środa, 29 września 2010

Danuta Parlak "Pan Mruczek i mysia rodzinka"



Ta niepozorna książeczka to prawdziwe edytorskie cacko!
Wpadła mi w oko w dziecięcym dziale i to nie tylko dlatego, że zaczyna się tak:
„Z dziada pradziada, z myszy pramyszy, Antykwariat pod numerem 5 przy jednej z ulic prowadzących do rynku zamieszkiwała Mysia Rodzina. Kolejne mysie pokolenia wiodły żywot wśród stosów książek, starych map i roczników czasopism, z zapałem wgryzając się w mniej lub bardziej opasłe tomy”.
Książka zainteresowała mnie główne dlatego, że jest cudnie ilustrowana – począwszy od pierwszej ilustracji, na której grzbiety stojących książek są jednocześnie frontami domów. Tu ważna informacja dla bibliofilów: motyw ksiązki występuje na ilustracjach kilkakrotnie!!!!!
A cudne kolażowe ilustracje (autorka wykorzystuje rysunek, fotografię, faktury przedmiotów) są ciepłe i bogate w szczegóły.
Historia mysiej rodzinki opowiedziana jest zaś z humorem i „podwójnym dnem”. Jakże łatwo bowiem przełożyć na współczesne warunki to spotkanie antykwarycznych myszy – strażniczek tradycji z zachłyśniętymi konsumpcjonizmem myszami z supermarketuJ Tak czy siak dzieci niczego przekładać nie będą, będą za to cieszyć się wspaniałymi ilustracjami. Bibliofile – z wymienionego powyżej powodu też, dlatego polecam!

czwartek, 23 września 2010

Hanna Kowalewska "Góra śpiących węży"

Druga część książki „Tego lata, w Zawrociu”. Równie co część pierwsza –genialna. Już dawno nie znalazłam w polskiej literaturze współczesnej takiej perły jak ten cykl. Jak dobrze, że są kolejne dwie części i jeszcze długie wieczory pobędę w mrocznym świecie Matyldy.
A, uwierzcie mi, jest mroczny…
Autorka wciąga czytelnika w kolejne rodzinne tajemnice. Rozwija wątek pochodzenia ojca Matyldy – historia rodziny Malinowskich, choć nieco wymuszona, porusza czytelnika. Kowalewska opisuje też intrygi w zawodowym życiu Matyldy – wprowadzając tym samym dyskurs o teatrze (genialna postać teatralizującego życie Kostka). Powieść czyta się jak znakomity kryminał, choć w drugiej części wyczułam jakąś dziwną sztuczność. Za dużo rzeczy dzieje się na raz, za dużo jest zbiegów okoliczności aby móc uwierzyć w prawdopodobieństwo podobnych wydarzeń, ta sztuczność nie zmienia jednak ogólnego odbioru książki.
I o dziwo w świecie Matyldy chce się być, mimo, że jest mroczny i gorzki. Wspaniałe konstrukcje postaci, żywe, sugestywne. Niespotykanie dokładna wiwisekcja życia, analiza funkcjonowania rodziny, mechanizmów psychologicznych. Do tego kunsztowna budowa, odważnie puentowane rozdziały.
Książka dla odważnych, którzy nie boją się odnaleźć w niej własnych kompleksów, książka niepokojąca i drażniąca jednocześnie. A ja takie lubię bo i po to jest literatura.

niedziela, 19 września 2010

Łukasz Gołębiewski "E ksiazka/book. Szerokopasmowa kultura"

„Świat, o którym piszę, będzie światem bez księgarń i bez drukarni.”

No właśnie. A takiego świata miłośnicy książek raczej nie potrafiliby zaakceptować.

Dlatego lektura książki Gołębiewskiego niepokoi i frustruje. Niepokoi bo jest wielce prawdopodobne, że jego wizja potwierdzi się w jakimś stopniu. Frustruje bo jest jej tak okrutnie pewien. W tym obszernym eseju autor rozprawia nad śmiercią kultury w aspekcie materialnym i o rychłym i całkowitym jej zwirtualizowaniu. Jest pewny, że książka papierowa przestanie mieć rację bytu, a tym samym stracą go bibliotekarze i księgarze. Podaje wiele ku temu argumentów, nie tylko socjologicznych ale ekonomicznych. Podaje też przykłady rozwiązania problemów prawa autorskiego. No właśnie, te mocno okraszone cytatami innych badaczy wpływu nowych technologii na cywilizację i kulturę argumenty są bardzo logiczne. Chociaż… Już od dłuższego czasu ogłasza się śmierć papieru i jakoś ma się on zupełnie dobrze. Książkę czytałam w pociągu, kiedy wysiadłam w Warszawie i wjechałam schodami na górę, najpierw zobaczyłam dużą księgarnie i odetchnęłam z ulgą. Moja biblioteka rozbudowuje się a książki wychodzą z wydawnictw w ilościach tak dużych jak nigdy dotąd. I dlatego, panie Gołębiewski, nie wierzę, że wypuszczenie czytnika e-booków za złotówkę jak telefon komórkowy będzie kresem materialnym kultury. Nie wierzę! Z prostej przyczyny. Papier pozwala na najlepszą percepcję tekstu. I już. Nawet pan, panie Gołębiewski, waha się w pewnym momencie, rozmyślając co będzie z wydawnictwami albumowymi czy książkami dla dzieci. Wymieniając wady szerokopasmowej kultury pisze:

„brak materialnej postaci książki odziera ją z „magii” i takich jej cech estetycznych ( i fizycznych) jak: dobór papieru, oprawy, szycia, klejenia, zapachu, ciężaru”

Nie docenia Pan tej „wady”. Czy zaspokoimy się oglądaniem wirtualnej reprodukcji dzieł światowego malarstwa, choćby nie wiem jak wiernej i atrakcyjnej, jeśli za rogiem mamy Muzeum w Luwrze i możemy je obejrzeć „na żywo”? To samo jest z książką. Nikt dobrowolnie nie zrezygnuje z jej „magii”. Książka sama w sobie jest dziełem sztuki. Swoją drogą dopiero podczas lektury eseju zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem przywiązana do książki jako przedmiotu, nie tylko nośnika informacji. Dopóki będziemy pielęgnować w sobie to przywiązanie, dopóty biblioteki stać będą spokojnie a wizje Gołębiewskiego się nie spełnią.



niedziela, 12 września 2010

znalezione w książce

Tym razem nie w bibliotecznej ani z antykwariatu ale na targu staroci. Przepiękna pieczęć własnościowa - stylizowana na ręczne pismo. Nie widziałam jeszcze takiej.

wtorek, 7 września 2010

"Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej"

O książce czytałam na jednym z czytelniczych blogów i zachorowałam na nią dość ciężko ale dopiero teraz zdobyłam. Warto było poszukiwać jej w bibliotekach. „Książki i ludzie” to zapis rozmów, które autorka przeprowadziła z ludźmi kultury: pisarzami, malarzami, aktorami, naukowcami. Łopieńska odważnie i szczegółowo wyspowiadała swoich rozmówców z ich bibliotek i upodobań czytelniczych. Uwielbiam czytać o prywatnych księgozbiorach, ich losach ale też o indywidualnych upodobaniach czytelniczych. Przy lekturze tych wywiadów moja ciekawość została zaspokojona. Chociaż muszę przyznać, że dominującym uczuciem w trakcie lektury było… zaskoczenie. Naprawdę ci, których posądzalibyśmy o wielkie przywiązanie do książek, wykazywali wobec nich bardzo chłodne podejście i odwrotnie. Zaskakiwały i nawyki i wybory lekturowe. Zaskakiwał także sposób przechowywania i segregowania książek.

Oprócz kopalni wiedzy o prywatnych księgozbiorach ludzi kultury, w książce znajdziemy wiele mądrych zdań na tematy ogólnoludzkie. Myślę, że to pozycja, do której warto powracać. Jedna lektura jej nie wyczerpie. Dla przykładu rozmowa z Gustawem Holoubkiem bardziej dotyczy teatru niż księgozbioru, rozmowa z Kapuścińskim zaś idzie w kierunku współczesnego warsztatu pisarskiego. Księgozbiór to często w tych rozmowach tylko punkt wyjścia do szerszych rozważań. Jednocześnie autorka tak dobiera pytania, że mamy wrażenie, że zwiedzamy te prywatne biblioteki wraz z nią. Do tego każda rozmowa jest wspaniale spuentowana zamykającym zdaniem. Wspaniała lektura.

środa, 1 września 2010

Walter Moers "Kot alchemika"


Po raz drugi zawitałam do magicznej Camonii. Pierwsza podróż była tak fascynująca, że przypomina mi ją stale nazwa mojego bloga.

W kolejnym mieście stworzonym przez Moersa książek nie było, był za to brud, smród i choroby. Autor zabrał mnie do miejsca zdominowanego przez choroby, gdzie już nie księgarnie a apteki, już nie bibliofile a hipochondrycy są wszem i wobec i na wyciągnięcie ręki. A nad tym okropnym, zdominowanym chorobami mieszkańców miastem – zamek Przeraźnika.

Trudno jest streścić fabułę książki, bo wydaje się absurdalna. Otóż mały krotek Echo po śmierci swojej pani ląduje na ulicy i umiera z głodu. Przeraźnik zawiera z nim pakt; będzie karmił nieszczęśnika przez cały miesiąc najbardziej wyszukanymi potrawami ale w następną pełnię księżyca… zabije go i wytopi zeń tłuszcz. Krotek zgadza się na ten układ. Przebywając w dom Przeraźnika zwiedza tajemniczy zamek i wpycha w siebie najbardziej oryginalne potrawy. W książce roi się od potworów, okropności, zgnilizny, smrodów i wszelkich okropieństw. Jest tu kilka naprawdę „mocnych scen” – ot chociażby fragment gdy Echo myśli, że zjadł swojego przyjaciela albo gdy Przeraźnik odkopuje zwłoki swojej ukochanej i zabiera je do zamku. Książka z pewnością nie jest dla każdego, a już na pewno nie dla dzieci. Powieści Moersa są dla koneserów, dla mocno wprawionych czytelników, dodatkowo rozmiłowanych w czarnym humorze. Mnie się ta powieść podobała okrutnie. Wciągająca, trzymająca w napięciu fabuła, niespotykana wręcz wyobraźnia, także na poziomie języka a przy tym duża dawka humoru (najwięcej w kreacji postaci Fiodora F. Fiodora i przede wszystkim groteskowej Przeraźnicy). Ale nie tylko… W książce „Kot alchemika” znalazłam to, co tak bardzo zachwyciło mnie już w „Mieście śniących książek” – jedyną w swoim rodzaju konstrukcję głównych postaci. Tam był nią kryjący straszliwą tajemnicę król cieni – tutaj diaboliczny alchemik, balansujący na granicy szaleństwa, romantyczny do bólu. Obie te postaci to potomkowie powieści „Frankenstein”. Król Cieni był homunkulusem złożonym na nowo z łatwopalnego papieru, Przeraźnik diabłem w ludzkiej skórze, który pragnął przechytrzyć śmierć. To powinowactwo z romantyczną powieścią mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że w pozostałych książkach znajdę podobne konstrukcje….

Nie mówię prostego polecam, bo z książkami Moersa to nie jest takie proste. Sami przekonacie się dlaczego…