niedziela, 22 maja 2011

Ulysses Moore - zeszyt 5 - 7

Kolejne podróże i kolejne drzwi. W piątym i szóstym tomie wszystkie zagadki zapomnianego miasteczka Kilmore Cove i jego poszczególnych mieszkańców zaczynają się powoli wyjaśniać, choć zanim ostatecznie to nastąpi, autor wprowadza mnóstwo komplikacji i zwrotów akcji. W piątym tomie pozostają do odkrycia jeszcze jedne drzwi… umieszczone w opuszczonej lokomotywie na dawno już nieczynnej i zapomnianej stacji kolejowej w miasteczku (sugestywny opis zapomnianego dworca).
Tom szósty w tajemniczych okolicznościach zaginął w mojej bibliotece, dlatego aby rozwiązać wszystkie zagadki musiałam go sobie… kupić. Wyobraźcie sobie więc jaka musi być siła przyciągania tej książki, że zdecydowałam się na zakup, zamiast poczekać (fakt, nie wiem ile), zanim zbiory biblioteczne będą uzupełnione. A to właśnie tu rozwiązuje się większość zagadek. Po przeczytaniu szóstego tomu (czyli w połowie serii) odnosi się wrażenie, że wszystko już zostało powiedziane i czytelnik zaczyna się zastanawiać, co jest w takim razie w następnych tomach A samo rozwiązanie tajemnic miasteczka jest częściowo przewidywale, częściowo schematyczne a częściowo oryginalne i zaskakujące. I niestety pełne sprzeczności i logicznych niedociągnięć – a to niestety podstawowa wada tego cyklu. Dlatego w pewnym stopniu zgadzam się w komentarzem Lilybeth, która napisała pop poprzednimi tomami:
„W pierwszym [tomie] bardzo mi przeszkadzały papierowe postacie, zwłaszcza trójka dzieciaków na pierwszym planie, jakoś zupełnie nieprawdziwa, oraz schematy - mnóstwo schematów. Mam wrażenie, że lepiej by się ta historia sprawdziła w postaci filmu.”
Zgadzam się z papierowymi postaciami (papierowymi albo filmowymi właśnie) i schematami (także w konstrukcji książki) i zgadzam się z tym, że historia jest bardzo, bardzo filmowa Jednak jakaś magia tej ksiązki kazała mi, staremu polonistycznemu wyjadaczowi książek, iść i kupić szósty tom aby dowiedzieć się co dalej…
Najbardziej zdziwił mnie początek tomu siódmego. Spodziewałam się powrócić ponownie do Kilmore Cove a tym czasem znalazłam się we współczesnej Wenecji i w dodatku z zupełnie nową bohaterką, córką konserwatorki sztuki. Przyjechały tu razem aby matka mogła pracować nad dziwnym i strasznym w opinii miejscowych domem należącym do zmarłego malarza. Anita odkrywa między belkami sufitu dziwny zeszyt, zatytułowany „Podróż do kraju, który umiera” i prośbę o odesłanie go Panu Moore. I trafia do Kilmore Cove… Więcej zdradzać nie będę, może poza tym, że zachwycił mnie pomysł książki-okna, przez której ilustracje czytelniczy pochyleni akurat w tym momencie nad egzemplarzami książki, widzą się wzajemnie.
Warto zwrócić także uwagę na pomysł autora, aby poprzednie tomy – stylizowane w szacie graficznej na stare zeszyty, konsekwentnie poprzedzane mailami domniemanego tłumacza do wydawnictwa, były tomami opublikowanymi także w książce. Kufer z zeszytami, w których Ulysses Moore spisał historię dzieci, trafiają w ręce tłumacza i Anita czyta je w postaci wydanych książek. Stąd wie bardzo dużo o Klimore Cove. Sam pomysł aby książka czytana przez czytelnika okazywała się na końcu książką spisywaną przez samego bohatera jest już wyświechtany, ale tu dość oryginalnie posiada on dalsze konsekwencje.
I to tyle z Kilmore Cove. Dwa następne tomy wypożyczył przede mną perfidnie inny czytelnik. Pertraktacje z działem gromadzenia o zakup tomu 10 i 11 trwają. Ciąg dalszy powinien więc nastąpić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz