wtorek, 30 marca 2010

Wojciech Widłak "Sekretne życie Krasnali w Wielkich Kapeluszach"

Ależ cacko! Trudno zgodzić się ze stwierdzeniem, że to książka dla dzieci, chyba że na takiej samej zasadzie jak „Bajki filozoficzne”. Trudno też powiedzieć, czy dziecięcego czytelnika zainteresuje, ale dorosłego na pewno. Ta cieniusieńka książeczka to kilkanaście krótkich opowiadań-charakterystyk tytułowych Krasnali. A co jedno to lepsze i mądrzejsze. Co jedno, to kolejne lustro, w którym możemy się odbijać do woli, bo to przecież książka o każdym z nas. Trudno pisać o tej uroczej książeczce, trzeba jej doświadczyć, trzeba poczuć to ciepło i tą wyrozumiałość autora w stosunku do naszej pokręconej ludzkiej natury.
Do tego książeczka cudownie wydana, okładka wystylizowana na starą, przetartą książkę, w środku dwukolorowe, trochę „kanciaste” ale urocze ilustracje. Polecam z całego "krasnalego" serduszka!

sobota, 27 marca 2010

Piotr Paziński "Pensjonat"

Rzeczywiście udany debiut. Kolejna dobra, zdrowa, świeża proza (bardzo podoba mi się określenie świeża proza, zasłyszane na jakimś spotkaniu autorskim a dobrze oddająca te typy prozy garściami czerpiące z najlepszych wzorców). Widać tu inspirację Schulzem, echa Stryjkowskiego, jakąś refleksyjność Myśliwskiego ale czerpać z nich i czerpać z takim skutkiem to przecież wielka sztuka.
Bohater historii po wraca „po latach” – choć jako młody jeszcze człowiek, do żydowskiego pensjonatu, gdzie przyjeżdżał z babcią będąc jeszcze dzieckiem i zostawiając tam najlepsze wspomnienie dzieciństwa. Próbuje rozpoznać stare kąty, próbuje przywołać starych ludzi. Pomagają mu w tym ci, którzy jeszcze żyją i przyjeżdżają do domu wypoczynkowego – teraz upadłego i prawie zapomnianego. Zaczyna się wielkie rozliczenie z pamięcią, historią. Żydzi, którzy ocaleli z pogromu wojny i nie pomarli przez te lata, toczą odwieczne spory, którym przysłuchuje się bohater (wspaniała stylizacja językowa), pani Tecia otwiera pudełko z fotografiami (krótki traktacik o istocie fotografii) itp…
Książka Pazińskiego to powiastka o przemijaniu i o pamięci. A przy tym dobra proza poetycka. Warto.


niedziela, 21 marca 2010

George Sand "Dzieje mojego życia"

Dlaczego wzięłam się do czytania „Dziejów mojego życia” George Sand, chyba tłumaczyć nie muszę. Odpowiedź jest oczywista… z ciekawości, jakie sensacje i skandale obyczajowe pisarka utrwaliła w swoich wspomnieniach. Jakże się rozczarowałam! Żadnych sensacji i żadnych skandali nie znalazłam, znalazłam natomiast jeden z najpiękniejszych (jeśli nie najpiękniejszy) w literaturze pamiętnikarskiej i wspomnieniowej, portret dzieciństwa… Dzieciństwo i okres bardzo wczesnej młodości zajmują 2/3 książki. Sand przypomina tak wiele faktów z tego najdalszego dzieciństwa, że aż ogarnia mnie zdziwienie, że pamięć ludzka mogła je utrwalić! Do tego „między wierszami” przechowała dla nas w swoich wspomnieniach wdzięczny obrazek Francji początków XIX wieku, kiedy z miejsca a do miejsca b jechało się powozem, a podróż trwała kilka dni, kiedy panienki oddawano na wychowanie do klasztorów, gdzie nie narzekały na luksusy, kiedy mieszkano w pięknych pałacach z ogrodami itp. obyczajowo-geograficzne niuanse.
Ta 1/3 książki, która pozostała jest już toporna i niezrozumiała, kreśli bowiem Sand portrety ludzi zupełnie nam nieznanych, do tego wszystko to jakoś po łebkach a w warstwie językowej irytująco i rozwlekle. Szopenowi poświęca w zasadzie jeden rozdział. Być może wynika to z faktu, że „Dzieje mojego życia” jest jedynie wybór zapisków, ale i tak pozostaje nieodparte wrażenie, że wszystko co działo się po sielskim i (może wcale nie do końca) anielskim dzieciństwie, nie miało już tak doniosłego znaczenia. A przecież miało!
Mimo podniosłego, rozwlekłego stylu i topornego jak diabli przekładu warto zatopić się w to sielskie-nieanielskie dzieciństwo. Nie żałuję lektury!

wtorek, 16 marca 2010

Penelope Lively "Fotografia"

Dobra książka. Bardzo dobra. Taka, że nie umiem o niej napisać bo chyba cokolwiek napiszę, niemiłosiernie ją uproszczę. Spróbuję.
W warstwie fabularnej: Glyn – nauczyciel akademicki całkowicie pochłonięty pracą, znajduje przez przypadek zdjęcie, na którym rozpoznaje zmarłą żonę w niedwuznacznej sytuacji z mężem jej siostry. To odkrycie wywraca jego życie do góry nogami. Z uporem maniaka próbuje dowiedzieć się czy był zdradzany i ile razy. Analizuje fotografię, analizuje przeszłość. Ale fotografia wywraca także do góry nogami życie kilku innych osób.
Fabuła jako taka ale przy jej okazji przeprowadzona wspaniała analiza psychologiczna naprawdę dobrze skrojonych bohaterów.
W warstwie formalnej: historia opowiedziana jest z perspektywy tych kilku bohaterów, którym fotografia mąci w życiu. Poszczególne rozdziały zatytułowane są ich imionami.
Ujawnienie zdjęcia działa jak domino. To też traktat o przeszłości ale i o postrzeganiu innych ludzi. Nieżyjąca już żona bohatera jak w kalejdoskopie zaczyna pojawiać się w myślach innych bohaterów ale każdy zna o niej inną - swoją prawdę. W finale tylko jedna osoba uderza w sedno…
POLECAM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

piątek, 12 marca 2010

Janusz Świtaj "12 oddechów na minutę"

Bardzo poruszająca lektura i bardzo ważny dokument. Spowiedź z życia napisana przez sparaliżowanego, przykutego do łóżka młodego mężczyznę, o którym zapewne słyszeliście.
Nasuwa się mimowolne porównanie z ksiązką „Skafander i motyl” – ale w praktyce są one drastycznie różne. „Skafander…” to oprócz niesamowitej historii także naprawdę dobry kawałek prozy, prozy bardzo poetyckiej. Książka Świtaja to przede wszystkim świadectwo, dokument. Bardzo przemyślany, dobrze rozplanowany, pozostawiający ogromne wrażenie. Z jednej strony podczas lektury dziękowałam Bogu, że mam sprawne ręce i nogi, że mogę chodzić itd…, jest to więc książka niejako „ku przestrodze”, ale z drugiej wyłania się z niej portret po prostu strasznie fajnego chłopaka, który udźwignął tak ogromny bagaż. Aż chciałoby się po poznać i porozmawiać.
Książka napisana jest fajnym, trafiającym do każdego czytelnika językiem, z poczuciem humoru (tak!) i dystansem tam gdzie to wskazane. To musi być naprawdę fajny facet!!!!
No i portret rodziców, świadectwo największego heroizmu i największej miłości.

czwartek, 11 marca 2010

Margery Williams "Aksamitny królik"

Lektura na pół godziny, a może na całe życie. Bo jak się ją przeczyta, to jeszcze długo delektuje się ciepłem tej króciutkiej powiastki dla dzieci – w Polsce zupełnie nieznanej i wydanej w tym roku po raz pierwszy. Może więc być o niej głośno.
To wzruszająca historia zabawkowego królika. Niby bardzo szablonowa – ożywione zabawki to przecież postaci mocno wyeksploatowane w literaturze dla dzieci. Ale w tej historii kryje się przecudna filozofia – i to nie tylko dla dziecka, może przede wszystkim dla dorosłego. Uwielbiam takie książki dla dzieci „z filozofią w tle”. Uwielbiam to „drugie dno” literatury dziecięcej. Uwielbiam te terapeutyczne opowieści, które aż proszą się o analizy wszelkiego rodzaju.
Książka o wielkiej, rażącej sile miłości i akceptacji. O roli tożsamości. Dodatkowo wspaniałe ilustracje, piękne ciepłe wydanie. Warto!

sobota, 6 marca 2010

Jostein Gaarder "Przepowiednia Dżokera"

