zmiennej jak fotografia.

piątek, 17 grudnia 2010

Mario Palarmo "Pinokio. Nie tylko bajka"

Ciekawe doświadczenie czytelnicze. Autorzy zestawiają konsekwentnie w każdym rozdziale najpierw odpowiedni fragment Biblii oraz fragment „Pinokia”, potem zaś omawiają oba fragmenty szukając analogii. Takim to sposobem następuje odczytanie tej najbardziej znanej bajki zupełnie na nowo i niejako „po chrześcijańsku”. Ciekawa lektura, czyta się ją dobrze nie tylko ze względu na tę swoistą rytmiczność, ale i na łatwy język i po prostu ciekawe ugryzienie tematu. Lubię książki, które poszerzają pola interpretacji utworu, mimo iż zawsze istnieje ryzyko nadinterpretacji. Tu zapewne też, ale analogie z Biblią wydają się rzeczywiście bardzo wyraźne. Polecam filologom.

niedziela, 12 grudnia 2010

Kate DiCamillo "Tygrys się budzi"

Piękna i głęboko terapeutyczna książka dla czytelnika w każdym wieku! Podobnie jak „Opowieść o dzielnym Despero”. Ale od początku.
Główny bohater – chłopiec Rob, mieszka wspólnie z ojcem w motelu. Jego matka zmarła pół roku temu na raka. Od pół roku mniej więcej chłopiec ma też dziwną wysypkę na nogach. Dyrektor szkoły nie chce by Rob do niej chodził, bo rodzice boją się, że ich dzieci się zarażą, dlatego chłopiec pomaga ojcu w pracach przy motelu. Sympatyczna pokojowa Willie May powie mu potem: „Cały smutek dusisz nisko, w nogach. Nie dopuszczasz go do serca, tam gdzie ma być. Musisz pozwolić, żeby ten smutek się podniósł i wydostał.”
Chłopiec nie rozmawia z ojcem o tym co ich spotkało: „Rob miał sposób na omijanie różnych rzeczy w myślach. Wyobrażał sobie, że jest walizką, wypchanym do niemożliwości kuferkiem (…) Wszystkie swoje uczucia włożył do tego kufra, poupychał je ciasno a potem usiadł na nim i zamknął go na klucz. Dzięki temu mógł nie myśleć o przykrych rzeczach. Czasami trudno było utrzymać kuferek zamknięty”. Jednym ze słów-tabu szczelnie zamkniętym w kuferku jest… imię zmarłej mamy.
Druga bohaterka, rówieśnica Roba – Sistine, zbuntowana i nie panująca nad swoimi emocjami dziewczynka, przeżywa rozstanie rodziców. Kłóci się z matką i marzy aby ojciec zabrał ją ze znienawidzonego miasta i szkoły. Ta sama pokojowa powie o dzieciach:
- „Czyż to nie Opatrzność Boska, żeście wy dwoje się spotkali? (…) Ten chłopak, cały smutny, co wszystkie kłopoty trzyma w nogach. A ty (…) – rozgniewana na cały świat, aż piorunami ciskasz. Niezła z was parka.”
I wreszcie trzeci bohater – zamknięty w klatce tygrys, którego odkrywa w lesie Rob. Tygrys należy do właściciela motelu. Rob początkowo trzyma wiedzę o jego istnieniu w tajemnicy, potem jednak pozwala tygrysowi wyfrunąć z kuferka i dzieli się tą tajemnicą z dziewczynką. Ta upiera się, żeby wypuścić zwierzaka na wolność.
Czy tak się stanie? I czy tygrys i przyjaźń Roba z Sistine ułatwi chłopcu otwarcie kuferka z nie-myślami i nie-marzeniami? Zakończenie jest zaskakujące i niejednoznaczne.
„Tygrys się budzi” to piękna powieść-metafora o uczuciach, miłości i przyjaźni. O więzionych emocjach. O każdym z nas. Można ją rozumieć i interpretować na wielu poziomach. Tygrys jest przecież realnym zwierzęciem ale jednocześnie pięknym symbolem uwięzienia. Kolejna książka-perełka tej amerykańskiej autorki. Polecam z całego zadicamillowanego serca.

piątek, 10 grudnia 2010

Natalia Usenko "Książka, przecinek i kropka..."

Niby wszystko ok. Ta pięknie wydana książeczka to element kampanii edukacyjnej Empiku „Przecinek i kropka”, której celem jest - cytuję - „rozwijanie u najmłodszych pasji do książek”. Tylko że w środku znowu ten cholerny stereotyp biblioteki i bibliotekarza. Owszem, pomysł fajny, dwoje dzieci za karę zostają wysłani do biblioteki i trafiają na nietypowych przewodników – Mysz Biblioteczną i pająka Beniamina. Ci oprowadzają gości po bibliotece i opowiadają im historię książki. Dzieci stają się miłośnikami książek, dlatego myszka wpisuje do Księgi Przyjaciół ich imiona, pewna, że będą  stałymi gośćmi w bibliotece.
Niby wszystko ok, ale Mysz Biblioteczna jest stara, siwa, otulona szalem i wygląda "jakby miała milion lat". W dodatku odzywa się do dzieci opryskliwie i dopiero potem schodzi z tonu. Dzieci owszem, poznają historię książki ale metody tego poznania nie są chyba do końca atrakcyjne (rebusy, ilustracje).  Czyż nie jest to kwintesencja stereotypu?
Wygrane są w książeczce jedynie ciepłe i milusie ilustracje.

środa, 8 grudnia 2010

Teresa Monika Rudzka "Bibliotekarki"

I prawda to i nieprawda o bibliotekarskim świecie. Ale od początku. Główna bohaterka powieści, Żywia – wykształcona, inteligentna i – na swoje nieszczęście – całkiem atrakcyjna kobietka, znajduje wreszcie pracę w bibliotece i trafia do jednej z filii. Wciąga się w wir codziennej, bibliotekarskiej harówki i układów pracowniczych. Forma powieści jest o tyle ciekawa, że               o bohaterce kolejno opowiadają w poszczególnych rozdziałach-monologach, wszystkie współpracownice, opowiadając jednocześnie o sobie i o tym jak trafiły do biblioteki. Udanym zabiegiem jest czerpanie z naturalnego języka i  indywidualizacja językowa każdego z tych monologów. Nasza główna bohaterka jest więc kolejno oceniona przez swoje współtowarzyszki bibliotekarskiej niedoli.
Czytając powieść zaśmiewałam się do łez i jednocześnie kręciłam głową z niedowierzaniem, że można sobie strzelić takiego samobójczego gola (o ile powieść pisała bibliotekarka). O ile charakterystyka czytelników (włącznie z kapitalnym rozdziałem nt. skarg czytelników) jest trafna do bólu, o tyle wizerunek samych bibliotekarzy nieprzyzwoicie zniekształcony. W powieści NIKT nie pracuje w bibliotece z własnej woli i powołania. Każdy ma jakieś niezrealizowane ambicje i biblioteka jest tu karą, nie celem. Bibliotekarki są niedokształcone, nie nadążają za technologią i kiszą się we własnym sosie. To też nieprawda. To niesamowite jak wiele starań czyni się teraz aby obalać stereotyp bibliotekarki – sztywnej pani z koczkiem, która krzyczy tylko między jednym a drugim oczkiem w dzierganym sweterku, że w czytelni obowiązuje cisza. Bibliotekarz to człowiek nowoczesny, to pracownik informacji naukowej, autorytet, ktoś za pan brat z nowymi technologiami. A tu powstaje pierwsza na rynku książka o bibliotekarskich realiach i jest NIEPRAWDZIWA. W dodatku powiela ten straszny stereotyp nieambitnej, nudnej pracy w bibliotece, polegającej na klepaniu książek na półkach i obgadywaniu koleżanek. Oczywiście, relacje między pracownikami oddane są bardzo wiernie (niestety!) ale dotyczą one każdej jednostki, nie tylko biblioteki. Morał książki też jest do bólu trafny: nie należy się wychylać, bo pracodawcy nie chcą najlepszych i najzdolniejszych tylko przeciętniaków!
Nie polecam, mimo prześmiesznych fragmentów o czytelnikach.

sobota, 4 grudnia 2010

Szymon Hołownia "Monopol na zbawienie"

Książkę czytałam prawie cztery miesiące, od czasu do czasu, popołudniami niedzielnymi czy w przerwach między innymi lekturami. Głównie dlatego, że nie da się książek Hołowni przeczytać jednym tchem i po łebkach. Lepiej porcjować racjonalnie i wycisnąć z nich jak najwięcej. A da się wycisnąć. Mimo pozornie łatwego i przyjemnego stylu, jego propozycje wymagają ogromnego wysiłku intelektualnego. Podoba mi się układ „Monopolu na zbawienie” – szczególnie najbardziej obszerna część – TEST (każdy rozdział zaczyna się od pytania i trzech odpowiedzi do wyboru) i PATRONI DO WZIĘCIA. W rozdziale TEST pytania są tak zakręcone, że czytając je aż pali ciekawość, jak autor wybrnie z odpowiedzią.
Imponuje mi u Hołowni odwaga z podejmowaniu nawet najbardziej drażliwych tematów związanych z Kościołem. Imponuje ogromna wiedza z historii religii. To wszystko okraszone jest specyficznym humorem i nowoczesnym językiem. Dobrze, że mamy Hołownię!

niedziela, 28 listopada 2010

Andrzej Maleszka "Magiczne drzewo. Tajemnica mostu"

Druga książka z serii „Magiczne drzewo”. Jak tylko zobaczyłam ją na półce w księgarni wiedziałam, że muszę ją zdobyć i przeczytać. Pamiętam jak dobrze bawiłam się przy pierwszej części. Niekwestionowaną zaletą powieści Maleszki jest wartka akcja – każda strona niesie niespodziewane zwroty. Podobnie było w drugiej części chociaż… jak to zwykle bywa przy seriach, wdarł się w nią już jakiś schematyzm. Przede wszystkim myślałam, że spotkam innych bohaterów – bo i magiczny przedmiot z założenia miał być inny. Tymczasem odwiedziłam ponownie rodzinę Kukiego (no, może nową bohaterką jest zakochana nieszczęśliwie koleżanka głównych bohaterów - Melania) i znowu akcję napędzały czary czerwonego krzesła. I znowu pojawił się czarny charakter usiłujący odebrać dzieciom krzesło i wykorzystać go do złych celów. Tak naprawdę tytułowy przedmiot – most zapomnienia –pojawił się epizodycznie i w finale powieści. Nie zmienia to jednak faktu, że lektura kolejnej części była niekwestionowaną rozrywką. Czekam na kolejne części.
Wbrew pozorom seria Maleszki ma też duże walory edukacyjne. Owszem, jest tu trochę antypedagogiki, ale obie książki mogą być przyczynkiem do dyskusji o tym co się dzieje gdy magia wymyka się spod kontroli. I czy naprawdę potrzebujemy czerwonych krzeseł…

niedziela, 21 listopada 2010

Cezary Zalewski "Pragnienie, poznanie, przemijanie. Fotograficzne prezentacje w literaturze polskiej" oraz "Pisane światłem. Antologia pozeji inspirowanej fotografią"

Cezary Zalewski bierze pod naukową lupę teksty literackie, w których wystąpił, nawet marginalnie, motyw fotografii. Książka składa się z kilkunastu artykułów, właściwie autonomicznych, każdy jest bowiem podsumowany i każdy pokazuje zjawisko obecności motywu fotografii w literaturze. Nie było dla mnie zaskoczeniem – no, może troszkę, że fotografie konotują właściwie tylko negatywne zjawiska: uświadamiają o ulotności czasu, śmiertelności. Książka pełna jest cytatów, jej wielką wartością jest także bibliografia podmiotowa, zbierająca utwory z fotografią w tle, także te nieomówione w książce. Jedyną podstawową wadą opracowania jest tylko… cholernie trudny język, który sprawia, że całe partie były dla mnie nieczytelne. Wysoki poziom komplikacji języka. Wymiękłam.
Przy okazji fotograficznego tematu  chciałam polecić niezwykłą antologię
„Pisane światłem. Antologia poezji inspirowanej fotografią”, wydaną przez BOSZ w 2007 roku i szczęśliwie przez mnie wypatrzoną w witrynie księgarskiej. Cacko. Siedemdziesiąt poetyckich tekstów  zostało dodatkowo zilustrowanych przez stare fotografie. Wszystko wydane w starannej szacie graficznej (kolorystyka, układ), na kredowym papierze.
Jeśli zaś można powiedzieć coś o samych wybranych tekstach, to nie tylko są one inspirowane konkretnymi fotografiami, wywołującymi wspomnienia ale też pojawiają się tu wiersze inspirowane samą czynnością utrwalania obrazu. Lektura obowiązkowa dla miłośników obu dyscyplin – poezji i fotografii.

czwartek, 18 listopada 2010

Hanna Kowalewska "Inna wersja życia"

Czwarta część losów Matyldy. Najlepsza! Nie mogłam się od niej oderwać. Mimo tego, że jest chyba najmroczniejsza. Cały ten świat jest niezwykle mroczny, Kowalewska pisze o ludziach, którzy są w ciągłej matni instynktów i podświadomości. To nie jest łatwy świat a jednak chce się w nim być.
W czwartym tomie autorka wraca do wątku podjętego w „Górze śpiących węży”. Rozdrapuje swoje dzieciństwo i  próbuje dociec, dlaczego nie ma jej na żadnym rodzinnym zdjęciu z czasów, gdy urodziła się jej siostra przyrodnia – Paula. To w tajemnicy zdjęć kryje się rozwiązanie zagadki, dlaczego jej relacje z siostrą są takie złe. Jest to też okazja do rozbudowania postaci rozkapryszonej Pauli – przeciekawej postaci zresztą.
Jak w poprzednich tomach samo zawiązanie fabuły jest sztuczne. Podobnie jak w drugiej części są to zdjęcia przyniesione przez sąsiadkę. Trudno uwierzyć w tak wiele zbiegów okoliczności. Wyczuwam jakąś nienaturalność na początku każdej części, ale potem wszystko idzie już tak konsekwentnie, że rośnie podziw dla tak misternej konstrukcji. Czwarty tom jest dodatkowo powieścią o działaniu podświadomości i urazach z dzieciństwa. Naprawdę zachwyca mnie ta niebywała wiedza psychologiczna autorki. Jednocześnie jakby przeciwwagą mrocznych sekretów dzieciństwa jest przyroda Zawrocia. To daje – także w warstwie konstrukcyjnej powieści – równowagę. Jedynie ostatni akapit powieści wydaje mi się skiepszczony. A może nie?

wtorek, 16 listopada 2010

Janusz Tazbir "Edytorskie potknięcia"

