środa, 1 września 2010

Walter Moers "Kot alchemika"


Po raz drugi zawitałam do magicznej Camonii. Pierwsza podróż była tak fascynująca, że przypomina mi ją stale nazwa mojego bloga.

W kolejnym mieście stworzonym przez Moersa książek nie było, był za to brud, smród i choroby. Autor zabrał mnie do miejsca zdominowanego przez choroby, gdzie już nie księgarnie a apteki, już nie bibliofile a hipochondrycy są wszem i wobec i na wyciągnięcie ręki. A nad tym okropnym, zdominowanym chorobami mieszkańców miastem – zamek Przeraźnika.

Trudno jest streścić fabułę książki, bo wydaje się absurdalna. Otóż mały krotek Echo po śmierci swojej pani ląduje na ulicy i umiera z głodu. Przeraźnik zawiera z nim pakt; będzie karmił nieszczęśnika przez cały miesiąc najbardziej wyszukanymi potrawami ale w następną pełnię księżyca… zabije go i wytopi zeń tłuszcz. Krotek zgadza się na ten układ. Przebywając w dom Przeraźnika zwiedza tajemniczy zamek i wpycha w siebie najbardziej oryginalne potrawy. W książce roi się od potworów, okropności, zgnilizny, smrodów i wszelkich okropieństw. Jest tu kilka naprawdę „mocnych scen” – ot chociażby fragment gdy Echo myśli, że zjadł swojego przyjaciela albo gdy Przeraźnik odkopuje zwłoki swojej ukochanej i zabiera je do zamku. Książka z pewnością nie jest dla każdego, a już na pewno nie dla dzieci. Powieści Moersa są dla koneserów, dla mocno wprawionych czytelników, dodatkowo rozmiłowanych w czarnym humorze. Mnie się ta powieść podobała okrutnie. Wciągająca, trzymająca w napięciu fabuła, niespotykana wręcz wyobraźnia, także na poziomie języka a przy tym duża dawka humoru (najwięcej w kreacji postaci Fiodora F. Fiodora i przede wszystkim groteskowej Przeraźnicy). Ale nie tylko… W książce „Kot alchemika” znalazłam to, co tak bardzo zachwyciło mnie już w „Mieście śniących książek” – jedyną w swoim rodzaju konstrukcję głównych postaci. Tam był nią kryjący straszliwą tajemnicę król cieni – tutaj diaboliczny alchemik, balansujący na granicy szaleństwa, romantyczny do bólu. Obie te postaci to potomkowie powieści „Frankenstein”. Król Cieni był homunkulusem złożonym na nowo z łatwopalnego papieru, Przeraźnik diabłem w ludzkiej skórze, który pragnął przechytrzyć śmierć. To powinowactwo z romantyczną powieścią mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że w pozostałych książkach znajdę podobne konstrukcje….

Nie mówię prostego polecam, bo z książkami Moersa to nie jest takie proste. Sami przekonacie się dlaczego…


4 komentarze:

  1. Ja u Moersa najbardziej lubię właśnie ten humor zawarty w warstwie językowej. Ale trzeba też przyznać, że jego książki zostały u nas wspaniale wydane. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, ja już się nie mogę doczekać aż się z Moersem zapoznam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Aj, aj, nie Przekaźnik, tylko Przeraźnik, od przerażania. Tłumaczka o tym słowie pisze, chyba na końcu, co prawda w kontekście przeraźnic, ale zawsze :)
    A sama książka znakomita, znakomita, jakem Agnes.

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnes, oczywiście że Przeraźnk. Word mi pomógł przekręcić. Dziękuję za spostrzeżenie.
    Lilybeth, zacznij swoją przygodę z Moersem od "Miasta śniacych książek". Polecam!
    Kasejuszu, pewnie że pięknie, Księgogrod kupiłam sobie po rzeczytaniu egzemplarza z biblioteki bo tak podobała mi się strona graficzna!

    OdpowiedzUsuń