sobota, 29 maja 2010

z serii obiekty biblioteczne 1

Zawsze gdy jestem w obcym mieście staram się "podejrzeć" tamtejszą bibliotekę. Pomyślałam, że będę dzielić się z Wami zdjęciami najciekawszych z zewnątrz obiektów bibliotecznych (w środku niezręcznie robić foty). Na pierwszy ogień gmach Biblioteki Pedagogicznej w Lipsku o bardzo nietypowej budowie i zupełnie nietypowej dla "świątyni książki" kolorystyce. W środku jest równie nowocześnie i przytulnie jednocześnie. No i warto dodać, że Biblioteka znajduje się na ul. Bibliotecznej.

piątek, 28 maja 2010

Jan Gebethner "Młodość wydawcy"

„Cywilizacja ma dwa przeciwne bieguny. Jednym z ich jest szynk a drugim księgarnia”

Wspomnienia Jana Gebethnera – syna założyciela legendarnej księgarni i wydawnictwa, wygrzebałam z zakurzonych półek bibliotecznych. A wygrzebałam bo fascynuje mnie ten okres w historii książki, kiedy księgarz był jednocześnie wydawcą i kiedy jako wydawca kształtował całkowicie rynek książki a i był prowodyrem wielu dzieł literatury.
Sęk w tym, że o samej księgarni ojca autor pisze naprawdę bardzo niewiele, koncentruje się bowiem całkowicie na swoich młodzieńczych i studenckich losach. Księgarnia i księgarstwo do którego jest przyuczany, pozostają w cieniu tych wspomnień. I tym bardzo się zawiodłam, bo sam tytuł wspomnień zapowiada co innego. W dodatku wspomnienia te urywają się na 1918 roku, więc o wojennych losach księgarni nie dowidziałam się i tak. Dowiedziałam się za to wielu innych rzeczy, zupełnie „nieksięgarskich”. Wspomnienia te – w wielu momentach co prawda nieludzko nudne i rozwlekłe – są wspaniałą, bogatą panoramą Warszawy początku XX wieku na szerokim tle socjologiczno-historycznym. Do tego autor utrwala wspaniały, barwny świat studentów krakowskich i warszawskich. Dlatego też poleciłabym tę książkę bardziej historykowi niż czytelnikowi zainteresowanemu historią księgarstwa.

niedziela, 23 maja 2010

Stephenie Meyer "Zmierzch"

W bibliotece nie ma dnia, żeby ktoś nie zapytał o ten tytuł, a czytelnicy zgłaszają niedowierzanie, gdy informuję ich, że nie czytałam. No więc przeczytałam, choć ze strony na stronę rosła moja rozpacz. Jest tyle wspaniałych, zapierających dech powieści a czytelnicy – od najmłodszych do starszych - zaczytują się w tej nędznej powieścinie! Nędznej i niebezpiecznej. Książka zawiera w sobie ukryty program – starannie i konsekwentnie burzy system wartości. Bella – zwykła nastolatka, w dodatku w sytuacji zagubienia (nowa szkoła, rozwód rodziców) nagle poznaje najpiękniejszego chłopaka w szkole. Sytuacja wzorcowa dla nastolatek, których masa utożsami się z bohaterką. Chłopak okazuje się wampirem ale przecież to nic, bo Bella jest zakochana, to najważniejsze. Może ranić ojca, balansować na granicy życia a wreszcie złożyć deklaracje, że chce porzucić to życie bo jest zakochana! Stan zakochania usprawiedliwia w tej powieści wszystko. Jakże łatwo i niebezpiecznie przerzucić tą sytuację na rzeczywiste życie młodej nastolatki… Totalne odwrócenie wartości, ludzie są źli, nędzni i brzydcy, wampiry piękne i dobre! No i najważniejszy – kult piękna i młodości – konsekwentnie wykładany na każdej stronie a stronic tych nie malo!
Autorka książki bazuje na naszych ukrytych tęsknotach i marzeniach (bo i któż nie marzy o takim Edwardzie-supermenie, która z nas ni chciałaby takiej szalonej miłości) a to z jej strony bardzo nieładnie.
Poza tym taka nędzna fabuła – jak z taniego horroru. Momentami nielogiczna, do bólu przewidywalna. Absurdalne dialogi, uboga leksyka (w opisach Edwarda – boskiej urody wilkołaka - tak naprawdę ciągle przeplatają się te same określenia i całe frazy, autorka przekładu zdecydowanie nadużywa też słowa „prycha” – nie denerwowało Was to?)
Nie no, to straszne czym karmią się dzisiejsze nastolatki. Brak słów. Gdyby nie minimalne „egzystencjalne” pogłębienie tej całej absurdalnej historii (jedna z ostatnich rozmów głównych bohaterów gdy Edward pyta Bellę czy naprawdę chce zostać potworem i nie doświadczyć dorosłości i uświadamia jej, że sam jest niewolnikiem swojego stanu) popadłabym w czarną czytelniczą rozpacz.

sobota, 15 maja 2010

Warszawskie Targi Książki

No i stało się to o czym marzyłam i o czym pisałam przy okazji ostatniej lekury książki Romy Ligockiej. Poznałam autorkę. Gdy dowiedziałam się, że będzie obecna na Warszawskich Targach Książki w ułamku sekundy zmodyfikowałam swoje plany - a był nimi udział w Targach za tydzień. Zdjęcie rozmyte, ale jest wpis w książce, wymiana ciepłych słów i wspomienie.
Poza tym klika innych serdecznych spotkań, choć Warszawkie Targi znacznie skromniejsze niż Międzynarodowe i ilością stoisk, i spotkań. Atmosfera serdeczności jednak taka sama a rozmowy w kolejkach po dedykacje równie ciekawe.
Ciekawa jestem z iloma blogowczami mijałam się dzisiaj?

wtorek, 11 maja 2010

Leon Xiąże Sapieha "Lasy Ituri"

Na początku kilka faktów historycznych, bo przy tej pozycji inaczej być nie może.
Książe Leon Spieha odbył w 1927 roku długą i żmudną podróż do Afryki. Celem jej były… kły słonia, których przywiózł do Polski sztuk 16 – bo na odstrzał ośmiu słoni dostał pozwolenie.
Książka będąca zapisem owej podróży, została wydana w 1929 roku u Gebethnera i Wolffa a wydrukowana w Drukarni Anczyca w Krakowie. Podobno egzemplarze jej są już prawie nieosiągalne. Nieco lepiej ma się sprawa z reprintem wydawnictwa z 2006 roku, wiernie odtwarzającym oryginał a dostępnym w księgarni Zamku w Krasiczynie. Gdy przewodnik oprowadzający wycieczkę wspomniał o książce – zapałałam do niej niezdrową bibliofilską namiętnością a gdy zobaczyłam, że reprint wydany jest w twardej oprawie, w formacie A4, na kredowym papierze z dobrą jakością ponad stu fotografii z podróży, w dodatku cena przedstawia się śmiesznie nisko, bibliofilska namiętność przezwyciężyła. Wtedy jednak sądziłam, że mam przed sobą przede wszystkim ciekawostkę, po lekturze moja radość z zakupu wzrosła podwójnie. Ta przeciekawa relacja z podróży nie pozbawiona jest walorów literackich, stara ortografia i leksyka sprawiają, że czyta się to wspaniale. Sapieha zostawia obraz Afryki której już nie ma – Afryki nie pooranej jeszcze śladami automobili (choć drogi już budowane a samochodów coraz więcej w europejskich koloniach) – cały dobytek i sami podróżni przedzierali się przez Afrykę na ramionach murzynów w karawanie, filmując kinematografem. Przeciekawe są relacje o zwyczajach i naturze afrykańskich ludów – choć nie pogłębione antropologicznie. Murzyni opisywani są przedmiotowo – z typowym eurocentryzmem białego człowieka, ale przy tym barwnie i niejednokrotnie humorystycznie:
„Całą ludność wita nas uprzejmie, a małe murzynki, jak czarne bobki po wsi rozsiane, wykrzykują pozdrowienia i ostro salutują”

