sobota, 30 lipca 2011

Aleksander Dumas "Hrabia Monte Christo"

Podjęłam poważne wyzwanie czytelnicze: ponad 1000 stron maczkiem, trzy tygodnie lektury. Ale warto wracać czasem do zakurzonej klasyki. Mój wybór padł na „Hrabiego Monte Christo”, bo pamiętałam, że koleżanki na studiach – te nie zwichrowane studiami polonistycznymi – zachwycały się tą powieścią. Poza tym czasami praktykuję takie miłe powroty do literackich staroci i zwykle dobrze one robią mojej kondycji czytelniczejJ. Zresztą nie żałuję tych trzech tygodni. Zachwyciłam się starym, bardzo już trącącym myszką przekładem Juliana Rogozińskiego. Zachwyciłam mocnymi, starymi, literackimi typami bohaterów, ciekawą metodą wprowadzania ich losów (przy tradycyjnej budowie fabuły), nieco przestarzałym już sposobem narracji i przede wszystkim… tragiczną historią marynarza Edmunda Dantesa. Jest w niej wszystko co być winno, ale przede wszystkim jest misterny, zaskakujący plan zemsty. Podobała mi się niezmiernie konstrukcja tej postaci: demoniczna, tajemnicza, jakby nie z tego świata. Romantyczna, tragiczna. I tak bardzo – do bólu – literacka. Ciekawa jestem jak zrobiono filmowe adaptacje, ale coś czuję, że nie obejrzę ich, bo na pewno nie oddadzą bogactwa nie tylko ludzkich typów, drugorzędnych bohaterów, ale przede wszystkim tych nieprzekładalnych na język obrazu egzystencjalnych rozterek i wewnętrznych monologów. I tego prawie zapomnianego już, naiwnego sposobu narracji.
Owszem, jest w powieści trochę dłużyzn i nudnych momentów, ale równoważą się one z ciekawymi retrospekcjami i finałowymi aktami zemsty.
Polecam wytrwałym tę nieprzeciętną powieść o człowieku, który pomyślał prze moment, że jak Bóg może wymierzać sprawiedliwość…

czwartek, 21 lipca 2011

z serii obiekty biblioteczne 3

Wejście do Biblioteki Publicznej w Szydłowcu. Biblioteka mieści się w zamku szydłowieckim - co wiele wyjaśnia...

niedziela, 17 lipca 2011

Neil Gaiman "Koralina"

Jako wielbicielka czarnego humoru i gotyckiego uroku opowiadań Edgara Allana Poe, sięgnęłam po „Koralinę” i dostałam to co chciałam – cały zestaw okropieństw, utrzymanych jednak w dawce w miarę odpowiedniej dla dziecka. Otrzymałam też w bonusie coś jeszcze – reminiscencje z mojej ukochanej „Alicji w Krainie Czarów”. Gadający kot, lustro, równoległy świat na opak i ta fantastyczna Carrollowska logika wydarzeń. A że podobne książki dla dzieci uwielbiam analizować psychoanalitycznie, w „Koralinie” dostrzegłam przede wszystkim studium odrzuconego dziecka, które mimo wszystko nie pragnie innej rodziny:
„Ja wcale nie chcę wszystkiego, czego pragnę. Nikt tego nie chce. Nie tak naprawdę. Co to a zabawa dostawać wszystko, o czym się marzy, tak po prostu?”
Koralina to także książka o dramacie dorosłych, zamkniętych w swojej przeszłości (dwie podstarzałe aktorki, pracownik cyrku). Początkowe dialogi bohaterki z tymi postaciami przypominały mi teatr absurdu.  Myślę, że to książka mocno terapeutyczna. Ilustruje przede wszystkim to o czym mówi wspaniałe motto powieści:
„Baśnie są bardziej niż prawdziwe: nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać.” (G.K.Chesteton)
I w końcu znajduje się w niej cały zestaw strachów dziecka: ciemność, robaki, nawet straszna ręka drugiej matki (kto z was nie bał się w dzieciństwie czarnej łapy?) – które okazują się do okiełznania. Można by tak o „Koralinie” pisać jeszcze i pisać, szukać podwójnego dna i związków z tradycją literatury… Ja takie uczty literackie uwielbiam.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Bruno Jasieński "Palę Paryż"

Nawet nie wiem skąd ta książkawzięła się na półce. Ale odkąd pamiętam wzbudzała moje zainteresowanie dziwnym, acz chwytliwym tytułem – tym bardziej,że lubię takie rytmiczne tytuły. Książka odstała w kolejce i - z minimalną wiedzą o powieści i o tym z czym ją się je -zaczęłam lekturę. Trochę więcej danych miałam o autorze, którego totalnie niezrozumiałe dla połowy populacji ludzkiej futurystyczne wiersze omawia się na polonistyce.
Co zastałam w tej odważnie zatytułowanej, zapomnianej dziś prawie powieści? Pierwsza jej część   (a jest ich trzy) zachwyciła mnie barwnym, choć oczywiście nieco futurystycznym i antyburżuazyjnym opisem Paryża. To w najlepszym wydaniu proza poetycka, jakiej już się dzisiaj nie spotyka, mimo iż miasto pokazane jest z perspektywy uciskanego proletariatu. Maturzyści! Jeśli będziecie kiedyś pisać o motywie miasta w literaturze, pierwsza część „Palę Paryż” jest znakomitym materiałem. Dwie pozostałe – obszerne części (ta poetycka zajmuje jedynie1/4 książki) to już opis szalejącej w Paryżu dżumy. I owszem, jest tu i walka klas, i ucisk proletariatu, i nienawiść do burżuazji, i w ogóle cała teoria Marksa wyłożona na talerzu, ale to wszystko nie przeszkadza w odbiorze tej, poniekąd znakomitej książki. Choć zaraza zostaje wykorzystana do walki klas, jednakże autor nie zapomina pchnąć jej także na nieco bardziej egzystencjalne tory. Wszyscy główni bohaterowie po swojemu stawiają jej czoła. Wszyscy przegrywają.
Oprócz tego: znakomity język, giętki i zmieniający się jak kameleon w zależności od aktualnego bohatera oraz ciekawa konstrukcja powieści. Główny bohater pierwszej części, po zadżumieniu miasta ginie z rąk oszalałego tłumu. Konsternacja czytelnika, który nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Następna część przenosi na chwilę do komunistycznych Chin i przywiązuje do następnego bohatera. Losy bohaterów przerywane są w dziwnych momentach, autor wprowadza następnych nieszczęśników i splata dramatycznie ze sobą ich losy.
Jednym słowem mnie nie przeszkadzały socjalistyczne treści. Zobaczyłam w powieści Jasieńskiego kawałek dobrej, także egzystencjalnej literatury.
Więcej informacji o książce znaleźć można w Wikipedii, ma osobne hasło:

środa, 6 lipca 2011

Ailleen Orr "Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz Armii Andersa"

Historię niedźwiadka Wojtka poznałam najpierw z uroczej powieści dla dzieci autorstwa Łukasza Wierzbickiego „Dziadek i niedźwiadek”: 
Autor książki był potem u mnie w bibliotece na spotkaniu z dziećmi, fantastycznie opowiadał o Wojtku i pokazywał dzieciom archiwalne filmy z udziałem niedźwiadka. Dlatego kiedy zobaczyłam na półce z nowościami „wersję dla dorosłych” – od razu ją wypożyczyłam. I dobrze, bo było warto. Autorka tej troszkę zbeletryzowanej opowieści o Wojtku nie tylko snuje historię niedźwiedziego żołnierza barwnym językiem (duża zasługa tłumacza!) ale i bardzo dokładnie i wyczerpująco wyjaśnia wiele historycznych i kulturowych zależności. Każdy zaistniały fakt jest przedstawiany w najszerszym jak tylko możliwe kontekście, np. rola zwierząt na wojnach rozbudowana jest do starożytnych czasów. Kiedy pisze o tym, że gdyby Wojtek nie został sprzedany żołnierzom, trafiłby do cyrku – wyczerpująco przedstawia losy cyrkowych zwierząt. Naprawdę opracowanie tematu jest godne podziwu.
Książka jest bardzo wzruszająca (szczególnie rozdział opowiadający o oddaniu Wojtka do zoo) ale i momentami śmieszna i zabawna, pełna anegdot z życia uroczego niedźwiadka (urosły też u mnie dzięki tej lekturze notowania Wierzbickiego bo znakomicie opracował dla dzieci te anegdoty, dopiero przy porównaniu obu książek widać jaką dobrą robotę dla dzieci wykonał).  Całość uzupełnia obszerny epilog innego autora, przedstawiający w 60-stronicowej pigułce losy Polaków od X wieku.
Wzruszająca historia i dobre opracowanie historyczne – ot co. Polecam nie tylko miłośnikom Wojtka!

niedziela, 3 lipca 2011

Cornelia Funke "Atramentowe serce"

„Atramentowe serce” często wymieniane jest na listach książek o książkach. Ma dobre recenzje, dlatego chętnie sięgnęłam po tę grubaśną (dokładnie 500 stron) księgę, spodziewając się zapierającej dech w piersiach młodzieżowej przygodówki, tym bardziej, że na czwartej stronie okładki dobrą lekturę zapewniają m.in. Joanna Olech czy Andrzej Polkowski – a komu wierzyć w tej materii jeśli nie im. Pomyliłam się. Już dawno nie natrafiłam na książkę, której próba czytania kończyła się frustracją lub po prostu smacznym snem. Nie dałam radę uczytać więcej niż  20 stron dziennie, dopiero od jakiejś 350 strony akcja ruszyła z kopyta.  Ale czytałam dzielnie, bo trzeba przyznać, że autorka miała fajny pomysł. Ale jakoś tak mi się wydaje, że tylko pomysł. To co odpychało mnie od powieści to jej ponurość, zupełnie niepotrzebne satanistyczne motywy i przede wszystkim…. okropnie dużo przemocy. Naprawdę przez większą część tej topornej akcji nie dzieje się nic pozytywnego, tylko przemoc, strach i negatywni bohaterowie. Negatywni i papierowi. Ta dawka przemocy była dla mnie zdecydowanie nie do przyjęcia. Dzieciaki wychowane na grach komputerowych pewnie tej nadwyżki nie zauważyły. Nawet ta zadziwiająca miłość i przywiązanie głównych bohaterów – dziewczynki Maggi i ojca Mo – umykała w tym morzu przemocy.
Owszem sam pomysł na fabułę jest interesujący. Oto Mo posiada niebezpieczną cechę. Potrafi „wyczytać” z książki jej bohaterów. Nie wiedząc o tym wyczytuje z książki dwa czarne charaktery, które zaczynają w nowej rzeczywistości żyć swoim życiem. Za każdego bohatera literackiego przywołanego podczas czytania, ginie (a właściwie zostaje wciągnięty do książki) jeden człowiek. W ten sposób znika matka Meggie. Demoniczny Capricorn  - postać wyczytana przez Mo z „Atramentowego serca” (motyw książki w książce) za pomocą innego lektora z podobnymi właściwościami, sprowadza do swojej wioski inne najokrutniejsze postacie książkowe. W pewnym momencie dochodzi nawet do spotkania postaci z jej autorem, ale skutki tego spotkania nie są dla  niego najlepsze. Owszem, ksiązka kończy się dobrze, ale chyba nie o to chodzi, żeby przez 500 stron wbijać w dziecko strach i przemoc. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie do zaakceptowania. 

piątek, 1 lipca 2011

przyłapani na czytaniu 13

Życzę udanych czytelniczo urlopów!