sobota, 27 lutego 2010

Miahcael Coren "Lewis -człowiek, który stworzył Narnię"

Niezbyt często czytam biografie, chociaż kiedyś taką literaturę lubiłam. Ale po tą książkę sięgnęłam, bo widząc ją na półce bibliotecznej zdałam sobie sprawę, że o autorze przecudnego narnijskiego cyklu tak naprawdę kompletnie nic nie wiem.
Biografia ta (niewielkiej objętości) jest przede wszystkim bardzo ładnie wydana, bogata w materiał fotograficzny. W każdy rozdział zaś wprowadza inne motto z twórczości autora – bardzo trafnie dobrane. Jest oczywiście cały rozdział poświęcony cyklowi Narnijskiemu i jego percepcji. A wszystko to napisane troszkę skrótowo ale ciepło i prostolinijnie.
Najbardziej jestem jednak zachwycona samym Lewisem, który został tu utrwalony jako przede wszystkim bardzo dobry człowiek, opiekujący się całe lata matką najlepszego przyjaciela, niepełnosprawnym umysłowo ogrodnikiem (prototypem Błotosmętka), czy chorą na raka żoną. Historia jego miłości jest wzruszająca, najbardziej jednak rzuca na kolana ostatnie zdanie książki. Przeczytajcie…

środa, 24 lutego 2010

Paweł Bakuła "Co w trawie piszczy"

Sięgnęłam po książkę, bo chciałam przekonać się jakie książki są nagradzane w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.
Mój Boże, czegoż autor nie wrzucił do tego bajkowego światka. W tej prześmiesznej książce mieszaja się jak w maglu bohaterowie zwierzęcy ale przede wszystkim najzacniejsze postaci polskiej demonologii (rusałki, wodniki, dziwożony, niebożęta, płanetnicy i inni podobni) – w dodatku pokazane z przymrużeniem oka i na wesoło. Generalnie sam pomysł świata przedstawionego nie jest nowatorski – akcja dzieje się w Dolinie Bagiennej Trawy, gdzie swoje przygody przeżywają skrzat Maurycy i szczur Ogryzek oraz cała ta horda zwierząt i demonów. Wszystko to pokazane jest nie tylko na wesoło. Dzięki licznym odwołaniom do współczesnej kultury popularnej, rodzice czytający tą książkę z dzieckiem lub dziecku wyniosą z lektury również dużo rozrywki. Dlatego polecam, bo bez nadęcia, zbędnego dydaktyzmu, za to delikatnie, wesoło i beztrosko autor snuje sobie wartką akcję. Sam chyba dobrze się bawił pisząc tę książkę!

niedziela, 21 lutego 2010

Anatol France "Zbrodnia Sylwestra Bonnard"

Początkowo archaiczny język książki, naiwność i prostolinijność głównego bohatera troszkę mnie irytowały, potem jednak dałam się uwieść niezaprzeczalnemu urokowi powieści Anatola France.
Jest to historia nie tyle zapalonego bibliofila (stąd książka często pojawia się na listach książek o książkach) co studium starości człowieka. Urzeka pokazanie starości jako momentu zachwytu nad światem. Bohater udowadnia, że każdy moment jest dobry na ten zachwyt, każdy jest dobry na przewartościowanie życia a nawet wywrócenie go do góry nogami – byle w zgodzie z samym sobą. Oczywiście upragniony przeze mnie motyw bibliofilstwa też się pojawia – dotyczy go przecież przewrotny tytuł powieści – ale jakby na uboczu. Tytułowy bohater – 60-letni archeolog dochodzi przecież pod koniec życia do prawdy starej jak świat:
„Po co do reszty niszczyć sobie oczy nad starymi pergaminami, które już nic mi ważnego nie mówią?”
Tytułowa zbrodni polega jednak na tym że nie potrafi rozstać się z najukochańszymi książkami….
Z historii starego bibliofila, który całkowicie zmienił swoje życie dla wnuczki kobiety, którą kochał w młodości, przedziera wielka fascynacja światem i spokój ducha. Archaiczny język przestaje przeszkadzać w miarę lektury. Spokój tej książki na pewno przelewa się na czytelnika a i morał historii jest dla nas – moli książkowych – niezwykle cenny.

P.S: O książce wspaniale piszą czytelnicy na BiblioNetce. Polecam.

P.S 2: Z antykwariatu internetowego zakupiłam stare wydanie powieści z 1949 roku, z nieporozcinanymi kartkami, i zapewne w wyniku jakiegoś błędu w składzie, bardzo nierówno złożonymi tak jakby każda miała inną długość. Do tego oczywiście z odpowiednio chropowatymi i pożółkłymi stonicami. I nie wyobrażam sobie innego wydania tej powieści!!!!


sobota, 20 lutego 2010

znalezione w książce

Ręcznie robione zakładki, zasuszone liście, misternie zrobione ściągawki do szkoły (na zdjęciu wyjątkowo ciekawy okaz, w formie zszytej książeczki), obrazki święte, zdjęcia (powyżej reprodukcja zdjęcia Anny Jantar) oraz rachunki, ulotki, nawet osobiste dokumenty znajduję z książkach oddanych do biblioteki. Cierpliwie przechowują, nawet latami, niekiedy urocze pozostałości po czytelnikach i stają się nosicielami wiedzy również o nich. Uwielbiam takie znaleziska!!!

środa, 17 lutego 2010

Kazimiera Iłłakowiczówna "Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, o żołnierzu Soju i dziewczynce Kio"

Czasami wracam do niedoczytanych podczas studiów lektur polonistycznych. Baśń Iłłakowiczównej omawialiśmy na wspaniałych zajęciach z literatury dla dzieci i młodzieży ale sięgnęłam do niej dopiero teraz.
Ta literacka baśń, bądź co bądź obszernych rozmiarów (ponad sto stron) to historia tytułowego królewicza, który rodzi się bez umiejętności uśmiechu, a to nie pozwala mu objąć rządów w rodzinnym kraju Bombonii. Wyrusza więc w podróż, która jednocześnie – mimo prób i trudów, staje się dla bohatera specyficzną katharsis.
Baśń owszem piękna, inspirowana kulturą japońską. Ale jednocześnie KOMPLETNIE – w moim przekonaniu, niezrozumiała dla małego czytelnika, przesycona niezrozumiałą symboliką, wydumanymi nazwami, zbyt rozwlekła i poważna (nie zmienia tego faktu nawet humorystyczne wprowadzenie samozwańczego króla Kucharza i kwestię kulinariów uczynienie najważniejszą w państwie wartością). Owszem, jest to opowieść o poszukiwaniu samego siebie, o wewnętrznej przemianie, jest to historia bardzo dobrze ilustrująca mechanizm mitologizacji świata i umitycznania bohaterów narodowych. Iłłakowiczówna napisała ją w 1917 roku, są tu więc – jak interpretują mądrzy ludzie – echa rewolucji i wojny. Czym ta baśń mogłaby być jednak dla dziecka – nie wiem.


niedziela, 14 lutego 2010

Aleksander Jurewicz "Pan Bóg nie słyszy głuchych"

Bardzo długo czytałam tą krótką, bo zamykającą się w niecałych stu stronach, opowieść. Nie nadaje się ona zupełnie do czytania szybkiego i „przy okazji”.
Bohaterem książki jest dziadek – repatriant z Białorusi (co autor wspaniale oddaje w warstwie dialogowej), który przechowuje woreczek z białoruską ziemią i zbiera zegary z kukułką. Kompletnie nie może odnaleźć się w wielkiej Łodzi. W dodatku jakby po złości zakwaterowano go w kamienicy przy ul. Głuchej, a dziadek jest niedosłyszący. Kłóci się więc z urzędnikami o zmianę upokarzającej go nazwy. Jego sylwetkę opisuje nam – z pespektywy lat, wnuczek, który przyjechał do dziadka na wakacje. W opowieści tej nic w zasadzie ważnego się nie dzieje. Owszem, pod kołami tramwaju ginie tragicznie sprzedawca – pan Seriożka, a bohaterowie idą po pogrzebie na zakrapianą alkoholem stypę, która owocuje podczas nocnego zeń powrotu… potajemnym zdjęciem z kamienicy nazwy ulicy. Ale to wszystko jest jakby tłem dla wspaniałego, poetyckiego opisu tego swoistego i jedynego w swoim rodzaju mikroświata domu dziadka i kamienicy oraz w ogóle Łodzi. Piękne, troszkę za bardzo Schulzowkie porównania, wspaniała proza poetycka. Jeśli ktoś zachwyca się Schulzem, to zachwyci się i tą, troszkę smutną
i tkliwą opowiastką.

czwartek, 11 lutego 2010

Jacqueline Wilson Dziecko ze śmietnika"

Zdarzają mi się książki, po których nie mogę się otrząsnąć by zacząć spokojnie za chwilę następną lekturę. To trwa dłużej lub krócej. W przypadku „Dziecka ze śmietnika” – zdecydowanie dłużej.
To naprawdę dobra książka!
Zaintrygował mnie tytuł i fakt- że jest przeznaczona dla nastolatek.
Narratorką jest April – urodzona w Prima Aprilis dziewczynka, która zaraz po urodzeniu została przez matkę porzucona w... śmietniku za pizzerią. Akcja dzieje się w jej 14 urodziny, kiedy to odbywa podróż do miejsc swojego dzieciństwa, rozpaczliwie poszukując tożsamości i wiedzy o swoich początkach.
Tuła się po zmienianych sierocińcach, idzie na grób swojej pierwszej przybranej matki, w końcu trafia pod tę samą pizzerię, gdzie czeka ją dziwna niespodzianka, puentująca wspaniale całą opowieść.
Wspaniale, bardzo dojrzale i wnikliwie przeprowadzona analiza odrzuconego dziecka. Lektura ze wszechmiar wzruszająca i pouczająca. Bez zakłamania, bez cukrowania, bez przerysowania.
Podoba mi się metafora wycinanych z papieru laleczek. April mówi w pewnym momencie, że „wszystkie wyglądaja identycznie ale przecież każdą z nich można pokolorować inną kredką(…). Ja jestem jak te papierowe lalki. Miałam ten sam kształt, ale za każdym razem kiedy szlam do innego domu, ktoś ozdabiał mnie odmiennie.” Metafora ta jest też wykorzystana w formie graficznej i konsekwentnie realizowana w każdym rozdziale.

wtorek, 9 lutego 2010

Istvan Rath-Vegh "Komedia książki"

Ależ cudna książka! Uwielbiam te książki o książkach, utkane z bibliofilskich anegdot. W pewnym sensie jest to taka historia książki na wesoło. Wszakże autor opisuje najważniejsze zjawiska dziejów książki ale wybiera z owych zjawisk te najbardziej skrajne, absurdalne, śmieszne. O samej książce pisze z humorem, porównując ją na przykład w rozdziale dotyczącym wyglądu do kobiety wybierającej się na bal. Porównanie woluminu do kobiety gdzieniegdzie się i potem pojawia. Dla mnie najcenniejsze są fragmenty dotyczące bibliofilstwa. Anegdoty, które są powszechnie znane i te które wyciągnął z mroków dziejów miłośników książek.
Czy wiedzieliście, że w 1733 roku niejaki J. Underwood życzył sobie pochówku z jego ulubionymi książkami? A C. Calcagninus zapisał swoją bibliotekę miastu ale zaznaczył, że pragnie być pochowany w sali bibliotecznej. I tak się stało. A bibliofil J. Bgford zbierał same karty tytułowe, wydzierając je z książek… A…. I można by tak te ciekawostki, nie tylko bibliofilskie, mnożyć. Co prawda w drugiej części książki autor za bardzo koncentruje się na streszczaniu najbardziej absurdalnych wg niego płodów ludzkich (np. „Leksykon chorągiewek na dachu” – czyli postaci historycznych, które bardzo często zmieniały swoje poglądy polityczne) co staje się ciut monotonne. Ale i tak warto tą książkę przeczytać. Najbardziej powaliły mnie na kolana inskrypcje, które życzyli sobie księgarze na swoich nagrobkach. Oto przykład:
Zatrzymaj się wędrowcze, stań i posłuchaj
Pewien sławny księgarz spoczywa tutaj.
Księga jego życia już się zamknęła,
Na marmurze widzisz spis treści dzieła.
Umierając wiarę miał w sercu świętą
W tę oto księgę życia do grobu wziętą.
Ufał wszak, że będzie jej przeznaczona
Edycja poprawiona i wzbogacona.

Metafora życia jako księgi osiągnęła apogeum.

piątek, 5 lutego 2010

Pierre Boulle "Fotograf"

Powieść autora książki „Most na rzecze Kwai”. Powieść taka sobie, przeciętna, ale jednocześnie dająca bardzo mocno do myślenia. Główną bohater jest fotografikiem, który najlepszy czas (i zdjęcia) ma już za sobą. Zarabia robiąc fotki pustym i głupiutkim laskom marzącym o karierze, nie stać go już na inne działanie – jako inwalidy wojennego, po jednej z wojen, w której uczestniczył w charakterze fotoreportera. Mimo tego nadal marzy aby zrobić jeszcze zdjęcie, którym zachwyci się świat, i które w dostarczy mu poklasku. No i nadarza się okazja. Jego najlepszy przyjaciel jest w ochronie nienawidzonego przez obywateli prezydenta państwa. Dziwny zbieg okoliczności powoduje, że fotograf demaskuje dwójkę ludzi, którzy szykują zamach na głowę państwa. Kobieta – chcąca wyłudzić od niego informacje przekazywane mu przez ochroniarza prezydenta (a przyjaciel mówi mu o tym, gdzie przebywa i co robi prezydent aby ułatwić mu zrobienie unikalnego zdjęcia z głową państwa w roli głównej) zostaje jego kochanką. Początkowo fotograf chce zgłosić sprawę na policję, potem jednak zmienia zdanie. Zaczyna kierować dwojgiem zamachowców tak, by robili wszystko według jego scenariusza i aby mógł zrobić najlepsze zdjęcie… zastrzelonego prezydenta. No i okazja się nadarza, pada strzał i… Zdjęcie zostaje zrobione, ale nie wszystko przebiega zgodnie ze scenariuszem. Ostatnia strona powieści - słabej i z tak niewielkim stopniem realizmu i prawdopodobieństwa zdarzeń, że aż śmiesznej - powoduje, że ta taka sobie powieść nagle zyskuje na znaczeniu, staje się jakimś współczesnym moralitetem, brak prawdopodobieństwa przestaje przeszkadzać.
Według informacji ze skrzydełka okładki: „fikcyjna i sensacyjna fabuła służy autorowi do odmalowania psychologicznego portretu człowieka opętanego pasją zawodową”. Pozwalam sobie nie zgodzić się skromnie. Jest to raczej egzemplum tego co może się stać jeśli dla potrzeby poklasku i sławy odrzucimy normy moralne.
Powieść coraz bardziej i boleśniej aktualna – tego autor pewnie nie przewidział. Gdyby komuś przyszła ochota odkopać i przeczytać tego starocia, zachęcam do sprawdzenia dlaczego.