Przedmiotem tej cieniutkiej książeczki są błędy popełniane na przestrzeni kilku wieków przez edytorów. Dotyczą one głównie przypisów, błędów w tłumaczeniach i gaf popełnianych z powodu braku znajomości realiów historycznych. Autor podaje przykłady zarówno z polskiej jak i z powszechnej literatury.
Artykuł Tazbira jest dodatkowo pięknie wydany. Został opracowany przez grupę studentów Wydziału Filologiczno-Historycznego Uniwersytetu Gdańskiego (specjalność edytorstwo). Budowa książki została określona tzw. złotym cięciem. Co to oznacza, nie podejmuję się wyjaśniać, odwołuję do komentarza. Dodatkowo ciekawe ilustracje wzorowane na starych miedziorytach.

sobota, 13 listopada 2010

znalezione w książce

Zastnawia mnie ta dedykacja - szkolna nie jest, bo byłyby pieczątki, zresztą słowo "kochany" nie pasuje do szkoły a i podpisane dwie osóbki... 
Oj Oskarze,Oskarze, nie porzuca się takich książek, nie porzuca.

czwartek, 11 listopada 2010

Wojciech Nowicki "Dno oka. Eseje o fotografii"


Znakomite eseje o fotografii, piszę o fotografii, nie fotografiach – bo te wydają się tylko punktem wyjścia do ogólniejszych rozważań. Nasuwa się porównanie z „Fotoplastykonem” Jacka Dehnela, ale tak naprawdę są to książki nie do porównania. Dehnel narzuca sobie rygory formalne wypowiedzi i zanurza się w fotografię całkowicie. Zachwyca u niego bogactwo zdjęć i… poezji. Nowicki bierze na warsztat jedynie kilkanaście fotografii – również znalezionych w antykwariatach. Oprócz nich omawia m.in. cykl „Zapis socjologiczny” Zofii Rydet, wileńskie fotografie Jana Bułhaka, a także… pośmiertne fotografie Marszałka Józefa Piłsudskiego. Wybory są zaskakujące, a ich różnorodność pokazuje całą rozpiętość fotograficznego medium.
Autor nie tylko zagląda do wnętrza fotografii, wyciskając z nich jak z cytryny kondycję minionego świata, ale także daje nam całkiem ciekawą wiedzę z historii fotografii. Mnóstwo w książce do tej historii odwołań i cytatów. Eseje są spuentowane i tymi puentami „dają w kość”. I najważniejsze u Nowickiego. Każdy z tych esejów jest tak naprawdę o tym, że fotografia nie pokazuje prawdy, że między zamierzeniem fotografującego a interpretacją późniejszego widza jest ogromny, dramatyczny rozdźwięk. Czasami jest on już między intencją a wykonaniem. Fotografia nie informuje o świecie!
„zdjęcia nie zawsze są tym, za co chcą uchodzić” – wydaje się mówić każdym kolejnym zdaniem. Ostatni esej poświęcony jest fotografiom zniszczonym przez błędne naświetlenie lub wywołanie, fotografiom zniszczonym przez ludzi i czas (jedna z nich, przedarta przez pół widnieje na okładce książki). Właśnie ta degradacja staje się naddaną wartością. Chociaż ostatnie zdanie książki brzmi dla nas okrutnie:
„Podobnie z  owymi zdjęciami. Umarły przedstawione na nich osoby, nie chroni ich pieczęć sztuki, jedynie rozkład częściowy zamienia je na chwilę w przedmiot godny podziwu. Więc niech to będzie przestroga – kiedy się rozpadnie papier, przestaniemy istnieć; ktoś nas wyrwie z albumu, w końcu zblakniemy i nic nie zostanie.”
Znakomite teksty!

sobota, 6 listopada 2010

Wiktor Frantz "Książek powijanie"

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam książki o książkach – a im starsze i bardziej gawędziarkie, tym lepiej. I oto znalazłam kolejną perełkę. Jej autor niby zapewnia, że będzie ona dotyczyła jego wieloletniej pracy wydawniczej ale w praktyce jest to wielkie książkowe silva rerum. Czego tu nie ma! Autor porządkuje (przynajmniej pozornie) wiedzę o książce w podrozdziałach: pióro, tytuł, słowo, litera, pędzel, chochlik, sztuka, półka i peregrynacje. Te słowa-hasła dają szeroki wachlarz książkowych tematów. Oprócz kawałka wiedzy roi się u od wspaniałych anegdot i przykładów, cytatów.  Najbardziej uśmiałam się – żeby nie powiedzieć  do łez – z rozdziału chochlik, w którym autor podał wiele powalających błędów drukarskich.
Książkę uzupełnia ciekawy i gdzieniegdzie humorystyczny materiał ilustracyjny. Autor stosuje kwiecisty, gawędziarski język, trochę może górnolotny, zdradzając emocjonalne podejście do tematu. A ja taki język lubię, bo wtedy wiem, że o książce opowiada mi pasjonat. Lubię też stare książki o książkach, bo zawsze czytam w nich o niejasnym przeczuciu co do przyszłości.:
„… jak Lem nie potrafi dziś przewidzieć, jak będzie wyglądać książka w następnym stuleciu, po roku 2000. Jedno jest pewne, że od dzisiejszej będzie się różnić o wiele więcej niż dzisiejsze, zalegające regały i półki, od starożytnych zwojów przechowywanych w dzbanach i krużach. Jak papier zastąpił papirus i pergamin, tak z kolei papier zostanie zastąpiony… przez co? Nie podejmuję się na to nawet w przybliżeniu odpowiedzieć, ale wiem, że to musi nieuchronnie nastąpić.” Zastanawiam się zawsze w czasie lektury podobnych rozważań jak ci autorzy poradziliby sobie z widmem całkowitego zwirtualizowania literatury…
No i jeszcze jedna informacja merytoryczna. W ostatnim rozdziale autor pisze o dziejach książek: „Alicja w krainie czarów” i „Robinson Cruzoe”. Wiele ciekawych informacji! W ogóle pozycja ta jest kopalnią informacji. Polecam nie tylko książkowym maniakom.
I jeszcze na koniec fragment z Mickiewicza, znaleziony w „Książek powijaniu”:
„Życie ludzkie jest kartą w środku książki: aby ją zrozumieć, trzeba wiedzieć, co było na kartkach poprzednich”.

piątek, 5 listopada 2010

Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham

O rzesz, ale książka! Składa się z kilkunastu kartek i kilkunastu wersów na stronie, oraz ciepłych ilustracji w typie „Aksamitnego królika”.  Lektura na trzy minutki, ale… nie…  na trzydzieści lat, nie… na całe życie.  I w dodatku można czytać ją nie tylko z dzieckiem, ale i dziadkiem, mężem, siostrą, bratem, przyjacielem. Jest tylko jeden warunek. Trzeba te osoby bardzo kochać. Bo książeczka to zapis rozmowy, którą prowadzą ze sobą przed snem dwa zajączki. Licytują się jak bardzo jeden kocha drugiego. Są coraz bardziej pomysłowe w swoich porównaniach. Książka niezwykle pomysłotwórcza, pomagająca - nie tylko dziecku -  definiować miłość.

poniedziałek, 1 listopada 2010

sobota, 30 października 2010

Łukasz Wierzbicki "Dziadek i niedźwiadek"

