środa, 8 grudnia 2010

Teresa Monika Rudzka "Bibliotekarki"

I prawda to i nieprawda o bibliotekarskim świecie. Ale od początku. Główna bohaterka powieści, Żywia – wykształcona, inteligentna i – na swoje nieszczęście – całkiem atrakcyjna kobietka, znajduje wreszcie pracę w bibliotece i trafia do jednej z filii. Wciąga się w wir codziennej, bibliotekarskiej harówki i układów pracowniczych. Forma powieści jest o tyle ciekawa, że               o bohaterce kolejno opowiadają w poszczególnych rozdziałach-monologach, wszystkie współpracownice, opowiadając jednocześnie o sobie i o tym jak trafiły do biblioteki. Udanym zabiegiem jest czerpanie z naturalnego języka i  indywidualizacja językowa każdego z tych monologów. Nasza główna bohaterka jest więc kolejno oceniona przez swoje współtowarzyszki bibliotekarskiej niedoli.
Czytając powieść zaśmiewałam się do łez i jednocześnie kręciłam głową z niedowierzaniem, że można sobie strzelić takiego samobójczego gola (o ile powieść pisała bibliotekarka). O ile charakterystyka czytelników (włącznie z kapitalnym rozdziałem nt. skarg czytelników) jest trafna do bólu, o tyle wizerunek samych bibliotekarzy nieprzyzwoicie zniekształcony. W powieści NIKT nie pracuje w bibliotece z własnej woli i powołania. Każdy ma jakieś niezrealizowane ambicje i biblioteka jest tu karą, nie celem. Bibliotekarki są niedokształcone, nie nadążają za technologią i kiszą się we własnym sosie. To też nieprawda. To niesamowite jak wiele starań czyni się teraz aby obalać stereotyp bibliotekarki – sztywnej pani z koczkiem, która krzyczy tylko między jednym a drugim oczkiem w dzierganym sweterku, że w czytelni obowiązuje cisza. Bibliotekarz to człowiek nowoczesny, to pracownik informacji naukowej, autorytet, ktoś za pan brat z nowymi technologiami. A tu powstaje pierwsza na rynku książka o bibliotekarskich realiach i jest NIEPRAWDZIWA. W dodatku powiela ten straszny stereotyp nieambitnej, nudnej pracy w bibliotece, polegającej na klepaniu książek na półkach i obgadywaniu koleżanek. Oczywiście, relacje między pracownikami oddane są bardzo wiernie (niestety!) ale dotyczą one każdej jednostki, nie tylko biblioteki. Morał książki też jest do bólu trafny: nie należy się wychylać, bo pracodawcy nie chcą najlepszych i najzdolniejszych tylko przeciętniaków!
Nie polecam, mimo prześmiesznych fragmentów o czytelnikach.

4 komentarze:

  1. A może istnieją takie biblioteki z gronem osób z przypadku i taką właśnie opisała autorka?

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje odczucia po przeczytaniu tej książki były podobne. Jeśli pracuje się w tym zawodzie, trzeba chyba przeczytać, choć tak na prawdę to strata czasu. Nie wolno jednak o niej mówić ani polecać nikomu spoza środowiska. Cieszę się tylko, że w poszukiwaniu informacji o jej autorce, trafiłam TU. To świetne miejsce dla bibliotekarki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z powyższą opinią.

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnes, z pewnością jeszcze istnieją takie biblioteki ale czy trzeba roztrząsać te najgorsze przypadki? Czemu nie ma powieści o bibliotece jako nowoczesnym centrum informacji? I tam bibliotekarze mają ciekawe dzieje:-)
    Barbaro, dziękuję za dobre słowa. Dobrze, że jest nas więcej. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń