czwartek, 28 kwietnia 2011

Janusz Majewski "Mała matura"

O książce dowiedziałam się na spotkaniu z autorem. Podeszłam do niej sceptycznie – debiut powieściowy reżysera filmowego, bardzo późny debiut, w dodatku na egzemplarzach de facto  ładnie wydanej powieści – opaska reklamująca film o tym samym tytule, mający lada moment wejść do kin. Nabrałam podejrzeń, że książka jest tylko chwytem, elementem promującym film. Jak dobrze, że jednak kupiłam ją i jak dobrze, że pomyliłam się w swojej ocenie. Przyssałam się do powieści Majewskiego i do ostatniego zdania nie mogłam się oderwać. A czytałam od początku do końca z rosnącą świadomością, że Majewski stworzył kawał dobrej, świeżej literatury.
„Mała matura” – to osnuta na wspomnieniach autora historia rodziny, rdzennych lwowiaków. Wszechwiedzący narrator prowadzi nas przez szczęśliwe lata lwowskiego dzieciństwa głównego bohatera – Ludwika, czasy II wojny światowej, wojennej tułaczki i wreszcie powojennej edukacji w krakowskim gimnazjum. Majewski tka historię szczęśliwej, kochającej się rodziny (to bardzo ważne!) z detali codziennego życia i robi to z reporterską precyzją. Nie mogłam oderwać się od tej sielankowej, lwowskiej, przedwojennej codzienności a potem od tej wielkiej miłości i małżeńskiej i rodzicielskiej – miłości, której nie zachwiała wojna i tułaczka. W powieści Majewskiego tragiczne momenty równoważą się z wieloma komicznymi sytuacjami – jak w życiu. Autor zachowuje niespotykaną równowagę między tymi elementami. Nie epatuje okrucieństwem wojny – zamyka ją w kilku mocnych i zapadających w pamięć scenach. Daje odetchnąć czytelnikowi przy lekturze humorystycznych momentów z dzieciństwa i młodości Ludwika – ale i humor ten jest subtelny i delikatny. W ostatniej części – gimnazjalnej jest też dużo erotyzmu (inicjacje erotyczne dojrzewającego bohatera) ale i to jest w dobrym smaku, delikatne i atrakcyjne. Naprawdę niespotykana równowaga.
Powieść ma przemyślaną konstrukcję, jest napisana prostym, gdzieniegdzie poetyckim językiem - spokojnym, wyważonym. Perełka. Polecam!

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Roma Ligocka "Czułość i obojętność"

 

Pani Romo! Proszę pisać kolejne miniaturki, bo już wszystkie wyczytałam, a chciałabym jeszcze i jeszcze!!! Bo książki Romy Ligockiej mają w sobie coś takiego, że zapadają w serce i już w nim zostają. I tak sobie potem czytelnik wędruje i w tej swojej wędrówce wyjmuje z pamięci okruchy tych miniaturek – wtedy, gdy są mu do czegoś potrzebne, kiedy coś muszą mu wytłumaczyć, kiedy potrzebuje dystansu, kiedy sens tego co wokół wymyka mu się z pola widzenia. To pisarstwo naprawdę tak działa! Sprawdźcie sami! Może dlatego lubiłam zabierać te książki w podróż i czytać w busach, na przystankach, w drodze. Bo wtedy ten dystans do świata jest jeszcze większy. To też przetestujcie!
Dlatego Pani Romo, proszę pisać dalej, bo kolejne miniaturki są bardzo, bardzo potrzebne.
Tom „Czułość i obojętność” (wyjątkowo niefortunny tytuł, nawiązujący do tradycji romansów, okrutnie mylący i płytki) to najbardziej intymna ksiązka Romy. Tytuły poszczególnych miniatur nawiązują do pytań ankietowych (ulubiona potrawa, kim albo czym chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem, moja największa zaleta i największa wada itp.). Pytania banalne, odpowiedzi głębokie i mądre. Spokojne i wyważone. I szczere… do bólu. Zachwyca mnie i zadziwia jednocześnie ten psychiczny ekshibicjonizm Romy. Zachwyca mnie ta kobieta.
P.S. Wiadomość z ostatniej chwili. Pani Roma będzie na Warszawskich Targach Książki! Hura!!!!

czwartek, 21 kwietnia 2011

piątek, 15 kwietnia 2011

Eugene Ionesco - wybór sztuk

Twórczość Ionesco - przedstawiciela teatru absurdu - znałam jedynie z lektury „Łysej śpiewaczki”, którą pamiętałam ze studiów – głównie z tego, że uśmiałam się przy niej i rozbawiłam do łez. Już bez polonistycznego przymusu sięgnęłam po pozostałe dramaty. I co wyczytałam? Znakomitą karykaturę człowieka. Wybór na który trafiłam w taniej książce składa się z pięciu tekstów, a co jeden to lepszy. Ionesco pokazuje w krzywym zwierciadle to jak bardzo przywiązani jesteśmy do schematów, jakimi jesteśmy żałosnymi więźniami stereotypów, wyobrażeń, a nawet natury. Za kurtyną śmiechu i rozrywki kryje się okrutna prawda o człowieku. Każdy z tych tekstów jest inny, każdy równie dobry. Najlepszy jednak „Król umiera, czyli ceremonie” – dialog króla i jego dwóch żon, lekarza i strażnika królewskiego. Wmawiają oni królowi, że pod koniec przedstawienia umrze i przygotowują go na tę śmierć. W absurdalnych dialogach wychodzi cała nędza człowieka, strach i bezsilność wobec przeznaczenia. Znakomita jest też sztuka „Kubuś, czyli uległość” – choć akurat tutaj absurd przybiera najbardziej komiczne oblicze. Sztuka pełna jest kapitalnych przekręceń językowych i dialogów nie prowadzących do porozumienia. Język sztuk Ionesco jest wartki, rytmiczny, płynie szybko i lekko. Polecam dla rozrywki i refleksji. Trzeba tylko dać się porwać tym tekstom, trzeba trochę odwagi aby zanurzyć się w teatr absurdu. Trochę luzu i dystansu. Ale naprawdę warto. Przekonajcie się!

sobota, 9 kwietnia 2011

Jeff Kinney "Dziennik cwaniaczka"

 
Autor miał fajny pomysł, wydawca jeszcze fajniejszy. Co z tego wyniknie dla młodego czytelnika – nie wiadomo. „Dziennik cwaniaczka” jest bowiem wybuchową krzyżówką przygód „Koszmarnego Karolka” i mojego ukochanego Mikołajka. Mikołajkowi nawet bliższa w konstrukcji świata i myślenia głównego bohatera. Tyle że główny bohater - Greg jest już gimnazjalistą , co nie zmienia faktu, że przychodzą mu na myśl równie absurdalne pomysły, a i poziom jego inteligencji stanowi poważną konkurencję dla Mikołajka. Magia tej książeczki tkwi jednak przede wszystkim w formie graficznej, wzorowanej na ręcznie pisanym dzienniku, z liniami jak w zeszycie i dużą, przyjazną dla oka czcionką. Całość uzupełniają fikuśne, komiksowe ilustracje. Lektura na godzinkę. Dla starszych czytelników dobra dla relaksu, do pośmiania się i powspominania szkolnych czasów i wybryków własnego dzieciństwa. Dla młodszych… chyba nieszkodliwa, zwłaszcza tych wychowanych na Karolku. 

niedziela, 3 kwietnia 2011

Roma Ligocka "Kobieta w podróży"

To już trzeci zbiór prozatorskich miniaturek Romy Ligockiej, który przeczytałam, a właściwie wchłonęłam z zapartym tchem. Wchłonęłam, bo podoba mi się jej delikatność, bezpośredniość, to wyłuskiwanie z życia ważnych momentów i odwaga – ogromna odwaga w dzieleniu się nimi z czytelnikiem.  Miniaturki zebrane w tomie „Kobieta w podróży” wydały mi się najdojrzalsze i w formie i treści, najlepiej spuentowane i  - przepraszam za kolokwializm – „najmocniejsze”. Najwięcej w tym tomie opowiadań odwołujących się do tragicznej przeszłości autorki, a ich siła rażenia tkwi w kontrastach obrazów i dosłowności. Za przykład można podać pierwszy, znakomity obraz „Majowa niedziela” i sielankowy widok biegających po łące dziewczynek z porażającą informacją o tym, czego na tej łące szukają. Takich obrazów jest w książce więcej. W tym mój ulubiony - „Nauczyciel religii”.
Aż szkoda że przede mną ostatni już tom opowiadań Romy do przeczytania. Przyjmuję jej pisarstwo bardzo emocjonalnie, jak kogoś bardzo mi bliskiego. Zadziwia mnie jej wrażliwość, zachwyca kunszt słowa. Marzę, żeby znowu spotkać się z nią na tegorocznych targach książki.