To już druga – po „Magicznej bibliotece Bibbi Bokken” – książka Gaardera, którą jestem po prostu zachwycona. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że czas na lekturę „Świata Zofii”.
Ale zacznę od tego, że choć książka jest wpisana w kanon literatury dziecięcej i młodzieżowej, ja bym jej dziecku nie poleciła, nawet takiemu z wyrobionymi nawykami czytelniczymi. Poleciłabym ją natomiast każdemu dorosłemu…
Fabuła powieści jest trudna i zawiła. Akcja książki dzieje się jakby dwutorowo – co graficznie wyodrębnione jest rodzajem czcionki. Główny bohater – chłopiec o imieniu Hans Thomas – jedzie ze swoim ojcem do Aten, odnaleźć matkę, która opuściła dawno temu rodzinę na rzecz kariery. Opis ich podróży, rozmowy z ojcem „filozofem” oraz bardzo „realny” problem dziecka (ojciec ciągle popija w przerwach i ma zadatki na alkoholika) przeplata się z historią zapisaną w maleńkiej książeczce, którą chłopiec dostał zapieczoną w bułeczce od pewnego piekarza i którą czyta po kryjomu. Losy opisane w książce i losy chłopca zaczynają być do siebie niepokojąco podobne aby w finale spleść się ze sobą zupełnie. Nawet nie próbuję podjąć się streszczenia bułeczkowej książeczki, bo historia w niej opisana jest tak skomplikowana i wydumana, że byłoby to niezmiernie trudne zadanie. Zdradzę tylko, że głównymi jej bohaterami są… ożywione karty do gry a towarzyszy jej wspaniała filozofia. Autor dostrzega uderzające podobieństwo między losem ludzkim a grą w karty. Świat jako gra w karty, świat jako czarodziejska sztuczka i ludzie, jako karty do gry, przypadkowo potasowane. No i Dżoker, jedyna karta nie pasująca do talii, bezpańska – jako człowiek odmieniec, który widzi więcej i ma większą świadomość swojego istnienia. Autor nawołuje do ciągłego, nieustannego zadziwienia tą czarodziejską sztuczką - światem. Naprawdę dobra książka. I wspaniała filozofia.

czwartek, 4 marca 2010

Mirosław Prandota "Cienie Starego Miasta"

Odkopałam tego starocia bo dowiedziałam się, że powieść osadzona jest w realiach powojennego Lublina. I rzeczywiście: podzamcze, Restauracja Czarcia Łapa, ciemne zaułki Starego Miasta. No i z jednej strony studenci medycyny, z drugiej grasujący na Starówce gang, gwałcący dziewczyny i bijący wszystko, co napotka na swojej drodze. I splatające obie grupy okoliczności. Książka napisana z humorem (szczególnie w warstwie dialogowej ale i konstrukcji niektórych postaci, np. groteskowym do bólu żebraku Januarym) ale jednocześnie uderzająca brutalnością i dosłownością. Postaci natomiast skonstruowane bez jakiegoś większego pogłębienia psychologicznego a historia bez porywającego morału A szkoda.
Nie mogę nic znaleźć na temat tej książki np. czy opisane w niej wydarzenia są prawdziwe. Na pewno warto ją przeczytać dla samego tła – lubelskiej starówki, która zdaje się być drugoplanowym bohaterem.

poniedziałek, 1 marca 2010

Roma Ligocka "Znajoma z lustra"

Bardzo mi się to pisarstwo Ligockiej podoba. Choć „Znajoma z lustra” jest pierwszą tej autorki książką, po którą sięgnęłam, wydaje mi się, że prędzej czy później przeczytam kolejną.
„Znajoma z lustra” utkana jest z kilkudziesięciu krótkich wypowiedzi, refleksji – dobrze spuentowanych felietonów, których rozpiętość tematyczna jest ogromna. Mimo, że czytało mi się je przyjemnie i szybko, to jednak siedziały we mnie potem bardzo długo i zmuszały do przemyśleń. Bo jest w tych tekstach jakaś niesamowita, choć bardzo prosta mądrość życiowa, jakaś specyficzna, choć trudna afirmacja życia ale i dojrzały do niego dystans. Do niektórych fragmentów mam potrzebę wrócić po raz drugi – a takie powroty zdarzają mi się niezmiernie rzadko. Bardzo mądra pisarka, bardzo mądra książka.