Zainteresowałam się tą książką po targach książki, na  których była ona nie tylko bardzo ładnie eksponowana ale także po Pałacu Kultury przechadzał się miś Wojtek. Potem przypomniał mi o niej Bazyl ze swoją fantastyczną recenzją, do której adres, gwoli przypomnienia, poniżej:
Za miesiąc w mojej bibliotece będzie spotkanie z autorem a na korytarzu bibliotecznym wisi fantastyczna wystawka o misiach w historii Polski i literatury.
Wierzbicki przypomina dzieciom nieznaną prawie w Polsce historię niedźwiadka Wojtka, który podczas II wojny światowej przemierzył z żołnierzami Armii Andersa szlak bojowy.
Książka przepełniona jest humorem i ciepłem. Pokazuje jak wielka potrafi być przyjaźń między człowiekiem i zwierzęciem (nawet niedźwiedziem!). Czyta się ją jak wspaniałą powieść przygodową i aż trudno uwierzyć, że została ona oparta na faktach. Tak jak zauważa Bazyl – Wierzbicki nie przeraża okrucieństwem wojny, choć jest ona obecna, tyle że w odpowiedniej dla dziecka dawce (np. fragment kończący rozdział o bitwie pod Monte Cassino).  Historia Wojtka może być wstępem do rozmów o naszej historii.
Dodatkowym atutem jest piękne wydanie. Ciepłe, dziecięce ilustracje dopełniają autentyczne zdjęcia, przedstawiające Wojtka i żołnierzy. Koło numeracji zostały zaś umieszczone maleńkie podobizny misia (po jednym na każdej stronie), które przy szybkim kartkowaniu dają złudzenie jakby miś wędrował. Brawa dla wydawcy, brawa dla autora, że wyciągnął i pięknie dla dzieci zaadaptował historię u nas zupełnie nieznaną.

wtorek, 26 października 2010

Elżbieta Jackiewiczowa "Pokolenie Teresy"

Wojenne wspomnienia przepięknie zbeletryzowane. Narratorką jest nauczycielka – matka nastoletniej Teresy. Oczami dorosłej kobiety widzimy świat nastolatków, którym wojna brutalnie odebrała naturalny rozwój. Towarzyszymy im we wspomnieniach nauczycielki od wybuchu wojny, przez budowanie tajnych kompletów, naukę, konspirację aż po wyzwolenie i budowę nowej szkoły. Dopiero podobna lektura wzbudza refleksję, jak wiele odebrano tym młodym ludziom, ale też uświadamia jak heroicznie ludzie walczyli o swoje potrzeby. Wielokrotnie Teresa narzeka na otaczającą ich ciszę. Odpowiedzią na to są potajemne koncerty muzyki Szopena. Z reporterską dokładnością narratorka opisuje naukę w tajnych kompletach i wyjaśnia fenomen poświęcania życia nauczycieli dla umożliwienia nauki młodym ludziom. Nie wszystkim młodym ludziom zresztą udało się dotrwać do matury... Realia Radomia – dokładna topografia miasta, nazwiska prawdziwych nauczycieli, dodają historii jeszcze większej autentyczności. Jest to także powieść inicjacyjna. Matka obserwuje bowiem dojrzewanie swojej córki, nie tylko fizyczne ale przede wszystkim duchowe. Z książki przedziera jakaś niesamowita wiara w człowieka, w przyjaźń, w autentyczne relacje i miłość między matką i córką. Niesamowita wiara!

piątek, 22 października 2010

Hanna Kowalewska "Maska Arlekina"

O ile dwie poprzednie książki z serii o Zawrociu przeczytałam jednym tchem i nie chciałam wcale opuszczać tego ponurego świata Matyldy, o tyle przy trzeciej części miałam jakiś straszliwy kryzys i ledwo co dobrnęłam do końca.
W „Masce Arlekina” Matylda próbuje rozwikłać zagadkę zmarłego tragicznie męża. Sytuacja wyjściowa znów jest bardzo nienaturalna ale to nie przeszkadza w odbiorze (po dziesięciu latach zjawia się bowiem przyjaciółka Świra – Olga). Ciężko uwierzyć w prawdopodobieństwo scen rozgrywających się za sprawą Olgi, (np sproszenie do domu Matyldy kilku kochanek Świra – po dziesięciu latach!!!) ale nie zmniejsza to ogromnej sugestywności tych i podobnych fragmentów książki. Sęk w tym, że w drugiej części, kiedy Matylda jedzie z Olgą do Zawrocia, zaczyna nudzić ta powtarzalność zachowania Olgi, picie i trzeźwienie, to gadanie Pytii. Kowalewska robi też coś zupełnie innego niż w poprzednich częściach. Pozbawia czytelników z gotowych rozwiązań, tajemnica Świra nie zostaje do końca rozwiązana. Nadal pozostaje o nim tak wiele wersji wydarzeń, że czytelnik nie umie wybrać właściwej. A może o to autorce chodziło, o udowodnienie, że nie ma jednej obiektywnej prawdy. I nie sposób szukać jej po dziesięciu latach…

Znakomite studium alkoholizmu.

Bardzo smutna definicja książki:
„Ona chciała mieć wszystko czarno na białym, w książce – małej trumience wypełnionej po brzegi truchłem minionych emocji.”

I jeszcze jedno okrutne zdanie:
„Każde małżeństwo to teatr. Faceci grają w nim najczęściej siebie, a baby swój albo cudzy ideał.”

czwartek, 14 października 2010

znalezione w książce

... a konkretnie w książce Dobraczyńskiego "Przyszedłem rozłączyć..." - powieści o życiu Św. Elżbiety Węgierskiej. I co z tego wynika? Że proboszcz też człowiek i powieści czyta:-) I że był proboszczem Tomaszem, Piotrem albo Tomisławem. I że już pewnie nie żyje, a książka została...
Urzekła mnie prostota tej starej dedykacji.

niedziela, 10 października 2010

Zofia Romanowicz "Baśka i Barbara"

Ciepła, mądra powieść. Główna bohaterka - Polka wychowuje na emigracji kilkuletnią córeczkę Basię. Powieść jest  zapisem dzieciństwa dziewczynki, od jej poczęcia do szóstego roku życia. Poetycki opis porodu, czułe chwile z maleńką córeczką, jej pierwsze próby mowy, oswajanie świata i wreszcie szkoła - a wszystko to w cieniu Paryża, a wszystko z nieustającą tęsknotą za Polską. Kiedy Basia idzie do szkoły – pojawia się ogromny dylemat nad jej narodową tożsamością. Jak wychowywać, po polsku, czy po francusku? W jakim języku pozwalać myśleć?
Powieść pięknie skomponowana. Każdy rozdział jest zamkniętą, spuentowaną całością, bardzo poetycką i refleksyjną. W ogóle język książki pozostaje na granicy powieści poetyckiej, rozważania nad rozwojem dziecka uzupełniają niebanalne i urocze opisy przyrody.
Odczytałam tą powieść jako przede wszystkim jako zapis macierzyństwa – jeden z najpiękniejszych z jakim zetknęłam się w literaturze.
P.S. Nie mogę pokazać okładki książki bo mój egzemplarz biblioteczny jest oprawiony. Nie mniej karta tytułowa jest może w tym przypadku o tyle ciekawsza od samej okładki, że książka ta została wydana we Francji w 1956 roku przez księgarnię Libella – prowadzoną w Paryżu przez małżeństwo Romanowiczów.  To właśnie tą powieścią - debiutem Zofii Romanowiczowej, księgarnia-wydawnictwo zainaugurowała swoją działalność.

czwartek, 7 października 2010

Anna Onichimowska "Dzień czekolady"

Książka Anny Onichimowskiej nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak – może – powinna.
Główny bohater, chłopiec Dawid ma za sobą doświadczenie utraty siostrzyczki, rozpadu rodziny i braku zainteresowania wiecznie zajętego ojca. Zaprzyjaźnia się z dziewczynką Moniką, której sytuacja rodzinna również pozostawia wiele do życzenia. Zaprzyjaźnia się także z bezdomną kotką, wyobraża sobie bowiem, że to jego siostra Zuzia.
Książka jest pełna magii i dość ciekawa w tej właśnie magicznej warstwie – chłopiec wraz z kotką odwiedzają pożeracza poniedziałków, Dawid wyszukuje też w książkach skoczka czasu. Wszystko to po to aby zmienić los dziewczynki. Autorka kończy książkę bardzo odważnie, marzenie Moniki o dorosłości spełnia się. Ostatni dzień – Dzień Czekolady to cukierkowa wizja dorosłych już bohaterów (de facto jako męża i żony) oraz malej, kolejnej siostrzyczki Dawida.
Tak jak pisałam, książka świeża i ciekawa w warstwie magicznej, w realistycznej zaś troszkę nieczytelna. Może tylko dla mnie. Jako tekst terapeutyczny – trudna.
Jakby dla przeciwwagi cieple ilustracje, z lalkowymi postaciami o proporcjach jak z rysunków dzieci. No i udany pomysł z nazwaniem każdego rozdziału „Dniem…” z dopełnieniem charakteryzującego go określenia.
Mimo, że się nie zachwyciłam, sięgnę po inne pozycje autorki

środa, 29 września 2010

Danuta Parlak "Pan Mruczek i mysia rodzinka"



Ta niepozorna książeczka to prawdziwe edytorskie cacko!
Wpadła mi w oko w dziecięcym dziale i to nie tylko dlatego, że zaczyna się tak:
„Z dziada pradziada, z myszy pramyszy, Antykwariat pod numerem 5 przy jednej z ulic prowadzących do rynku zamieszkiwała Mysia Rodzina. Kolejne mysie pokolenia wiodły żywot wśród stosów książek, starych map i roczników czasopism, z zapałem wgryzając się w mniej lub bardziej opasłe tomy”.
Książka zainteresowała mnie główne dlatego, że jest cudnie ilustrowana – począwszy od pierwszej ilustracji, na której grzbiety stojących książek są jednocześnie frontami domów. Tu ważna informacja dla bibliofilów: motyw ksiązki występuje na ilustracjach kilkakrotnie!!!!!
A cudne kolażowe ilustracje (autorka wykorzystuje rysunek, fotografię, faktury przedmiotów) są ciepłe i bogate w szczegóły.
Historia mysiej rodzinki opowiedziana jest zaś z humorem i „podwójnym dnem”. Jakże łatwo bowiem przełożyć na współczesne warunki to spotkanie antykwarycznych myszy – strażniczek tradycji z zachłyśniętymi konsumpcjonizmem myszami z supermarketuJ Tak czy siak dzieci niczego przekładać nie będą, będą za to cieszyć się wspaniałymi ilustracjami. Bibliofile – z wymienionego powyżej powodu też, dlatego polecam!

czwartek, 23 września 2010

Hanna Kowalewska "Góra śpiących węży"

Druga część książki „Tego lata, w Zawrociu”. Równie co część pierwsza –genialna. Już dawno nie znalazłam w polskiej literaturze współczesnej takiej perły jak ten cykl. Jak dobrze, że są kolejne dwie części i jeszcze długie wieczory pobędę w mrocznym świecie Matyldy.
A, uwierzcie mi, jest mroczny…
Autorka wciąga czytelnika w kolejne rodzinne tajemnice. Rozwija wątek pochodzenia ojca Matyldy – historia rodziny Malinowskich, choć nieco wymuszona, porusza czytelnika. Kowalewska opisuje też intrygi w zawodowym życiu Matyldy – wprowadzając tym samym dyskurs o teatrze (genialna postać teatralizującego życie Kostka). Powieść czyta się jak znakomity kryminał, choć w drugiej części wyczułam jakąś dziwną sztuczność. Za dużo rzeczy dzieje się na raz, za dużo jest zbiegów okoliczności aby móc uwierzyć w prawdopodobieństwo podobnych wydarzeń, ta sztuczność nie zmienia jednak ogólnego odbioru książki.
I o dziwo w świecie Matyldy chce się być, mimo, że jest mroczny i gorzki. Wspaniałe konstrukcje postaci, żywe, sugestywne. Niespotykanie dokładna wiwisekcja życia, analiza funkcjonowania rodziny, mechanizmów psychologicznych. Do tego kunsztowna budowa, odważnie puentowane rozdziały.
Książka dla odważnych, którzy nie boją się odnaleźć w niej własnych kompleksów, książka niepokojąca i drażniąca jednocześnie. A ja takie lubię bo i po to jest literatura.

niedziela, 19 września 2010

Łukasz Gołębiewski "E ksiazka/book. Szerokopasmowa kultura"

„Świat, o którym piszę, będzie światem bez księgarń i bez drukarni.”

No właśnie. A takiego świata miłośnicy książek raczej nie potrafiliby zaakceptować.

Dlatego lektura książki Gołębiewskiego niepokoi i frustruje. Niepokoi bo jest wielce prawdopodobne, że jego wizja potwierdzi się w jakimś stopniu. Frustruje bo jest jej tak okrutnie pewien. W tym obszernym eseju autor rozprawia nad śmiercią kultury w aspekcie materialnym i o rychłym i całkowitym jej zwirtualizowaniu. Jest pewny, że książka papierowa przestanie mieć rację bytu, a tym samym stracą go bibliotekarze i księgarze. Podaje wiele ku temu argumentów, nie tylko socjologicznych ale ekonomicznych. Podaje też przykłady rozwiązania problemów prawa autorskiego. No właśnie, te mocno okraszone cytatami innych badaczy wpływu nowych technologii na cywilizację i kulturę argumenty są bardzo logiczne. Chociaż… Już od dłuższego czasu ogłasza się śmierć papieru i jakoś ma się on zupełnie dobrze. Książkę czytałam w pociągu, kiedy wysiadłam w Warszawie i wjechałam schodami na górę, najpierw zobaczyłam dużą księgarnie i odetchnęłam z ulgą. Moja biblioteka rozbudowuje się a książki wychodzą z wydawnictw w ilościach tak dużych jak nigdy dotąd. I dlatego, panie Gołębiewski, nie wierzę, że wypuszczenie czytnika e-booków za złotówkę jak telefon komórkowy będzie kresem materialnym kultury. Nie wierzę! Z prostej przyczyny. Papier pozwala na najlepszą percepcję tekstu. I już. Nawet pan, panie Gołębiewski, waha się w pewnym momencie, rozmyślając co będzie z wydawnictwami albumowymi czy książkami dla dzieci. Wymieniając wady szerokopasmowej kultury pisze:

„brak materialnej postaci książki odziera ją z „magii” i takich jej cech estetycznych ( i fizycznych) jak: dobór papieru, oprawy, szycia, klejenia, zapachu, ciężaru”

Nie docenia Pan tej „wady”. Czy zaspokoimy się oglądaniem wirtualnej reprodukcji dzieł światowego malarstwa, choćby nie wiem jak wiernej i atrakcyjnej, jeśli za rogiem mamy Muzeum w Luwrze i możemy je obejrzeć „na żywo”? To samo jest z książką. Nikt dobrowolnie nie zrezygnuje z jej „magii”. Książka sama w sobie jest dziełem sztuki. Swoją drogą dopiero podczas lektury eseju zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem przywiązana do książki jako przedmiotu, nie tylko nośnika informacji. Dopóki będziemy pielęgnować w sobie to przywiązanie, dopóty biblioteki stać będą spokojnie a wizje Gołębiewskiego się nie spełnią.



niedziela, 12 września 2010

znalezione w książce

Tym razem nie w bibliotecznej ani z antykwariatu ale na targu staroci. Przepiękna pieczęć własnościowa - stylizowana na ręczne pismo. Nie widziałam jeszcze takiej.

wtorek, 7 września 2010

"Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej"

O książce czytałam na jednym z czytelniczych blogów i zachorowałam na nią dość ciężko ale dopiero teraz zdobyłam. Warto było poszukiwać jej w bibliotekach. „Książki i ludzie” to zapis rozmów, które autorka przeprowadziła z ludźmi kultury: pisarzami, malarzami, aktorami, naukowcami. Łopieńska odważnie i szczegółowo wyspowiadała swoich rozmówców z ich bibliotek i upodobań czytelniczych. Uwielbiam czytać o prywatnych księgozbiorach, ich losach ale też o indywidualnych upodobaniach czytelniczych. Przy lekturze tych wywiadów moja ciekawość została zaspokojona. Chociaż muszę przyznać, że dominującym uczuciem w trakcie lektury było… zaskoczenie. Naprawdę ci, których posądzalibyśmy o wielkie przywiązanie do książek, wykazywali wobec nich bardzo chłodne podejście i odwrotnie. Zaskakiwały i nawyki i wybory lekturowe. Zaskakiwał także sposób przechowywania i segregowania książek.

Oprócz kopalni wiedzy o prywatnych księgozbiorach ludzi kultury, w książce znajdziemy wiele mądrych zdań na tematy ogólnoludzkie. Myślę, że to pozycja, do której warto powracać. Jedna lektura jej nie wyczerpie. Dla przykładu rozmowa z Gustawem Holoubkiem bardziej dotyczy teatru niż księgozbioru, rozmowa z Kapuścińskim zaś idzie w kierunku współczesnego warsztatu pisarskiego. Księgozbiór to często w tych rozmowach tylko punkt wyjścia do szerszych rozważań. Jednocześnie autorka tak dobiera pytania, że mamy wrażenie, że zwiedzamy te prywatne biblioteki wraz z nią. Do tego każda rozmowa jest wspaniale spuentowana zamykającym zdaniem. Wspaniała lektura.

środa, 1 września 2010

Walter Moers "Kot alchemika"


Po raz drugi zawitałam do magicznej Camonii. Pierwsza podróż była tak fascynująca, że przypomina mi ją stale nazwa mojego bloga.

W kolejnym mieście stworzonym przez Moersa książek nie było, był za to brud, smród i choroby. Autor zabrał mnie do miejsca zdominowanego przez choroby, gdzie już nie księgarnie a apteki, już nie bibliofile a hipochondrycy są wszem i wobec i na wyciągnięcie ręki. A nad tym okropnym, zdominowanym chorobami mieszkańców miastem – zamek Przeraźnika.

Trudno jest streścić fabułę książki, bo wydaje się absurdalna. Otóż mały krotek Echo po śmierci swojej pani ląduje na ulicy i umiera z głodu. Przeraźnik zawiera z nim pakt; będzie karmił nieszczęśnika przez cały miesiąc najbardziej wyszukanymi potrawami ale w następną pełnię księżyca… zabije go i wytopi zeń tłuszcz. Krotek zgadza się na ten układ. Przebywając w dom Przeraźnika zwiedza tajemniczy zamek i wpycha w siebie najbardziej oryginalne potrawy. W książce roi się od potworów, okropności, zgnilizny, smrodów i wszelkich okropieństw. Jest tu kilka naprawdę „mocnych scen” – ot chociażby fragment gdy Echo myśli, że zjadł swojego przyjaciela albo gdy Przeraźnik odkopuje zwłoki swojej ukochanej i zabiera je do zamku. Książka z pewnością nie jest dla każdego, a już na pewno nie dla dzieci. Powieści Moersa są dla koneserów, dla mocno wprawionych czytelników, dodatkowo rozmiłowanych w czarnym humorze. Mnie się ta powieść podobała okrutnie. Wciągająca, trzymająca w napięciu fabuła, niespotykana wręcz wyobraźnia, także na poziomie języka a przy tym duża dawka humoru (najwięcej w kreacji postaci Fiodora F. Fiodora i przede wszystkim groteskowej Przeraźnicy). Ale nie tylko… W książce „Kot alchemika” znalazłam to, co tak bardzo zachwyciło mnie już w „Mieście śniących książek” – jedyną w swoim rodzaju konstrukcję głównych postaci. Tam był nią kryjący straszliwą tajemnicę król cieni – tutaj diaboliczny alchemik, balansujący na granicy szaleństwa, romantyczny do bólu. Obie te postaci to potomkowie powieści „Frankenstein”. Król Cieni był homunkulusem złożonym na nowo z łatwopalnego papieru, Przeraźnik diabłem w ludzkiej skórze, który pragnął przechytrzyć śmierć. To powinowactwo z romantyczną powieścią mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że w pozostałych książkach znajdę podobne konstrukcje….

Nie mówię prostego polecam, bo z książkami Moersa to nie jest takie proste. Sami przekonacie się dlaczego…


sobota, 28 sierpnia 2010

Henryk Bardijewski "Bajka na biegunach"

Chwała wydawnictwu Nasza Księgarnia za tzw. „Zamyśloną Serię”, którą się ostatnio zachwycam, a która jednocześnie stanowi skarbiec tekstów terapeutycznych, na których można fajnie i ciekawie pracować z młodymi czytelnikami. Kolejna propozycja, która wpadła mi w ręce to „Bajka na biegunach”. Choć również stylizowana na bajkę, nie dorównuje „Złodziejom snów". Nie mniej to również wartościowy tytuł.
Autorka wykorzystuje znany motyw Szklanej Góry, czyniąc z niej jednak w swojej bajce górę tyle tajemniczą (zapadnięty dawno zamek z bogactwem) co... zwiedzaną przez turystów..
I tak wybierają się na nią czterej chłopcy, tylko że dwaj wybierają krótszą drogę przez Biegun Zła a dwaj pozostali krótszą, przez Biegun Dobra. Jednym zależy na skarbie i bogactwie, drugim na wrażeniach estetycznych i wspomnieniach z podróży. Po drodze spotykają kilka ciekawych postaci (m.in. Szklarza, który szkli górę) zwiedzają także zapadnięty zamek. Odkrywają, że jest jeszcze jeden biegun. Jaki?: „Jest jeszcze, proszę was, Biegun Szczęścia. Nikt go dotąd nie usytuował, chociaż niejeden człowiek był już bardzo blisko. Może ten biegun jest ruchomy, a może nieruchomy, nikt nie wie. To Biegun prawdziwie magiczny – i magnetyczny. Wszyscy czują przyciąganie, ale nikt nie zna jego natury. Pewnie bywa i tak, że człowiek stoi na tym Biegunie i wcale o tym nie wie. To bardzo delikatny biegun. Podobno nie znajduje się w ziemi, lecz półtora metra nad ziemią, na wysokości ludzkiego serca”
Jasna, łatwa, czytelna symbolika, delikatne poczucie humoru, oryginalne wykorzystanie znanego motywu bajkowego. Lektura na godzinkę, wyprawa na biegun na całe życie...

wtorek, 24 sierpnia 2010

Dorota Suwalska "Marionetki Baby Jagi"

Kolejny dobry terapeutyczny tekst. Główna bohaterka Ania ma kochającą się rodzinę. Zła wiedźma chce za wszelką cenę zniszczyć tą sielankę i udaje jej się. Mama Ani zapuszcza sobie do oczu krople zatrute przez Babę Jagę: „Mikstura Baby Jagi odwracała kierunek łez. Zamiast na zewnątrz spływały one do środka, toteż w sercu gromadziło się oraz więcej i więcej smutku”. Tata włożył zaczarowane okulary i kapelusz, przedmioty te powodowały, że nie widział co dzieje się wokoło i sam znikał. Brat z troski grał coraz więcej w gry komputerowe aż w końcu stał się bohaterem jednej z nich i … utknął we wnętrzu komputera.
Ania zaś z rozpaczy chętnie częstowała się „cukierkami marzeń”, podsuwanymi jej przez jędzę, a powodującymi halucynacje i „przebywanie” w bajkowej krainie…
Autorka baśniowym językiem opowiada o rozkładzie rodziny, nieobecności ojca, uzależnieniu od komputera i mechanizmach narkomanii (ta ostatnia wyjątkowo celna). Dobry tekst. Brakowało mi jedynie jakiegoś „racjonalnego” uzasadnienia problemów rodziny, powoduje je bowiem niezależna od nich siła (Baba Jaga), nie ma to natomiast przełożenia na życie. Mimo tego pęknięcia to naprawdę dobry tekst, który, jak to w bajkach, kończy się dobrze, choć z morałem

niedziela, 22 sierpnia 2010

Eoin Colfer "Artemis Fowl"

Cykl o Artemisie Fowl cieszy się wśród czytelników ogromną popularnością więc i ja poszłam za ciosem i przechwyciłam książkę między czytelnikami.
I już na samym początku osiągnęłam najwyższy stan zwątpienia. Najpierw genialny dwunastolatek o pomysłowości Jamesa Bonda i z zabawkami inspektora Gadżeta, w dodatku należący do świata przestępczego. Na dzień dobry wróżka alkoholiczna a nieco dalej matka narkomanka. A potem zupełnie wydumany świat najpiękniejszych postaci fantastyki, tutaj ubranych w kaski i sztuczne skrzydła i wyposażonych w najnowocześniejszą technologię i broń. Poza tym wiele rozwiązań chyba jednak troszkę zapożyczonych z Harrego Pottera np wymazywanie pamięci.
Zabrzmi to może zbyt górnolotnie ale ta powieść jest dla mnie doskonałą ilustracją tego, do czego doprowadza rozwój technologii. Nawet postaci mitologii są nią zdominowane. Poza tą refleksją w powieści nie ma żadnego wyraźnego systemu wartości, wszystkie działania głównego bohatera zmierzają do pozyskania od wróżek złota, a kilka chwil refleksji nad ludzką naturą podziemnych mieszkańców gubi się zupełnie w sensacyjnej akcji. Książkę czyta się trochę tak, jakby oglądało się współczesne kreskówki dla dzieci, z uzbrojonymi po szyję najdziwniejszą bronią groteskowymi postaciami. Nie znalazłam w powieści żadnej postaci, która nie byłaby kalką. No może krasnal-kleptoman zupełnie przyzwoicie się udał. Ale to wszystko. Sensacyjna akcja zapewne podoba się dzieciom, może przede wszystkim chłopcom, dla mnie jednak była ona po prostu… nudna.
Ci, którzy próbują porównywać książkę do cyklu o Harrym, nie wiedzą co czynią. Cykl o Potterze pozostanie najlepszy. Po prostu.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Hanna Kowalewska "Tego lata, w Zawrociu"

Mam taki własny wyznacznik dobrej książki, jeśli zaraz po jej odłożeniu i przez dłuższą jeszcze chwilę nie jestem w stanie sięgnąć po kolejną, bo ciągle jeszcze „siedzę w poprzedniej”. Rekord pobił „Cień wiatru” – jeszcze przez tydzień „siedziałam” w Barcelonie, nie będąc w stanie wejść w żaden inny świat przedstawiony. Oczywiście ten specyficzny „objaw” świadczy nie tyle o poziomie książki co o jej sugestywności…
Podobnie było z książką Kowalewskiej, jej specyficzny klimat i główni bohaterowie majaczą jeszcze we mnie i nie pozwalają o sobie zapomnieć.
„Tego lata, w Zawrociu” to książka, która paraliżuje swoim specyficznym, ponurym klimatem. Główna bohaterka dowiaduje się, że babcia, której prawie nie znała, zapisała jej cały majątek – posiadłość w Zawrociu. Odważna, sprzeciwiająca się wszelkim stereotypom dziewczyna spędza lato w odziedziczonym domu i próbuje rozwikłać tajemnice babki. Powieść pisana jest w pierwszej osobie, w formie monologu bohaterki skierowanym do babki.
Z tego monologu wyłania się niejednoznaczna, tajemnicza postać babci dziewczyny, okazuje się też, że jej rodzina kryje wiele tajemnic i zranień. Nie wszystkie wychodzą na jaw. Przynajmniej nie w pierwszym tomie i dobrze, bo już nie mogę się doczekać, kiedy sięgnę po kontynuację powieści.
Być może wielu czytelników zafascynował właśnie ten element sensacyjno-detektywistyczny. Ja jednak zachwyciłam się przede wszystkim tą dogłębną analizą psychologiczną niebanalnych bohaterów. Uwielbiam, wprost uwielbiam książki analizujące psychikę ludzką i schematy postępowania bohaterów z taką precyzją. Rejestrujące i analizujące każdy ich ruch. (to właśnie tak bardzo cenię w pisarstwie Kundery).
Powieść jest zresztą odbiciem wielu naszych zranień. Niektóre zdaje się wręcz wskazywać palcem. To odbicie, to przecież sedno literatury.

sobota, 14 sierpnia 2010

Ewa Karwan-Jastrzębska "Antykwariusz"


Czego tu nie ma! Ta niewielka objętościowo powieść przygodowo-fantastyczna zmieściła w swojej fabule najróżniejsze motywy w najdziwniejszych kombinacjach. Jest tu i biblioteka do której bohaterowie wciągnięci zostają przez ilustrację w książce, i tajemniczy rudy kot, który zmienia się w porcelanową figurkę, i ptak Feniks krążący nad miastem i ulica Widmo, z której nie ma wyjścia dla tych, którzy się boją, i tajemniczy obraz w którym została zakodowana tajemnica kamienia filozoficznego, i sycylijska mafia, i 15-wieczna Florencja. Jest przede wszystkim postać tajemniczego antykwariusza, łącznika obu światów – realnego i fantastycznego, który wybiera głównych bohaterów książki - nastoletnie rodzeństwo - do wypełnienia ważnej misji wymagającej cofnięcia się w czasie. Wszystko to opisane sprawnie i atrakcyjnie dla młodego czytelnika, choć oczywiście nie pozbawione schematyzmu zarówno w konstrukcji bohaterów jak i samej akcji. Jest tu też kilka nieścisłości, kilka wątków nie zostaje powiązanych ze sobą albo autorka pochopnie je porzuca. Największą wartością książki jest jednak przede wszystkim wprowadzenie motywu kamienia filozoficznego – który przecież jest już motywem literackim tak wytartym a jednak po lekturze okazuje się, że nadal pomysłotwórczym, szczególnie w literaturze dla dzieci ostatnich lat.

Dlaczego po raz kolejny nie został on odnaleziony, chociaż było tak blisko, dowiecie się sami, jeśli tylko zdecydujecie się wybrać z głównymi bohaterami do XV wiecznej Florencji.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Margareta Stromstedt "Astrid LIndgren. Opowieść o życiu i twórczości"

Jeśli ktoś interesuje się historią literatury dla dzieci i jeśli Pippi była bohaterką dzieciństwa to nie powinien przechodzić obojętnie obok tego tytułu.

