środa, 29 grudnia 2010

Paul Glennon "Księgowir"

Czy chcieliście kiedyś przenieść się w fabułę swojej ulubionej książki? Czy w ogóle o tym pomyśleliście? Otóż bohater powieści „Księgowir” (cudny neologizm!) nieopatrznie to czyni. Nieświadomie zjada jedną ze stron swojej ulubionej serii i... budzi się w fikcyjnym świecie. Wywołuje swoją osobą zmianę w fabule czytanej książki. Udaje mu się z powrotem wrócić do realnego świata, ale zaraz potem  efektem domina „wpada” do książki swojej siostry, w dodatku fabuły obu książek zaczynają się przeplatać. Po drodze odwiedzi również lektury mamy i taty. Będzie musiał uporządkować też fabuły, które zaburzył… Tyle o treści, bo szkoda ją zdradzać w całości komuś, kto ewentualnie chciałby przeczytać tę ciekawą, nie powiem, przygodową książkę dla młodzieży. Jest w niej coś – zgodnie z tytułem – wciągającego, chociaż prze pierwsze sto stron są trochę oporne i nudnawe. Dopiero potem akcja nabiera tempa i nieoczekiwanych zwrotów. Sam pomysł jest godny uwagi. Ponieważ chłopiec ma świadomość tego, że staje się częścią fikcyjnego świata – powieść jest fajną ilustracją  kilku topornych i arcytrudnych terminów z zakresu teorii literaturyJ Może być także przyczynkiem do dyskusji z młodymi czytelnikami o czytaniu i fikcyjności dzieł literackich, dobrym materiałem do lekcji bibliotecznych. A jeśli już o bibliotece mowa to wreszcie chociaż jedna książka, w której biblioteka jest atrakcyjnym centrum informacji. I z arcyciekawą postacią demonicznego bibliotekarza, łącznika realnego i fikcyjnego świata.
Jest w tej powieści trochę nieścisłości i trochę wydumania, ale bibliofile na pewno powinni ją przeczytać. Tylko uważajcie na niebezpieczny wir… księgowir

niedziela, 26 grudnia 2010

Lewis Carroll "Alicja w Krainie Czarów, Alicja po drugiej stronie zwierciadła"

Powróciłam do Krainy Czarów po lekturze książki Wiktora Frantza „Książek powijanie”, w której znalazłam garść przeciekawych informacji dotyczących genezy i recepcji dzieła Lewisa Carrolla. Pamiętam z dzieciństwa Disney’owską kreskówkę. Dopiero teraz sięgnęłam po lekturę. Zachwyciła mnie szczególnie druga część „Alicja po drugiej stronie zwierciadła”. Ubawiły absurdalne dialogi i fikuśne postaci. Ale najważniejsze było dla mnie następujące odkrycie: mój ukochany pisarz Gaarder czerpie ze snów Alicji pełnymi garściami! Sama filozofia świata jest podobna.

„-Dziecko, pospiesznie odpowiedział Hajor (…) Spotkaliśmy je dzisiaj w lesie! Jest duże, dwa razy większe niż w rzeczywistości.
-Zawsze mi się wydawało, że dzieci to stwory z fantastycznych bajek – powiedział Jednorożec – Czy ono jest naprawdę żywe? (…)
Alicja nie mogła powstrzymać się od śmiechu .
-A wie pan, że ja też uważałam dotąd jednorożce za stwory z fantastycznych bajek? Nigdy nie widziałam żywego jednorożca”
To fantastyczne przenikanie się światów i świadomości! I jeszcze dwa motywy, które stały się lejtmotywem u Gaardera: zwierciadła i świata po jego drugiej stronie oraz gry w karty. W „Przepowiedni Dżokera” ludzie są przecież pasjansem ułożonym przez Pana Boga. W świecie snów Alicji to karciane postaci albo figurki szachów.
Kto pokochał dzieło Carrolla, pokocha także Gaarderowską interpretację świata.
I jeszcze dwa słowa o powyższym wydaniu. Czytałam jedno z nowszych wydań Alicji w tłumaczeniu Antoniego Marianowicza (Alicja w Krainie Czarów) i Hanny Baltyn (Alicja po drugiej stronie zwierciadła). I chociaż zastosowano tu czcionkę bardzo męczącą oczy, warto było przebrnąć przez cudne tłumaczenie Hanny Baltyn. Na 119 stronie znajduje się kapitalnie przetłumaczony wiersz „Dziwolęki”. Porównałam sobie inne tłumaczenia i to jest najlepsze, do bólu Leśmianowskie. Polecam!

czwartek, 23 grudnia 2010

środa, 22 grudnia 2010

Susan Sontag "O fotografii"

Bardzo ciekawy zbiór esejów o fotografii. Mimo, iż książka została napisana w 1973 roku (w Polsce wydana pierwszy raz w 1986 r.), a więc jeszcze przed rewolucją cyfrową, niewiele straciła na swej aktualności, o czym świadczy jej niedawne wznowienie – niestety bardzo drogie.
Na pracę Sontag powołują się do tej pory w sporych ilościach współcześni badacze, dlatego sięgnęłam do źródła.
Trudno streścić w kilku zdaniach zawartość esejów – jest tu bowiem i dawka historii, i dywagacje o percepcji fotografii i -  może najwięcej - o jej związkach z malarstwem (te fragmenty chyba najciekawsze).
Okazuje się, że po wprowadzeniu na rynek wszędobylskich cyfrówek, zjawiska zauważone i „skatalogowane” przez Sontag nadal występują, a nawet się zwielokrotniły. Trudno więc zgodzić się z opinią z Merlina, że Najważniejsza książka poświęcona fotografii pachnie naftaliną”
Myślę, że miłośnicy fotografii powinni ją przeczytać.
A oto kilka cytatów:
„Zbierać fotografie - to zbierać świat.”
„Upiększanie świata przez aparat fotograficzny skończyło się takim sukcesem, że to fotografie raczej, a nie świat, stały się miarą piękna.”
„Fotografia występuje zawsze w jakimś kontekście, toteż znaczenie jej ulatnia się.”
„… robienie zdjęć to przede wszystkim kwestia temperamentu, a potem dopiero techniki
itd., itd…
Warto dodać, że eseje uzupełnia także rozdział „Krótka antologia cytatów”, w których zgromadzone zostały soczyste cytaty z wielu różnych źródeł (także dawnych reklam aparatów fotograficznych) oraz przydatny „Słownik najważniejszych fotografików”.
Ja tam naftaliny nie czułam, czułam natomiast ponadczasową aktualność, a to wielka sztuka pisać podobnie o sztuce tak zmiennej jak fotografia.

piątek, 17 grudnia 2010

Mario Palarmo "Pinokio. Nie tylko bajka"

Ciekawe doświadczenie czytelnicze. Autorzy zestawiają konsekwentnie w każdym rozdziale najpierw odpowiedni fragment Biblii oraz fragment „Pinokia”, potem zaś omawiają oba fragmenty szukając analogii. Takim to sposobem następuje odczytanie tej najbardziej znanej bajki zupełnie na nowo i niejako „po chrześcijańsku”. Ciekawa lektura, czyta się ją dobrze nie tylko ze względu na tę swoistą rytmiczność, ale i na łatwy język i po prostu ciekawe ugryzienie tematu. Lubię książki, które poszerzają pola interpretacji utworu, mimo iż zawsze istnieje ryzyko nadinterpretacji. Tu zapewne też, ale analogie z Biblią wydają się rzeczywiście bardzo wyraźne. Polecam filologom.

niedziela, 12 grudnia 2010

Kate DiCamillo "Tygrys się budzi"

Piękna i głęboko terapeutyczna książka dla czytelnika w każdym wieku! Podobnie jak „Opowieść o dzielnym Despero”. Ale od początku.
Główny bohater – chłopiec Rob, mieszka wspólnie z ojcem w motelu. Jego matka zmarła pół roku temu na raka. Od pół roku mniej więcej chłopiec ma też dziwną wysypkę na nogach. Dyrektor szkoły nie chce by Rob do niej chodził, bo rodzice boją się, że ich dzieci się zarażą, dlatego chłopiec pomaga ojcu w pracach przy motelu. Sympatyczna pokojowa Willie May powie mu potem: „Cały smutek dusisz nisko, w nogach. Nie dopuszczasz go do serca, tam gdzie ma być. Musisz pozwolić, żeby ten smutek się podniósł i wydostał.”
Chłopiec nie rozmawia z ojcem o tym co ich spotkało: „Rob miał sposób na omijanie różnych rzeczy w myślach. Wyobrażał sobie, że jest walizką, wypchanym do niemożliwości kuferkiem (…) Wszystkie swoje uczucia włożył do tego kufra, poupychał je ciasno a potem usiadł na nim i zamknął go na klucz. Dzięki temu mógł nie myśleć o przykrych rzeczach. Czasami trudno było utrzymać kuferek zamknięty”. Jednym ze słów-tabu szczelnie zamkniętym w kuferku jest… imię zmarłej mamy.
Druga bohaterka, rówieśnica Roba – Sistine, zbuntowana i nie panująca nad swoimi emocjami dziewczynka, przeżywa rozstanie rodziców. Kłóci się z matką i marzy aby ojciec zabrał ją ze znienawidzonego miasta i szkoły. Ta sama pokojowa powie o dzieciach:
- „Czyż to nie Opatrzność Boska, żeście wy dwoje się spotkali? (…) Ten chłopak, cały smutny, co wszystkie kłopoty trzyma w nogach. A ty (…) – rozgniewana na cały świat, aż piorunami ciskasz. Niezła z was parka.”
I wreszcie trzeci bohater – zamknięty w klatce tygrys, którego odkrywa w lesie Rob. Tygrys należy do właściciela motelu. Rob początkowo trzyma wiedzę o jego istnieniu w tajemnicy, potem jednak pozwala tygrysowi wyfrunąć z kuferka i dzieli się tą tajemnicą z dziewczynką. Ta upiera się, żeby wypuścić zwierzaka na wolność.
Czy tak się stanie? I czy tygrys i przyjaźń Roba z Sistine ułatwi chłopcu otwarcie kuferka z nie-myślami i nie-marzeniami? Zakończenie jest zaskakujące i niejednoznaczne.
„Tygrys się budzi” to piękna powieść-metafora o uczuciach, miłości i przyjaźni. O więzionych emocjach. O każdym z nas. Można ją rozumieć i interpretować na wielu poziomach. Tygrys jest przecież realnym zwierzęciem ale jednocześnie pięknym symbolem uwięzienia. Kolejna książka-perełka tej amerykańskiej autorki. Polecam z całego zadicamillowanego serca.

piątek, 10 grudnia 2010

Natalia Usenko "Książka, przecinek i kropka..."

Niby wszystko ok. Ta pięknie wydana książeczka to element kampanii edukacyjnej Empiku „Przecinek i kropka”, której celem jest - cytuję - „rozwijanie u najmłodszych pasji do książek”. Tylko że w środku znowu ten cholerny stereotyp biblioteki i bibliotekarza. Owszem, pomysł fajny, dwoje dzieci za karę zostają wysłani do biblioteki i trafiają na nietypowych przewodników – Mysz Biblioteczną i pająka Beniamina. Ci oprowadzają gości po bibliotece i opowiadają im historię książki. Dzieci stają się miłośnikami książek, dlatego myszka wpisuje do Księgi Przyjaciół ich imiona, pewna, że będą  stałymi gośćmi w bibliotece.
Niby wszystko ok, ale Mysz Biblioteczna jest stara, siwa, otulona szalem i wygląda "jakby miała milion lat". W dodatku odzywa się do dzieci opryskliwie i dopiero potem schodzi z tonu. Dzieci owszem, poznają historię książki ale metody tego poznania nie są chyba do końca atrakcyjne (rebusy, ilustracje).  Czyż nie jest to kwintesencja stereotypu?
Wygrane są w książeczce jedynie ciepłe i milusie ilustracje.

środa, 8 grudnia 2010

Teresa Monika Rudzka "Bibliotekarki"

I prawda to i nieprawda o bibliotekarskim świecie. Ale od początku. Główna bohaterka powieści, Żywia – wykształcona, inteligentna i – na swoje nieszczęście – całkiem atrakcyjna kobietka, znajduje wreszcie pracę w bibliotece i trafia do jednej z filii. Wciąga się w wir codziennej, bibliotekarskiej harówki i układów pracowniczych. Forma powieści jest o tyle ciekawa, że               o bohaterce kolejno opowiadają w poszczególnych rozdziałach-monologach, wszystkie współpracownice, opowiadając jednocześnie o sobie i o tym jak trafiły do biblioteki. Udanym zabiegiem jest czerpanie z naturalnego języka i  indywidualizacja językowa każdego z tych monologów. Nasza główna bohaterka jest więc kolejno oceniona przez swoje współtowarzyszki bibliotekarskiej niedoli.
Czytając powieść zaśmiewałam się do łez i jednocześnie kręciłam głową z niedowierzaniem, że można sobie strzelić takiego samobójczego gola (o ile powieść pisała bibliotekarka). O ile charakterystyka czytelników (włącznie z kapitalnym rozdziałem nt. skarg czytelników) jest trafna do bólu, o tyle wizerunek samych bibliotekarzy nieprzyzwoicie zniekształcony. W powieści NIKT nie pracuje w bibliotece z własnej woli i powołania. Każdy ma jakieś niezrealizowane ambicje i biblioteka jest tu karą, nie celem. Bibliotekarki są niedokształcone, nie nadążają za technologią i kiszą się we własnym sosie. To też nieprawda. To niesamowite jak wiele starań czyni się teraz aby obalać stereotyp bibliotekarki – sztywnej pani z koczkiem, która krzyczy tylko między jednym a drugim oczkiem w dzierganym sweterku, że w czytelni obowiązuje cisza. Bibliotekarz to człowiek nowoczesny, to pracownik informacji naukowej, autorytet, ktoś za pan brat z nowymi technologiami. A tu powstaje pierwsza na rynku książka o bibliotekarskich realiach i jest NIEPRAWDZIWA. W dodatku powiela ten straszny stereotyp nieambitnej, nudnej pracy w bibliotece, polegającej na klepaniu książek na półkach i obgadywaniu koleżanek. Oczywiście, relacje między pracownikami oddane są bardzo wiernie (niestety!) ale dotyczą one każdej jednostki, nie tylko biblioteki. Morał książki też jest do bólu trafny: nie należy się wychylać, bo pracodawcy nie chcą najlepszych i najzdolniejszych tylko przeciętniaków!
Nie polecam, mimo prześmiesznych fragmentów o czytelnikach.

sobota, 4 grudnia 2010

Szymon Hołownia "Monopol na zbawienie"

Książkę czytałam prawie cztery miesiące, od czasu do czasu, popołudniami niedzielnymi czy w przerwach między innymi lekturami. Głównie dlatego, że nie da się książek Hołowni przeczytać jednym tchem i po łebkach. Lepiej porcjować racjonalnie i wycisnąć z nich jak najwięcej. A da się wycisnąć. Mimo pozornie łatwego i przyjemnego stylu, jego propozycje wymagają ogromnego wysiłku intelektualnego. Podoba mi się układ „Monopolu na zbawienie” – szczególnie najbardziej obszerna część – TEST (każdy rozdział zaczyna się od pytania i trzech odpowiedzi do wyboru) i PATRONI DO WZIĘCIA. W rozdziale TEST pytania są tak zakręcone, że czytając je aż pali ciekawość, jak autor wybrnie z odpowiedzią.
Imponuje mi u Hołowni odwaga z podejmowaniu nawet najbardziej drażliwych tematów związanych z Kościołem. Imponuje ogromna wiedza z historii religii. To wszystko okraszone jest specyficznym humorem i nowoczesnym językiem. Dobrze, że mamy Hołownię!