Mogę powiedzieć, że przez dwa dni byłam z księciem Sapiehą w Afryce, że przemierzałam w pocie czoła lasy Ituri, że podróż to była fascynująca i wielka szkoda, że musiała skończyć się z ostatnią kartą…


sobota, 8 maja 2010

Zbigniew Kruszyński "Ostatni raport"

Nie jestem najmocniejsza w tej problematyce – raczej unikam nawet literatury rozliczającej powojenną Polskę, zrobiłam jednak wyjątek i przeczytałam „Ostatni raport” na spotkanie z autorem. I nie żałuję, choć łatwo nie było.
Główne bohater, student polonistyki, mający manię notowania, jest jednocześnie donosicielem, namiętnie piszącym raporty dla Służby Bezpieczeństwa, jak i aktywnym członkiem Solidarności. Lawiruje zręcznie między jednym a drugim światem do czasu aż dochodzi do niego że:
„Jedna strona musi zdobyć przewagę, żeby się ruszyło, koło zamachowe się zakleszcza w pozycji równowagi.”
i składa donos na samego siebie.
Podoba mi się konstrukcja głównego bohatera. Autor w zasadzie przemilcza pobudki jego działania, prowokując tym samym dyskusję o moralności i wartościach w ówczesnej rzeczywistości. Jest to jednak z całą pewnością kolejny literacki „odmieniec”. Jest to też człowiek uwięziony w trybach peerelowskiej rzeczywistości, jej absurdalny wytwór. Tą straszną rzeczywistość wspaniale oddaje język. Składnia, jakby na granicy poprawności, zawiła, zdania pełne aluzji i dygresji, gorzkiego humoru i trafnych sformułowań. Dla samego języka warto sięgnąć po powieść.

niedziela, 2 maja 2010

Katarzyna Ryrych "Siedem sowich piór"


Kolejny bardzo dobry terapeutyczny tekst. Coraz więcej na rynku wydawniczym takich odważnych propozycji. Można powiedzieć, że to polski odpowiednik „Oskara i Pani Róży” choć utwory te łączy jedynie tematyka – odważne stadium choroby dziecka, i narrator – dziecko przebywające na oddziale Trudnych Przypadków. Chłopczyk Wojtek pisze zresztą na początku, że wśród jego szpitalnych lektur była książka o Oskarze:
„Ta o Oskarze chyba najbardziej mi się podobała, bo miejscami była śmieszna i często myślałem sobie, że byłoby fajnie, gdyby na nasz oddział przyszła Pani Róża… Na sali jest nas czworo, a tym trojgu Pani Róża przydałaby się na pewno. Bo ja – mam Dziadka.”
I to w zasadzie wyczerpuje podobieństwa obu tekstów, różni je zaś przede wszystkim forma (tam listy – tu forma pamiętnika) i finał (tam śmierć, tu życie, choć dziecięcej śmierci i w „Siedmiu sowich piórach” nie brakuje), no i przede wszystkim pierwiastek magiczny, który „napędza” fabułę. Wojtek oswaja dziecięcą wyobraźnią szpitalną rzeczywistość. Wyobraża sobie zmarłego Dziadka w postaci sowy, która przylatuje do niego i z którą podróżuje nocami nad miastem, spełniając dobre uczynki i „porządkując” rzeczywistość. Najciekawsze jest to, że choć wszystkie to podróże powstają w wyobraźni chłopca, to jednak każda z nich ma jakieś racjonalne wytłumaczenie. Jak to się dzieje, przeczytajcie sami. Bo warto. Choć to temat trudny, bo choroba i śmierć dziecka, bo oddziały dziecięce chorych na raka - to tematy bolesne i tematy tabu, z którymi jednak musimy sobie poradzić i książka Katarzyny Ryrych bardzo w tym pomaga. Mówi o śmierci dziecka z zadziwiającą odwagą, dużo w niej mądrej i przemyślanej symboliki, dużo zachwytu nad światem.
W formie edytorskiej jest to również bardzo ciekawe wydawnictwo. Po otworzeniu widzimy jakby wklejony w okładkę bloczek stron przewiązanych dwoma gumkami – jak prawdziwy pamiętnik. Także warstwa ilustracyjna jest interesująca, utrzymane w zieleni, stylowe, geometryczne ilustracje.