wtorek, 31 maja 2011

Wojciech Mann "Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Książkę dostałam w prezencie od przemiłej osoby, dlatego tym chętniej zaczęłam ją czytać. Jeśli myślicie, że to kolejne górnolotne wspomnienia znanej z telewizji twarzy, zaczynające się od pokrętnych losów pradziadów to nic bardziej mylnego. Wojciech Mann koncentruje się na swojej trwającej od młodości przygodzie z muzyką i opowiada o drodze zawodowej z muzyką związaną. Tylko o tym. Ale i tak historia jest pasjonująca. Bo musicie wiedzieć, że opowiada o swoich kontaktach z muzyką w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nie wiem jak tę barwną opowieść Manna odbierają ludzie pamiętający te czasy, ale ja – niepamiętająca, bo i jakim sposobem – czytałam to jak powieść o dawnych, nieznanych mi, a przez to egzotycznych czasach i nie mogłam się nadziwić, że tak to w Polsce było. Fragmenty wspomnień Manna mogłyby spokojnie wejść do podręcznika historii Polski dla młodych ludzi, bo na pewno ilustrują stan rzeczy lepiej niż suche fakty. Nie tylko schematy działania ówczesnej socjalistycznej władzy, ale cały ten absurdalny światopogląd, a także to jak Polskę postrzegali ludzie z zachodu. Mann do podręczników historii!!!!
Poza tym książce roi się od nazwisk legendarnych muzyków, wydarzeń i w ogóle wielu ciekawych muzycznych faktów. Ale poza niewątpliwym walorem dydaktycznym jest to po prostu wspaniała opowieść o realizacji marzeń, o konsekwentnym dążeniu do celu, napisana z dużą dozą dystansu do siebie i świata. W wielu momentach płakałam ze śmiechu, czytając o przygodach Manna w muzycznym świecie. Humor tych wspomnień tkwi zresztą nie tylko w ich anegdotycznym charakterze, ale także - a może przede wszystkim - w języku. Naprawdę polecam, z każdego z wymienionych powodów. Wielki szacun dla autora!
P.S. Warto napisać jeszcze dwa słowa o odwadze wydawnictwa Znak, które wydało książkę zrywając gdzieniegdzie z estetycznymi kanonami. Ten żarówkowy, wściekły pomarańcz na grzbiecie, czwartej stronie okładki i w czcionce jest obłędny. A jednak nie razi. Tak jak nie razi przebarwione, podkręcone go granic możliwości kolorystycznie, choć niewątpliwie sympatyczne zdjęcie autora. W samym tekście również zastosowano kilka mało popularnych chwytów typograficznych. Mimo to podoba mi się ten produkt. Ciekawa jestem waszych opinii o wizualnej stronie książki.

niedziela, 29 maja 2011

Annika Idstrom "Listy do Trynidadu"

Książkę dostałam bezpłatnie na ostatnich targach książki jako egzemplarz promocyjny na stoisku wydawnictwa Kojro, specjalizującego się w literaturze krajów skandynawskich http://www.kojro.pl/ Nieszczególnie udana okładka, papier i kompletnie nieznane nazwisko spowodowały, że najpierw chciałam książkę rezrefleksyjnie oddać do gromadzenia. Jednak przeczytałam wyczerpująca recenzję na blogu:
i zdecydowałam się na lekturę. I dobrze. Bo – nie wiem dlaczego – lubię książki o mrocznej stronie natury człowieka, ksiązki gorzkie i odpychające, śmiejące się naturze człowieka prosto w twarz. Bo przecież gdzie jak nie w literaturze i z jej pomocą powinniśmy się mierzyć z naszą naturą… Gdzie lepiej zostaną nazwane rzeczy po imieniu? A to jest właśnie jedna z tego typu lektur.
Zawiązanie akcji jest zupełnie przyziemne. Fiński urzędnik Seppo jedzie z rodziną na wycieczkę do Ziemi Świętej. Z rodziną, czyli piękną żoną i czternastoletnią, upośledzoną córką. W miarę rozwoju wydarzeń dowiadujemy się wstrząsających rzeczy na temat funkcjonowania tej rodziny. Nadopiekuńcza matka okazuje się toksyczna i okropna dla swojego dziecka, mężczyzna zaś brzydzi się córki i wstydzi a żonę dawno już odrzucił i zastąpił przelotnymi kochankami. Podczas odpoczynku lody jednak pękają i kobieta nie wytrzymuje tej sytuacji. Okazuje się zresztą, że również ma kochanka i nawet sprowadza go do pokoju hotelowego. W kilku recenzjach książki przeczytałam, że scena ta wydała się czytelnikom nieprawdopodobna i trochę absurdalna. Ja tego tak nie odebrałam. Do sceny tej mistrzowsko wprowadzają zresztą dialogi małżeństwa i napięcie między nimi (także erotyczne – pokazane niemalże tak po mistrzowsku jak u Kundery). Książka jest szokującym stadium toksycznego małżeństwa i rodzicielstwa. Kończy się tragedią. Nie będę pisała jaką, żeby nie odebrać siły rażenia tej sceny następnym czytelnikom, powiem tylko, że w moim odczuciu od pewnego momentu główną bohaterką książki staje się Ursula – upośledzona dziewczynka. Listy od niej, odkryte po powrocie z wypoczynku pokazują jak bardzo - jako jedyna - była świadoma tego co się działo w jej rodzinie. Jako jedyna – swoim upośledzonym umysłem  (choć w pewnym momencie już nie wiadomo czy na pewno upośledzonym czy po prostu wykształconym w skutek traumy, odrzucenia i zamknięcia w swoim świecie) zdiagnozowała rzeczywistość. Podane przez autorkę ciągiem jeden po drugim listy są chyba mocniejszą puentą książki, niż finałowa tragedia.
Bardzo podobała mi się konstrukcja powieści. Początkowo zupełnie realna, potem nabierająca coraz więcej cech onirycznych, w pewnym momencie już nie wiemy, czy to wszystko dzieje się naprawdę czy jest gorączkową maligną Seppo. Wiele tych onirycznych scen zaczyna nabierać symbolicznego wyrazu. Szczególnie ewoluuje w nich postać Urszuli – początkowo bezradnej i upośledzonej, potem demonicznej i strasznej, potem zaś prawie świętej…
Główny bohater pisze też od czasu do czasu listy do różnych osób, w których opisuje otaczającą go rzeczywistość. W listach tych (co konstrukcyjnie podkreślają liczne powtórzenia) wychodzi całe zakłamanie i podwójna moralność dobrze ułożonego, zadowolonego z życia urzędnika. Warto dodać, że wszystko to dzieje się w scenerii upalnej Ziemi Świętej – nieprzypadkowo, jakby dla kontrastu. Oj można by jeszcze pisać o tej książce i pisać. Z całą pewnością jest to tekst, który pozostaje w czytelniku i długo jeszcze - przygotujcie się na to - niepokoi…

czwartek, 26 maja 2011

Jerzy Wlazło "Kot syjonu"

Zacznijmy od tego, że nie znam się na kryminałach, bo ich nie czytam. Poza małą przygodą z Conan Doylem w zamierzchłej przeszłości (po której bałam się iść w nocy do łazienki), nawet nie mam do czego porównać mojej ostatniej lektury. A może to i dobrze…
Dlaczego więc sięgnęłam po książkę tego gatunku? Bo byłam na spotkaniu z autorem. Jego pierwszym z prawdziwego zdarzenia spotkaniu z czytelnikami. I zobaczyłam niemłodego już człowieka, któremu spełniło się marzenie. Został pisarzem. Aż miło było go słuchać i patrzeć na jego radość. Oczywiście udało mu się zainteresować książką, zwłaszcza zdaniem, że to kryminał bez trupa. Tak naprawdę to jeden trup jest, ale z zamierzchłej przeszłości, a jego ostatnie chwile nie do końca zostają wyjaśnione. Jest też cała galeria oryginalnych i dobrze skrojonych postaci, z głównym bohaterem – skończonym zawodowo i wiecznie pijanym detektywem Bialasem na czele.
Akcja zawiązuje się, gdy zostaje on wezwany do ekscentrycznej  i tajemniczej hrabiny, która prosi go o to aby znalazł dla niej… kota. I tu czytelnik zastanawia się, czy dotknął go jakiś żart  autora, czy literacki kicz, czy czort wie co. Potem jednak akcja przybiera na sile. Detektywa spotykają kolejne dziwne zdarzenia i sprawy, które - jak się potem okaże - splotą się pięknie w jedną całość. Zakończenie zaś zaskoczy i na pewno usatysfakcjonuje nawet najbardziej wybrednego czytelnika. Zakończenie bowiem jest przewrotne i może nie do końca jednoznaczne, ale optymistyczne, jak nie w tym gatunku. Jeśli jednak myślicie, że to łatwa lektura dla rozrywki to tak nie jest. Książka nie ma ani łatwej konstrukcji (często akcja urywa się nagle aby potem niespodziewanie powrócić w retrospekcji na swoje miejsce), ani prostych, schematycznych bohaterów. Wymaga skupienia i uwagi. Ale warto, także dla języka. Dużo tu językowych rodzynek, sposób postrzegania świata przez zapitego detektywa jest bowiem nader specyficzny i w tym języku się świetnie odbija. Swoją drogą jeszcze nie spotkałam tak pijącego bohatera. Alkohol wydaje się jednym z bohaterów książki.
Jeśli autor ma jeszcze coś w zanadrzu (a na spotkaniu mówił, że ma) i jeśli nadal utrzyma taki poziom to życzę mu pewnego miejsca w literaturze. Na pewno sięgnę po następną książkę.

niedziela, 22 maja 2011

Ulysses Moore - zeszyt 5 - 7

Kolejne podróże i kolejne drzwi. W piątym i szóstym tomie wszystkie zagadki zapomnianego miasteczka Kilmore Cove i jego poszczególnych mieszkańców zaczynają się powoli wyjaśniać, choć zanim ostatecznie to nastąpi, autor wprowadza mnóstwo komplikacji i zwrotów akcji. W piątym tomie pozostają do odkrycia jeszcze jedne drzwi… umieszczone w opuszczonej lokomotywie na dawno już nieczynnej i zapomnianej stacji kolejowej w miasteczku (sugestywny opis zapomnianego dworca).
Tom szósty w tajemniczych okolicznościach zaginął w mojej bibliotece, dlatego aby rozwiązać wszystkie zagadki musiałam go sobie… kupić. Wyobraźcie sobie więc jaka musi być siła przyciągania tej książki, że zdecydowałam się na zakup, zamiast poczekać (fakt, nie wiem ile), zanim zbiory biblioteczne będą uzupełnione. A to właśnie tu rozwiązuje się większość zagadek. Po przeczytaniu szóstego tomu (czyli w połowie serii) odnosi się wrażenie, że wszystko już zostało powiedziane i czytelnik zaczyna się zastanawiać, co jest w takim razie w następnych tomach A samo rozwiązanie tajemnic miasteczka jest częściowo przewidywale, częściowo schematyczne a częściowo oryginalne i zaskakujące. I niestety pełne sprzeczności i logicznych niedociągnięć – a to niestety podstawowa wada tego cyklu. Dlatego w pewnym stopniu zgadzam się w komentarzem Lilybeth, która napisała pop poprzednimi tomami:
„W pierwszym [tomie] bardzo mi przeszkadzały papierowe postacie, zwłaszcza trójka dzieciaków na pierwszym planie, jakoś zupełnie nieprawdziwa, oraz schematy - mnóstwo schematów. Mam wrażenie, że lepiej by się ta historia sprawdziła w postaci filmu.”
Zgadzam się z papierowymi postaciami (papierowymi albo filmowymi właśnie) i schematami (także w konstrukcji książki) i zgadzam się z tym, że historia jest bardzo, bardzo filmowa Jednak jakaś magia tej ksiązki kazała mi, staremu polonistycznemu wyjadaczowi książek, iść i kupić szósty tom aby dowiedzieć się co dalej…
Najbardziej zdziwił mnie początek tomu siódmego. Spodziewałam się powrócić ponownie do Kilmore Cove a tym czasem znalazłam się we współczesnej Wenecji i w dodatku z zupełnie nową bohaterką, córką konserwatorki sztuki. Przyjechały tu razem aby matka mogła pracować nad dziwnym i strasznym w opinii miejscowych domem należącym do zmarłego malarza. Anita odkrywa między belkami sufitu dziwny zeszyt, zatytułowany „Podróż do kraju, który umiera” i prośbę o odesłanie go Panu Moore. I trafia do Kilmore Cove… Więcej zdradzać nie będę, może poza tym, że zachwycił mnie pomysł książki-okna, przez której ilustracje czytelniczy pochyleni akurat w tym momencie nad egzemplarzami książki, widzą się wzajemnie.
Warto zwrócić także uwagę na pomysł autora, aby poprzednie tomy – stylizowane w szacie graficznej na stare zeszyty, konsekwentnie poprzedzane mailami domniemanego tłumacza do wydawnictwa, były tomami opublikowanymi także w książce. Kufer z zeszytami, w których Ulysses Moore spisał historię dzieci, trafiają w ręce tłumacza i Anita czyta je w postaci wydanych książek. Stąd wie bardzo dużo o Klimore Cove. Sam pomysł aby książka czytana przez czytelnika okazywała się na końcu książką spisywaną przez samego bohatera jest już wyświechtany, ale tu dość oryginalnie posiada on dalsze konsekwencje.
I to tyle z Kilmore Cove. Dwa następne tomy wypożyczył przede mną perfidnie inny czytelnik. Pertraktacje z działem gromadzenia o zakup tomu 10 i 11 trwają. Ciąg dalszy powinien więc nastąpić…

środa, 18 maja 2011

Ulysses Moore - zeszyty 2 - 4


Zdecydowałam się - naznaczona dedykacją - poszukać dalszych kluczy i pootwierać jeszcze kilkoro drzwi i po skończeniu drugiej części po prostu utonęłam w tej serii. Już dawno nic nie wciągnęło mnie tak bardzo, żeby nie zważając na okoliczności dnia codziennego czytać ciągle i wszędzie. O ile bowiem pierwszy tom jest po prostu rozbudowanym wstępem do przygód głównych bohaterów, zawiązaniem akcji – momentami zresztą troszkę przydługim, o tyle drugi tom zachwyca rozwojem akcji i wciąga po całości. Dużą zaletą serii jest misternie utkana, wartka, wciąż komplikująca się akcja, pełna zwrotów i nieoczekiwanych rozwiązań. No dobra, trochę oczekiwanych i przewidywalnych, ale zdolność przewidywania zależy od czytelniczego wyrobienia a gdy popatrzy się na tę serię oczami dziecka, rozwiązania te nie są z całą pewnością całkowicie oczywiste. Poleciłabym więc tę serię miłośnikom przygód i zagadek. To co zafascynowało mnie w książkach włoskiego pisarza to misternie, znakomicie wykreowany świat tajemniczego miasteczka Kilmore Cove, które zniknęło ze wszystkich map i jego mieszkańców, owszem, trochę schematycznych i gdzieniegdzie za bardzo filmowych, ale kryjących wiele fascynujących tajemnic. Jest tu trochę niedociągnięć, logicznych nieścisłości, ale lektura serii stanowi taką atrakcję, że chyba można to autorowi wybaczyć. Bo też nadrabia tym, że - tak jak pisałam w recenzji pierwszej części – obok motywów dobrze nam znanych z fantastyki, mimo zawiązania fabuły wokół tak wyeksploatowanego motywu podróży w czasie, obok „uniwersaliów” fantastyki, jest tu wiele motywów oryginalnych i niespotykanych. A bogactwo motywów zachwyca, mamy tu i kręte archiwa, i antykwariat ze starymi mapami, i postać demonicznego antykwariusza, i obracający się wokół własnej osi Dom Luster, i Nieistniejącą Komnatę, i zakazane książki, i wiele innych atrakcji. Było już to wszystko prawda? I jeszcze będzie. Ale Ulisses Moore opakował to naprawdę bardzo starannie i atrakcyjnie. Przede wszystkim zachwyca mnie cała teoria wrót czasu, mechanizm ich działania oraz ich tajemnicze dzieje. Podoba mi się filozofia tej książki.
Warto dodać, że seria jest atrakcyjnie wydana. Twarde oprawy w obwolutach, stylizowane na stare księgi i zeszyty (foto powyżej). W środku czytelna czcionka, fikuśne, powiązane z treścią ozdobniki (w każdej części inne!!!) oraz mnóstwo naddanych treści na wyklejce i pod tytułami kolejnych rozdziałów.
Nie wiem co sądzą o tej serii inni, koleżankę z działu dziecięcego irytowały te logiczne nieścisłości. Mnie prawdopodobnie udało się spojrzeć na nią oczami dziecka. Udało mi się uciec w ten świat. Może właśnie to jest mi teraz potrzebne… Bo czymże jest fantastyka jak nie możliwością ucieczki?
 Relacja z dalszych poszukiwań kluczy i tego co spotkało mnie za następnymi drzwiami wkrótce…

poniedziałek, 16 maja 2011

Warszawskie Targi Książki

Znowu... Czekałam na nie cały rok. Na to jedyne w swoim rodzaju święto książki. Czekałam cały rok na spotkania z innymi księgoholikami, miłośnikami papieru - tymi, dzięki którym nadal ma on rację bytu. Bo choć pasaż stoisk z czytnikami e-booków niebezpiecznie się rozrósł, chociaż plakaty złowieszczo informowały o przyszłości bez papieru, to obok takich widoków:

pojawiły się też takie (na zdjęciu poniżej wyeksponowany ekslibris wydawnictwa Łośgraf):
obok takich przykrych obrazów jak stoisko Państwowego Instytutu Wydawniczego:

takie rozkoszne obrazki (Duży Dong, którego można było podziwiać obok książki Marcina Szczygielskiego "Za niebieskimi drzwiami - laureata tej oryginalnej nagrody):
Zachwyciło mnie obszerne stanowisko książek rosyjskich i armeńskich - tych drugich - szczególnie dziecięcych, które poniżej (jedną kupiłam, nie mogłam sobie odmówić posiadania książki napisanej takim fikuśnym alfabetem!)
Zachwyciło mnie również stoisko Ogólnopolskiej Wypożyczalni Książek Dotykowych, mieszczącej się przy Ośrodku dla Dzieci i Młodzieży Słabowidzącej w Lublinie. Książki te zostały wykonane ręcznie, w jednym egzemplarzu, pomysłowo, estetycznie i z sercem:













Ale najbardziej, najbardziej cieszyło mnie - jak zawsze - spotkanie z ukochanymi autorami. Tym razem była to Hanna Kowalewska, prof. Joanna Papuzińska, Wojciech Widłak i... Roma! Udało mi się porozmawiać z panią Romą trochę dłużej. Była w pogodnym nastroju i pięknie wyglądała. Kolejne niezapomniane spotkanie.

A jak Wasze wrażenia z Targów? Jestem bardzo ciekawa.
Ja byłam w niebie. Funduję sobie takie niebo raz w roku...

sobota, 14 maja 2011

Adrian Frutiger "Człowiek i jego znaki"

„Człowiek i jego znaki” to potężna monografia znanego typografa. Jak wskazuje tytuł, Frutiger szczegółowo omawia wszystkie znaki „wyprodukowane” przez człowieka na przestrzeni dziejów. Od prehistorycznych obrazów na skałach, po współczesne piktogramy na urządzeniach elektronicznych. Autor koncentruje się na przejściach od realistycznych przedstawień danych przedmiotów i zjawisk do znaków konwencjonalnych, abstrakcyjnych.
W pierwszej części książki szczegółowo i wyczerpująco omawia m.in. podstawowe figury geometryczne oraz zależności w jakich występują. Ta część książki jest kopalnią wiedzy na temat psychologii kształtu – przydatnej w wielu dziedzinach wiedzy i sztuki. Drugi rozdział – najciekawszy dla mnie, to jasno i klarownie wyłożona historia pisma. Czyli odpowiedź na pytanie dlaczego kształty liter są takie jakie są. Trzecia część – najtrudniejsza w odbiorze – szczegółowo omawia różnorodne znaki (sygnatury, herby, flagi państwowe, znaki towarowe itp.). Szczególnie cenne są informacje o etymologii tych znaków.
Jednym słowem książka Frutigera to propozycja o szerokim zastosowaniu i szerokiej grupie czytelników – od grafików do polonistów (wszak bardzo wiele uwagi poświęca komunikacji).
Staranną i czytelną szatę graficzną uzupełnia przebogaty materiał ilustracyjny. Dobra robota edytorska.

poniedziałek, 9 maja 2011

Anna Onichimowska "Dziesięć stron świata"

„Dziesięć stron świata” to dziesięć dobrze skrojonych konstrukcyjnie, kilkunastostronicowych opowiadań. Każde z nich dzieje się w innym zakątku świata, każde ilustruje inną kulturę, obyczaje i mentalność oraz warunki ekonomiczne i społeczne, ale w każdym opowiadaniu bohaterowie mają po piętnaście lat. I tak poznajemy nastoletnią prostytutkę z Kolumbii, Pakistańczyka, który ma wykonać zamach terrorystyczny, chorego na bulimię chłopca bogatych zachodnich rodziców, wybitnie zdolną z matematyki murzynkę szykowaną do ślubu z nieznanym sobie prawie mężczyzną, Piotrka z Warszawy, który w poszukiwaniu pieniędzy potrzebnych mu dla zaimponowania dziewczynie zgadza się na pozowanie do dziecięcej pornografii, czy też Emmę, której matka bierze ślub z wieloletnią przyjaciółką… Mocne prawda? Autorce – jak sądzę – chodziło o zilustrowanie i uświadomienie piętnastolatkom, czyli rówieśnikom głównych bohaterów  jak bardzo ich losy zdeterminowane są nie tylko warunkami bytowymi, ale przede wszystkim kulturą i częścią świata, w której żyją. Część problemów jest wspólna, część zaś wynika właśnie z „czasu i miejsca”. Mądra książka. Mądra dla nastolatka, ucząca tolerancji dla innych, otwierająca oczy, szokująca. Bardzo inicjacyjna. Dla dorosłego zaś… dla mnie (bo nie chcę generalizować)… irytująca w pewnych naiwnych, łatwych rozwiązaniach. Bo i większość tych opowiadań kończy się dobrze. W książce. W życiu na pewno tak się nie kończy…
Coś nie mogę strawić książek Onichimowskiej. To już druga jej książka, która pozostawia we mnie jakiś niesmak. To drugie spotkanie z autorką  i chyba ostatnie. Tak bywa.

piątek, 6 maja 2011

Ulysses Moore "Wrota czasu" - zeszyt pierwszy

W gruncie rzeczy pierwsza część 12 tomowego cyklu domniemanego Ulyssesa Moora (a tak naprawdę włoskiego pisarza Pierdomenico Baccalario) jest zlepkiem motywów w literaturze już dobrze znanych i wyeksploatowanych, w dodatku włożonych w najczęstszy schemat powieściowy i ze schematycznymi bohaterami. Jest tu i tajemnicza willa na skale nadmorskiej, pełna starych pokoi, i duch tajemniczego, zmarłego właściciela, i drzwi prowadzące do… (tego zdradzać nie będę), i zagadki które rozwiązują bohaterowie (tu wzbudzająca sympatię trójka dzieciaków), i czarny charakter, i mój ulubiony typ bohatera w książkach dziecięcych – dorosły (tu stary ogrodnik Nestor), który jest łącznikiem między realnym a fantastycznym światem i całym sercem kibicuje młodocianym bohaterom w ich działaniach. To wszystko w niezliczonych konfiguracjach już w literaturze dziecięcej było i pewnie jeszcze będzie, ale to nic – bo czytało się to fajnie i szybko. Naprawdę godna polecenia przygodówka z wartką, wciągającą akcją i prawdopodobnie (bo to dopiero pierwsza część) przejrzystym systemem wartości. Jedyną wadą lektury jest to, że pierwsza część jest DOSŁOWNIE pierwszą częścią cyklu, czyli nic nie wyjaśnia a jedynie zawiązuje akcję. Oznacza to, że jeśli zdecydujecie się na lekturę książki, rozsądne będzie skończyć na ostatnim tomie, bo prawdopodobnie dopiero w nim wszystko się wyjaśni. Jednak jeśli lubicie fajną, młodzieżową fantastykę to polecam. Sama miałam małe zawahanie, czy chcę brnąć dalej w ten świat, ale autor napisał mi w książce dwa lata temu na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie, żebym „znalazła wszystkie klucze i otworzyła wszystkie drzwi”. No to chyba wypada:-)

niedziela, 1 maja 2011

Ludwik Gocel "Przypadki jej królewskiej mości książki"

Uwielbiam te stare gawędy bibliofilskie, przesycone do nieprzyzwoitości miłością do książki oraz tytułami, faktami, datami i anegdotami z jej żywota. A wszystko to poplątane ze sobą tak bardzo, że po przeczytaniu i tak niewiele się pamięta. A mimo wszystko czyta się z rozkoszą, ze zdziwieniem i podziwem dla autorów, dla ich wiedzy i tej nieprzyzwoitej miłości. Kilka takich perełek można znaleźć w mojej ulubionej, niestarzejącej się wcale mimo coraz bardziej archaicznego języka serii „Książka o książce” (Ossolineum, lata sześćdziesiąte). O kilku z nich już pisałam („Gawędy o książkach”, „Dziwne historie książki”), teraz przyszedł czas na „Przypadki jej królewskiej mości książki” Ludwika Gocela - znakomitą gawędę, uporządkowaną tematycznie, będącą skarbcem wiadomości o książce. Książka składa się m.in. z takich rozdziałów jak: Dedykacje na książkach, Książki o treści dziwacznej i oryginalnej, Zapisy na książkach, Losy bibliotek, Przygody książek, Książki zaczytane i grzebane, Honoraria autorskie, Złodzieje książek i zaklęcia przeciwko nim, Wrogowie książek, Przyjaciele książek itd.  Mimo iż układ ten jest typowy, domyślacie się zapewne jakie perełki kryją się w poszczególnych rozdziałach. Mimo nieco archaicznego już języka książkę czyta się wyśmienicie. Jest czytelna, nieprzesycona specjalistycznym słownictwem, adresowana dla każdego miłośnika szelestu stron. Bije na głowę „Komedię książki” – głównie ze względu na przykłady z dziejów polskiej książki.
Odgrzebujmy te stare, wartościowe wydawnictwa, zdmuchujmy z nich kurz i ocalajmy od zapomnienia. Bo są pisane z tą irracjonalną, przemożną pewnością, że książka kodeksowa będzie już zawsze jedyną formą książki i nic jej nie zagrozi. Są pisane z tą wspaniałą nieświadomością jej losów…
Na koniec sonet Hieronima Kajsiewicza z 1833 roku, odnaleziony w powyższej gawędzie:
„Otwórzcie mi księgarnie wszystkich krajów świata,
Chcę się w nie rzucić, wrosnąć, zatopić i szperać,
Z ksiąg chcę mieć pokarm, napój, w księgi się ubierać,
Spać w księgach i śnić księgi – i by myśl bogata
Kupiła wszechmarzenia, rachuby i lata,
Chcę żyć wieki w cierpieniach, by jałmużnę zbierać,
A gdy przyjdzie czas – gwałtem tu w księgach umierać,
Niech mię Bóg zrobi stróżem ksiąg tamtego świata”.
Amen