niedziela, 12 czerwca 2011

Jacek Dehnel "Saturn"

Dehnel w zupełnie innej odsłonie. Po czerpiącej z najlepszych wzorców polskiej literatury, delikatnej „Lali”; poetyckim i wyrafinowanym „Rynku w Smyrnie”; po popisie znajomości historii fotografii i jedynej w swoim rodzaju interpretacji starych zdjęć w „Fotoplastikonie” i wreszcie po nieco sztucznej, ale równie wyrafinowanej literacko „Balzakianie” - zupełnie inna książka. Właśnie to lubię u Dehnela, tę naturalną, rzadko spotykaną umiejętność zmiany literackich konwencji. Każda książka zaskakuje i każda zachwyca.
„Saturn” też, choć jest dramatycznie inna od wszystkiego co spłodził już ten fantastyczny młody pisarz. Powieść okrutnie naturalistyczna, turpistyczna, brutalna językowo. I nie tylko językowo. Jest to bowiem szokujące studium relacji toksycznego ojca i syna. Tym bardziej szokujące, że ojcem jest znany hiszpański malarz - Goya. Konstrukcyjnie Dehnel rozpisuje „Saturna”, niczym w dramacie, na trzy głosy. Każdy z nich poprzedzony jest swego rodzaju didaskaliami: mówi Javier, mówi Francisco, mówi Mariano. Tym samym poznajemy trzy punkty widzenia i trzy oglądy tych samych sytuacji: ojca, syna i wnuka. Z monologów tych wyłania się demoniczny obraz Goi – z jednej strony wiecznie niezaspokojonego seksualnie człowieka, z drugiej starego, głuchego, niedomagającego starca. Z jednej strony zadufanego w sobie boga malarstwa, z drugiej strony marionetki w rękach historii. Przede wszystkim Dehnel znakomicie oddaje skomplikowane relacje ojca i syna. Chociaż gdybym miała w jednym zdaniu powiedzieć o czym jest ta książka, to powiedziałabym, że nie tylko o toksycznym ojcu, ale przede wszystkim o śmierci. Bo śmierć jest tu wszędzie, na każdej stronie. Śmierć, rozkład i wszystkie ohydztwa świata. Znakomita powieść, choć oczywiście trudno ją ot tak sobie polecić – bo to nie tytuł do przyjemnego czytania. I lepiej nie robić tego przy jedzeniu…

5 komentarzy:

  1. ja z Dehnelem miałam problem, zanim się wzięłam za jego książki, niestety przeczytałam kilka wywiadów i posłuchałam ploteczek ludzi, którzy z nim studiowali. jakoś mnie to wszystko odrzucało ...
    muszę jednak przyznać, że gdy po latach sięgnęłam po Balzakiana, byłam zadowolona ... Lala cierpliwie czeka w kolejce ale chyba najpierw będzie Saturn
    Czytając Dehnela mam wrażenie, że jest on bardzo świadomy swego talentu ( bo mimo wszystko nie można mu go odmówić) co sprawia, że odbieram go jako kabotyna ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dea, ja jestem ortodoksyjną fanką - dosłownie fanką - Dehnela. No może nie wieszam sobie na ścianie jego plakatów - bo takich nie ma,gdyby były to kto wie, ale zdjęcie ze spotkania przechowuję jak relikwię. Nie odbieram go negatywnie mimo iż - uwierz mi - wyczytałam o nim również wszystko co się dało. Jest jedyny w swoim rodzaju i z tym swoim pisarstwem i byciem... Odbieram go przede wszystkim jako piekielnie zdolnego człowieka, genialnego człowieka. Ten XIX-wieczny anturaż tylko dodaje mu wartości. Nie zapomnę spotkania z nim w ramach Pory Prozy, tej atłasowej kamizelki, zegarka na łańcuszku, kamei na krawacie. Wydawał mi się delikatnym ptakiem, który spadł przypadkowo w nasze czasy. A co do pisarstwa,to rzeczywiście jest świadomy swojego talentu, swojej świadomości słowa i to go paradoksalnie może zgubić. Boję się trochę, że jego twórzość może stać się pięknym kościołem bez Boga - jak to wieszcz powiedział o drugim wieszczu.
    Proponuje, żebyś jednak spotkanie z Dehnelem zaczęła od Lali. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. no fanka na całego! a ile sympatii w tym, co piszesz:-)jesteś przekonująca!
    ja w Dehnelu widzę sztuczność i kreację, ale powtarzam to mój odbiór.
    Nie mniej kiedy go czytam staram się o tym nie pamiętać:-)
    mam w stosunku do niego podobne obawy jak Ty:
    Boję się trochę, że jego twórzość może stać się pięknym kościołem bez Boga
    no właśnie ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm, wizerunku Dehnela nie kojarzę, a twórczość znam tylko z "Lali" i oceniam pozytywnie. Ale "Saturn", pewnie przez okładkę, odpycha mnie jakoś...

    OdpowiedzUsuń
  5. Agnes, mnie też odpychała ta okladka za każdym razem gdy brałam książkę do ręki. Ale mimo to po lekturze zrozumiałam dlaczego akurat ten obraz został wybrany. Jest organicznie związany z treścią książki i po lekturze książki jego obecność usprawiedliwia się.

    OdpowiedzUsuń