wtorek, 31 maja 2011

Wojciech Mann "Rock Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"

Książkę dostałam w prezencie od przemiłej osoby, dlatego tym chętniej zaczęłam ją czytać. Jeśli myślicie, że to kolejne górnolotne wspomnienia znanej z telewizji twarzy, zaczynające się od pokrętnych losów pradziadów to nic bardziej mylnego. Wojciech Mann koncentruje się na swojej trwającej od młodości przygodzie z muzyką i opowiada o drodze zawodowej z muzyką związaną. Tylko o tym. Ale i tak historia jest pasjonująca. Bo musicie wiedzieć, że opowiada o swoich kontaktach z muzyką w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nie wiem jak tę barwną opowieść Manna odbierają ludzie pamiętający te czasy, ale ja – niepamiętająca, bo i jakim sposobem – czytałam to jak powieść o dawnych, nieznanych mi, a przez to egzotycznych czasach i nie mogłam się nadziwić, że tak to w Polsce było. Fragmenty wspomnień Manna mogłyby spokojnie wejść do podręcznika historii Polski dla młodych ludzi, bo na pewno ilustrują stan rzeczy lepiej niż suche fakty. Nie tylko schematy działania ówczesnej socjalistycznej władzy, ale cały ten absurdalny światopogląd, a także to jak Polskę postrzegali ludzie z zachodu. Mann do podręczników historii!!!!
Poza tym książce roi się od nazwisk legendarnych muzyków, wydarzeń i w ogóle wielu ciekawych muzycznych faktów. Ale poza niewątpliwym walorem dydaktycznym jest to po prostu wspaniała opowieść o realizacji marzeń, o konsekwentnym dążeniu do celu, napisana z dużą dozą dystansu do siebie i świata. W wielu momentach płakałam ze śmiechu, czytając o przygodach Manna w muzycznym świecie. Humor tych wspomnień tkwi zresztą nie tylko w ich anegdotycznym charakterze, ale także - a może przede wszystkim - w języku. Naprawdę polecam, z każdego z wymienionych powodów. Wielki szacun dla autora!
P.S. Warto napisać jeszcze dwa słowa o odwadze wydawnictwa Znak, które wydało książkę zrywając gdzieniegdzie z estetycznymi kanonami. Ten żarówkowy, wściekły pomarańcz na grzbiecie, czwartej stronie okładki i w czcionce jest obłędny. A jednak nie razi. Tak jak nie razi przebarwione, podkręcone go granic możliwości kolorystycznie, choć niewątpliwie sympatyczne zdjęcie autora. W samym tekście również zastosowano kilka mało popularnych chwytów typograficznych. Mimo to podoba mi się ten produkt. Ciekawa jestem waszych opinii o wizualnej stronie książki.

4 komentarze:

  1. Jak uda mi się przeczytać, to nie omieszkam się podzielić opinią. A narobiłaś chęci, oj, narobiłaś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od kiedy to ja już zabieram się do przeczytania tej książki? Jakoś nie może wpaść w moje ręce, i to bynajmniej nie z powodu mojej niechęci, bo muzyka z tamtych czasów, to moja ukochana, której wysłuchuje codziennie, dlatego każda okazja poznania bliżej uwielbianych przeze mnie czasów jest dobra :) Sięgnę, na pewno

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja miałam wręcz odwrotnie. Kupiłam tę książkę mojemu bratu, ale najpierw sama ją przeczytałam. W sumie zaczęłam bez przekonana i tak samo jakoś wyszło, że przeczytałam całą! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Agnes, Alu! - naprawdę warto!
    Czytanko! Ja też zaczęłam trochę bez przekonania a okazało się, że rodzynek!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń