niedziela, 14 lutego 2010

Aleksander Jurewicz "Pan Bóg nie słyszy głuchych"

Bardzo długo czytałam tą krótką, bo zamykającą się w niecałych stu stronach, opowieść. Nie nadaje się ona zupełnie do czytania szybkiego i „przy okazji”.
Bohaterem książki jest dziadek – repatriant z Białorusi (co autor wspaniale oddaje w warstwie dialogowej), który przechowuje woreczek z białoruską ziemią i zbiera zegary z kukułką. Kompletnie nie może odnaleźć się w wielkiej Łodzi. W dodatku jakby po złości zakwaterowano go w kamienicy przy ul. Głuchej, a dziadek jest niedosłyszący. Kłóci się więc z urzędnikami o zmianę upokarzającej go nazwy. Jego sylwetkę opisuje nam – z pespektywy lat, wnuczek, który przyjechał do dziadka na wakacje. W opowieści tej nic w zasadzie ważnego się nie dzieje. Owszem, pod kołami tramwaju ginie tragicznie sprzedawca – pan Seriożka, a bohaterowie idą po pogrzebie na zakrapianą alkoholem stypę, która owocuje podczas nocnego zeń powrotu… potajemnym zdjęciem z kamienicy nazwy ulicy. Ale to wszystko jest jakby tłem dla wspaniałego, poetyckiego opisu tego swoistego i jedynego w swoim rodzaju mikroświata domu dziadka i kamienicy oraz w ogóle Łodzi. Piękne, troszkę za bardzo Schulzowkie porównania, wspaniała proza poetycka. Jeśli ktoś zachwyca się Schulzem, to zachwyci się i tą, troszkę smutną
i tkliwą opowiastką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz