sobota, 29 stycznia 2011

Milan Kundera "Zasłona"

„Zasłona” to zbiór historycznoliterackich esejów o powieści. Znakomity zbiór. Bardzo „autorska”, subiektywna wizja dziejów gatunku. Przemyślana i logiczna do bólu. Kundera obraca w zasadzie cały czas tymi samymi tytułami: „Panią Bovary” (najwięcej o powieści Flauberta właśnie), „Człowiekiem bez właściwości”, „Don Kichotem”, „Ferdydurke”, „Anną Kareniną”, „Ulissesem”. Przy pomocy kilkunastu tytułów ilustruje ciekawe zjawiska literackie, pokazując je na bardzo szerokim tle historycznym. Myśli w tych esejach gnają tak szybko, że często nie nadążałam. Ale warto było podjąć wysiłek.
W kontekście twórczości literackiej Kundery również ciekawa lektura, wyjaśniająca pewne rozwiązania, także formalne, w jego powieściach.
Najbardziej polecam ostatnią część książki „Powieść, pamięci, zapomnienie” -  gorzką refleksję na temat percepcji powieści jako gatunku w umysłach czytelników.

wtorek, 25 stycznia 2011

Polly Horvath "Wyspa"

Podeszłam do książki dosyć nieufnie, a kiedy zaczęłam czytać, pomyślałam – Boże, znowu filmowa, nierealna historia. W miarę czytania jednak zaczynałam rozumieć…
Po tragicznej śmierci rodziców dwie kuzynki przenoszą się do ogromnego domu swojego bogatego stryja. Dom usytuowany jest na wyspie i jedynym łącznikiem ze światem są zrzucane z helikoptera paczki. Stryj – człowiek całkowicie pogrążony w naukowych badaniach, nie potrafi nawiązać kontaktu z nowymi lokatorkami, zatrudnia więc dla nich gosposię. Potem dochodzi jeszcze lokaj, kot i pies. A potem okazuje się, że w tym domu- więzieniu każdy, nie tylko dziewczynki, skrywa jakąś życiową tragedię. Puentą historii staje się wyjaśnienie tajemnicy wyspy. Przed laty zdarzyła się tutaj bowiem największa tragedia.
Rozdziały książki odpowiadają kolejnym relacjom mieszkańcom, dzięki temu – skutecznemu choć wytartemu chwytowi, czytelnik zapoznaje się z wydarzeniami na wyspie z kilku różnych perspektyw.  Im dłużej zresztą czytałam tę powieść, tym bardziej metaforycznie ją odczytywałam. Bo jest to historia przede wszystkim o budowaniu więzi międzyludzkich i o tym co się dzieje gdy boimy się je budować. To historia ucieczki przed bolesną przeszłością. Ale to też historia o uzależnieniu. Oczywiście lekiem okazuje się drugi człowiek, choć nie łatwym lekiem…
Jest coś przeraźliwie smutnego w tej historii, ale jednocześnie autorka przemyca sporą dawkę humoru, lokując ją w postaciach stryja i gosposi.
Historia niebywale refleksyjna, z niepowtarzalnym klimatem, symboliczna. Polecam

niedziela, 23 stycznia 2011

Marcin Szczygielski "Za niebieskimi drzwiami"

Tyle pozytywnych opinii czytałam o książkach Szczygielskiego, ale do lektury ostatecznie przekonał mnie Grzegorz Leszczyński na spotkaniu z nauczycielami w mojej bibliotece. Jak się okazało – pozbawił też niespodzianki w finale powieści, bo zdradził za dużo treści, dlatego byłam coraz bardziej zła w trakcie lektury, że niestety wiem, na czym polega cały „myk” w fabule. Więc może zaoszczędzę podobnych informacji o fabule książki czytającym tego posta i mających ochotę przeczytać książkę. Zdradzę tylko, że bohaterem jest samotnie wychowywany przez matkę chłopiec. W drodze na wakacje ulega z matką wypadkowi samochodowemu, po którym matka pozostaje w szpitalu w śpiączce, a Łukasz trafia do zaniedbanego nadmorskiego pensjonatu, prowadzonego przez nieznaną mu wcześniej ciotkę Agatę. Zajmuje pokój z pomalowanymi na niebiesko drzwiami i pewnego dnia odkrywa, że drzwi prowadzą do dziwnego świata…
Fabuła jest ciekawa, to prawda, ale ksiązka potwornie się ciągnie przez pierwsze sto stron (przed pierwszym otworzeniem drzwi), a świat za drzwiami i teoria wokół niego są niebywale wydumane. Książka jest bardzo „filmowa”, ale mnie nie porwała. Podobał mi się motyw zaginionego przed laty ojca, ale niczego zdradzać nie będę, żeby się „nie wygadać”.  Na pewno jednak można powiedzieć, że jest to opowieść o potrzebie i poszukiwaniu ojca. Książka porusza też poważny problem śpiączki i jest pierwszym literackim jej obrazem w literaturze dla młodzieży, na jaki się natknęłam.
Dwa słowa o wydaniu: kolorystyka okładki  i skrzydełek jest wręcz cudna i odpowiada – to rzadkość - treści książki. W tekście są też udane elementy graficzne i inicjały. Doczepiłabym się do zbyt rozchwianej czcionki i zapisu imienia i nazwiska autora małą literą (Boże, co za wzorce!).

wtorek, 18 stycznia 2011

Jostein Gaarder "Córka dyrektora cyrku"

Nie wiedziałam o czym jest „Córka dyrektora cyrku”, ale wyobrażałam sobie jakąś nierzeczywistą i wydumaną historię w typie „Przepowiedni Dżokera”. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy zaczęłam czytać powieść. Gdy znalazłam kolejnego odmieńca – tym razem jednak literackiego aż do bólu. Odrobina wyjaśnienia. Bohater opowiada swoje losy od najdawniejszego dzieciństwa. Ma nietypowe hobby: „są ludzie, którzy zbierają znaczki albo monety, ja natomiast gromadziłem wytwory własnej fantazji”. Obdarzony niezwykłą i niewiarygodnie bujną wyobraźnią od najmłodszych lat tworzy najróżniejsze historyjki. Zaczyna je zapisywać. Pozostaje jednak na poziomie szkiców, nie chce bowiem zostać pisarzem. Nie ma w nim próżności – tłumaczy. Potrzebuje natomiast pieniędzy i wpada na pomysł aby… sprzedawać pisarzom cierpiącym na brak pomysłów swoje historyjki. Po latach ma niezliczoną ilość klientów, obejmując zasięgiem cały świat:
„Sterowałem wielką maszynerią, aranżowałem największy festiwal literacki wszech czasów, a robiłem to w zupełnej tajemnicy.”
Mimo iż bohater przestrzega, aby żadna historia nigdy nie została sprzedana dwa razy, jedna z jego historii zostaje powielona w powieściach dwóch różnych autorów. Jak kończy się ten wielki handel wyobraźnią? Nietypowo, jak to u Gaardera typoweJ
Fabuła powieści – misternie budowana ze strony na stronę -  pęka przed samym finałem. Autor buduje napięcie, żeby nagle pchnąć ją na nieco inne tory. Powoduje to nieco dezorientacji i może nawet rozczarowania. Ale kto czytał Gaardera nie dziwi się takim obrotem sprawy a wręcz go oczekuje.
Ogromną zaletą powieści jest to, że wplecione są w nią niektóre historyjki „wymyślone” przez bohatera. Ich lektura wymaga sporo wysiłku („wskakuje” się bowiem w zupełnie inną historię i w dodatku przedziera przez fatalną kursywę), ale warto, bo aż się prosi, żeby Gaarder rozwinął je w kolejnych swoich powieściach.
Nie zawiodą się też ci, którzy poszukują typowych Gaarderowsich motywów. Jest tu oczywiście gra w szachy, jest także przenikanie światów (groteskowa postać karła z laseczką - wytwór fantazji bohatera, towarzyszący bohaterowi od dzieciństwa). Brakuje natomiast typowej Gaarderowskiej filozofii, zastępuje ją gorzka refleksja o pisaniu, tworzeniu, i wielkiej, destrukcyjnej potędze wyobraźni.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Isaac Bashevis Singer "Sztukmistrz z Lublina"

Uwielbiam bohaterów-odmieńców. Bohaterów poszukujących, negujących rzeczywistość, tworzących na swój użytek alternatywne światy. Szukam ich w literaturze. Takiego bohatera znalazłam w najsłynniejszej książce Singera. Myślałam, że znajdę literacki obraz żydowskiego Lublina, tymczasem znalazłam bohatera, którego dołączyłam do swojej kolekcji. Czytając powieść analizowałam moje odczucia związane z Jaszą – przechodziły od zachwytu po irytacje. Takich wrażeń szukam w literaturze. NIEJEDNOZNACZNOŚCI. O samej powieści, o dawnym żydowskim świecie, o wybrukowanych ulicach Warszawy śmierdzącej gnojem, o traktacie na temat tradycji i tożsamości pisać nie będę, bo to już wszystko zostało napisane przez innych. Najważniejsze, że siedzi we mnie jeszcze ten Jasza i nie pozwala się od siebie uwolnić, że „przetrawiam” jego losy – choć już dawno zamknęłam książkę.

niedziela, 9 stycznia 2011

z serii obiekty biblioteczne 2

Lublin, Filia nr 2 Miejskiej Biblioteki Publicznej.

czwartek, 6 stycznia 2011

Kate DiCamillo "Magiczny słoń"

Mój Boże! To prawdziwy talent od Boga TAK pisać! Już nie wiem, która książka DiCamillo najbardziej mi się podobała, każda jest inna, każda tak samo ujmująca i mądra. Szkoda, że w Polsce nie jest to autorka bardzo popularna, w swoich kanonach pomijają ją najważniejsi krytycy literatury dziecięcej i młodzieżowej. Dlatego wielki ukłon w stronę wydawnictwa  Philips Wilson, które podarowało polskiemu czytelnikowi już pięć tytułów DiCamillo, w dodatku w ładnej oprawie, wygodnej do czytania (duża czcionka, dużo światła między wierszami), przemyślanej kompozycyjnie.
„Magiczny słoń” to książka zupełnie inna od dwóch pozostałych, które już przeczytałam (Opowieści o Despero i Tygrys się budzi). To przesycona magią, wspaniałą atmosferą powieści Dickensowskich historia… no właśnie kogo? Występuje tu szereg wspaniałych bohaterów, także tych „pobocznych”, w których czytelnicy odnajdą swoje odbicie. To tacy bohaterowie-archetypy – jak w prawdziwych bajkach. Każda z tych postaci jest inna, każda jest wyrazicielem innych tęsknot i marzeń. Losy bohaterów splata postać słonia, bardzo zresztą pechowego słonia, który wyczarowany nieopatrznie przez magika w operze, wlatuje przez dach. Nie będę streszczać tej przepięknej opowieści, żeby nie odbierać przyjemności z czytania, zdradzę tylko, że ów słoń staje się dla każdego z bohaterów ucieleśnieniem innych tęsknot, marzeń. Że całkowicie zmienia życie mieszkańców małego, zimowego miasteczka.  Najbardziej chłopca Piotra, który wierzy, że jego siostra żyje i odnajdzie się.
Powieść jest też ciekawa formalnie. Nawiązuje do bajek nie tylko archetypicznymi bohaterami, baśniową logiką, ale i licznymi powtórzeniami zdań, paralelizmami. Mogę się mylić, na pewno się mylę, ale momentami miałam też wrażenie, że czytałam teatr absurdu (np. rozmowa magika z hrabiną w więzieniu), i to w najlepszym wydaniu, całkiem więc możliwe, że i takie wpływy tu występują. Zresztą nieważne, to piękna, mądra, wyważona historia z podwójnym dnem. Z wielką radością „odszyfrowywałam” te podwójne znaczenia. Dałam się ponieść magii i spokojowi tej książki. Wam też tego życzę.
P.S. Dziękuję najpiękniej jak potrafię Koleżankom z Wypożyczalni Dziecięcej za wskazanie mi tak wspaniałych obszarów czytelniczych!!!! Jesteście rewelacyjne!!!

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Jacek Dehnel "Balzakiana"

Tych, którzy jeszcze nie wiedzą, na samym początku informuję, że jestem wielką, ortodoksyjną, szaloną fanką prozy Jacka Dehnela i samego Jacka. Dlatego omówienie książki z całą pewnością obiektywne nie będzieJ
Lekturę wydanej, jakby nie patrzeć jakiś czas temu „Balzakiany” odkładałam z miesiąca na miesiąc, czekając na odpowiedni czas, kiedy nikt i nic nie będzie mi przeszkadzał w zatopieniu się w Dehnelowskim świecie. I czas taki nadszedł między świętamiJ
Na początku byłam trochę zawiedziona. Spodziewałam się wyszukanej prozy poetyckiej, tymczasem język tych czterech minipowieści jest przystępny, bez wyszukanych konstrukcji, trochę niedehnelowski, ale… balzakowski też nie… Balzakowskie są konstrukcje postaci: ludzie owładnięci manią pieniądza, przerostem ambicji, ludzie zranieni, wypaczeni. Znakomite konstrukcje (szczególnie Adriana z „Miłości korepetytora”). Ludzie balzakowscy na miarę XXI wieku – jeszcze bardziej żałośni niż ponad sto lat temu. Stąd język… do bólu współczesny, choć bez wulgaryzmów. Za to z mnóstwem odwołań do tego i tych, którzy nas otaczają.  No właśnie… Za kilkadziesiąt lat czytelnicy nie zrozumieją tego „kodu”. Co zostanie? Trochę tego za dużo w „Balzakianie”. Poza tym rozkosz smakowania dobrej, soczystej, świeżej prozy. I smutnej, jak nasze czasy…
 Mam egzemplarz podpisany przez autora:
„Dla M… z nadzieją, że znajdzie w „Balzakianie” coś dla siebie”.
Znalazłam…

sobota, 1 stycznia 2011

podsumowanie czytelnicze 2010 roku

Żeby tradycji stało się zadość, z radością dokonuję podsumowania czytelniczego 2010 roku.
Otóż przeczytałam 78 książek. To całkiem nieźle jak na życiowe rewolucje, które ostatnio przeszłam. I zawsze o sześć książek więcej niż w zeszłym rokuJ

Top TEN lektur z 2010 rokuJ
 czyli tytuły, po których „nie mogłam się pozbierać”
 i które zostaną we mnie na długo (kolejność przypadkowa):

J. Gaarder: Przepowiednia Dżokera – za kunsztowną, mistrzowską budowę, filozofię i wrażliwość świata, z którą w pełni się utożsamiam
cykl Kowalewskiej o Matyldzie i Zawrociu  oj długo by wymieniać za coJ
A. Maleszka: Czerwone krzesło – za to, że nie mogłam się oderwać od fabuły w sposób nierozważny i niebezpieczny, jak małe dziecko
J. Wilson: Dziecko ze śmietnika – za szok, który wywołała
R. Ligocka: Dziewczynka w czerwonym płaszczyku – chyba najbardziej poruszająca książka o Holokauście, którą do tej pory przeczytałam
K. Dicamillo: Opowieść o Despero – za światłoJ
Ł. Gołębiewski: „E-książka/book/szerokopasmowa kultura” – za to, że do tej pory nie mogę się pozbierać po lekturze (choć tutaj to raczej szereg negatywnych odczuć), za niepokój który zaszczepiła i za to, że  proroctwa Gołębiewskiego niestety się sprawdzają
„Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham” – za to że udało mi się namówić męża na głośne czytanie i dotrwał do końca
W. Moers: Kot alchemika – za czystą rozkosz czytania i kolejny zakręcony świat
W. Grzelak: Wśród autorów i książek – za wzruszenia z każdą kolejną stronicą


Największym odkryciem w 2010 roku był dla mnie cykl Kowalewskiej.
Życzę sobie i innym miłośnikom książek ciekawych odkryć w Nowym Roku 2011 i jak najwięcej chwil na czytanie.
Dziękuję też wszystkim, którzy tu zaglądali, czytali, komentowali i wspierali. Dziękuję, że jesteście!!!!!