Ta biograficzna opowieść na początku trochę się wlecze – za dużo w niej cytatów i odniesień do książek nie przetłumaczonych na język polski a przez to polskiemu czytelnikowi nieznanych – to męczy. Ale potem nabiera tempa i lektura staje się fascynującą przygodą i powrotem do świata bajek z dzieciństwa. Autorka przedstawia nam niejako „kompleksowy” obraz twórczyni Pippi, tyleż znany co zadziwiający. Jedyne co można jej zarzucić to maniakalne doszukiwanie się wątków autobiograficznych w najmniejszych nawet skrawkach z powieści. Sztuczne to i naciągane. Książkę uzupełniają natomiast wypisy z notatek Astrid, mądre i stonowane. Lektura całości tych notatek mogłaby być wielce interesująca. Jest w tej opowieści dużo faktów z historii literatury, tło społeczno-kulturowe nakreślone jest rzetelnie i wyczerpująco.

Bardzo owocna lektura. Pozwoliła mi nie tylko przyjrzeć się wspaniałej autorce, ale pięknie zilustrowała zjawiska w powojennej literaturze dla dzieci. Poza tym dużo w tej książce optymizmu, aż się serducho cieszy po lekturze.

niedziela, 1 sierpnia 2010

środa, 28 lipca 2010

Charles Kingsley "Wodne dzieci"

Dziwna książka. Zaczyna się zupełnie realnie: mały kominiarczyk Tom jest okrutnie wykorzystywany przez swojego opiekuna. Ucieka od niego w wyniku splotu okoliczności i wyczerpany ucieczką trafia do domu starej nauczycielki, w nocy wychodzi jednak w gorączce i topi się w stawie. Zostaje przemieniony w wodne dziecko i zaczyna się dziwaczna akcja. Chłopiec – maleńki jak rybka i ze skrzelami u szyi przemierza wody i morza, przeżywając najdziwniejsze przygody, spotykając na swojej drodze najdziwniejsze morskie stworzenia i docierają do najdziwniejszych krain.

Książka stanowi hybrydę najróżniejszych powieściowych gatunków. Z jednej strony ma budowę powieści inicjacyjnej – Tom po przejściu wielu prób wyrasta bowiem na mądrego młodzieńca. Jest tu czysta fantastyka: wróżki, stwory morskie, mitologiczne wyjaśnienie wielu zjawisk przyrody. Ale książka jest też satyrą na… no właśnie. Autor napisał ją w połowie XIX wieku, kiedy romantyzm szalał także w literaturze dziecięcej i tutaj mamy tego szaleństwa sztandarowy przykład. Autor rozprawia się okrutnie z oświeceniowymi poglądami, wygłasza programowe treści swojej epoki. („Czucie i wiara silniej mówi do mnie…” – ballada Mickiewicza na pewno przypadłaby do gustu autorowi). Jednocześnie w sposób iście z poprzednich epok portretuje różne typy ludzi: każde z napotkanych zwierząt czy postaci nosi konkretne cechy różnych środowisk. Autor jak z rękawa sypie nazwiskami, aluzjami kulturowymi – w dużej mierze niezrozumiałymi a już na pewno niezrozumiałymi dla dzieci.

Jednocześnie są tu przekomiczne fragmenty (np. groteskowej ucieczki Toma) i zabawy językowe, które niosą czytelnikowi wiele radości.

Książką zainteresowałam się ze względu na tytuł, jako miłośnik wszelkich akwatycznych motywów. Sama „teoria” wodnych dzieci jest interesująca. To dzieci, które zostały skrzywdzone, opuszczone albo – jak kominiarczyk – utopiły się. Świat wodny jest tu odbiciem świata na lądzie, a dzieje wodnych dzieci to odbicie historii ludzkości.

Czy polecam? Nie wiem. Powieść przypomina worek, w który wrzucono najróżniejsze motywy i gatunki i dokładnie wymieszano. Trochę to razi, a trochę warto przeczytać właśnie dlatego.

Cytat:

„… w baśni wszystko jest tylko zabawą, a zatem nie wierzcie ani jednemu słowu, nawet jeśli to prawda.”

czwartek, 15 lipca 2010

przyłapani na czytaniu 11

Na blogu, ku mojej radości już wszystko dobrze i mogę edytować posty! Dziękuję za wszystkie rady. Pozdrawiam wakacyjnie

wtorek, 13 lipca 2010

Zbigniew Kruszyński "Powrót Aleksandra"


Dziękuję za wskazówki dotyczące edycji postów. Niestety nadal mam problemy, dlatego posty wyglądają jak wyglądają, ale mam nadzieję, że jak wszystko wróci - o ile wróci do normy – to je jeszcze „upiększę”.
Zmierzyłam się po raz kolejny z prozą Kruszyńskiego, a uwierzcie, sprawa to wcale nie łatwa.
No i nie jest to urlopowa lektura, choć jeśli ktoś lubi dobrą, wyszukaną i skażoną współczesnością prozę, to polecam właśnie prozę Kruszyńskiego. Nie czyta się jej dla „dziania” – smakuje się za to wyszukane porównania, cięty język, niebanalne skojarzenia, dziwną, balansującą na granicy poprawności budowę zdań. No i tą wszechobecną w każdym zdaniu, w każdym porównaniu, odważną ironię. I tą dokładną rejestrację, niczym w protokołach – rzeczywistości. I samą rzeczywistość, specyficzną, pełną ludzi z półświatka, prostytutek, meneli, ludzi z marginesu. I tą – wcale nie subtelną erotykę, którą kipią jego opowiadania.
A co o samej treści? Opowiadania z „Powrotu Aleksandra” łączy motyw wyobcowania, niemożności odnalezienia w nowej rzeczywistości, próby uporządkowania otaczającego świata. Ważna diagnoza współczesności.

sobota, 10 lipca 2010

czy Wy też macie problemy z edycją postów?

Czy Wy też macie problemy z edycją postów? Bo u mnie nie można wyjść z języka HTML, a dziś nie mogę w żadnej przeglądarce dodatkowo ustalić czcionki, grubości i wielkości tekstu bo mi te opcje po prostu zniknęły. Czy Wy też tak macie?

Roma Ligocka "Tylko ja sama"


Kolejną książkę Romy czytałam dosłownie dzień i noc nie mogąc się od niej oderwać. Taki ten jej świat jest, że chciałoby się w nim być i być. Cała skala uczuć, emocji, przeżyć - wachlarz, od którego aż wiruje w głowie.
Obszerna powieść „Tylko ja sama” to jakby kontynuacja „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku”. Autorka ponownie – ale tym razem przez pryzmat teraźniejszości – próbuje zmierzyć się ze swoją przeszłością – a dokładnie przeszłością swojego ojca. Książka bardzo odważna i osobista. Aż zanadto osobista. Wielka to ze strony autorki odwaga – dzielić się z różnymi przecież czytelnikami swoimi przeżyciami, nie tylko wojennymi ale i najbardziej intymnymi.
Opowieść jest wspaniale skomponowana: główny ich wątek – poszukiwanie prawdy o ojcu, jest wkomponowany w specyficzną ramę romansową. Roma opisuje bowiem swój związek z mężczyzną o podobnych przeżyciach.
„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” jest tekstem genialnym, ale i w drugiej powieści widać, jak autora wyciska z języka to co najlepsze. Co i rusz pojawiają się tutaj zdania-perełki, nie tylko w opisie wewnętrznych przeżyć, wnętrz, ludzi… Wystarczy przeczytać ostatnie strony, barwny opis Rzymu widziany oczami zakochanej. Wielki talent, wielka kobieta.
Cytat:
„-Gdyby rzeczywiście można było… - mówię, patrząc na rozległe morze.
-Co?
-Żyć jedynie chwilą, nie myśleć o przeszłości i nie martwić się o przyszłość…
-To tylko nasza wyobraźnia robi z każdego Wczoraj i każdego Jutro obecną chwilę…”