niedziela, 21 marca 2010

George Sand "Dzieje mojego życia"

Dlaczego wzięłam się do czytania „Dziejów mojego życia” George Sand, chyba tłumaczyć nie muszę. Odpowiedź jest oczywista… z ciekawości, jakie sensacje i skandale obyczajowe pisarka utrwaliła w swoich wspomnieniach. Jakże się rozczarowałam! Żadnych sensacji i żadnych skandali nie znalazłam, znalazłam natomiast jeden z najpiękniejszych (jeśli nie najpiękniejszy) w literaturze pamiętnikarskiej i wspomnieniowej, portret dzieciństwa… Dzieciństwo i okres bardzo wczesnej młodości zajmują 2/3 książki. Sand przypomina tak wiele faktów z tego najdalszego dzieciństwa, że aż ogarnia mnie zdziwienie, że pamięć ludzka mogła je utrwalić! Do tego „między wierszami” przechowała dla nas w swoich wspomnieniach wdzięczny obrazek Francji początków XIX wieku, kiedy z miejsca a do miejsca b jechało się powozem, a podróż trwała kilka dni, kiedy panienki oddawano na wychowanie do klasztorów, gdzie nie narzekały na luksusy, kiedy mieszkano w pięknych pałacach z ogrodami itp. obyczajowo-geograficzne niuanse.
Ta 1/3 książki, która pozostała jest już toporna i niezrozumiała, kreśli bowiem Sand portrety ludzi zupełnie nam nieznanych, do tego wszystko to jakoś po łebkach a w warstwie językowej irytująco i rozwlekle. Szopenowi poświęca w zasadzie jeden rozdział. Być może wynika to z faktu, że „Dzieje mojego życia” jest jedynie wybór zapisków, ale i tak pozostaje nieodparte wrażenie, że wszystko co działo się po sielskim i (może wcale nie do końca) anielskim dzieciństwie, nie miało już tak doniosłego znaczenia. A przecież miało!
Mimo podniosłego, rozwlekłego stylu i topornego jak diabli przekładu warto zatopić się w to sielskie-nieanielskie dzieciństwo. Nie żałuję lektury!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz