niedziela, 3 lipca 2011

Cornelia Funke "Atramentowe serce"

„Atramentowe serce” często wymieniane jest na listach książek o książkach. Ma dobre recenzje, dlatego chętnie sięgnęłam po tę grubaśną (dokładnie 500 stron) księgę, spodziewając się zapierającej dech w piersiach młodzieżowej przygodówki, tym bardziej, że na czwartej stronie okładki dobrą lekturę zapewniają m.in. Joanna Olech czy Andrzej Polkowski – a komu wierzyć w tej materii jeśli nie im. Pomyliłam się. Już dawno nie natrafiłam na książkę, której próba czytania kończyła się frustracją lub po prostu smacznym snem. Nie dałam radę uczytać więcej niż  20 stron dziennie, dopiero od jakiejś 350 strony akcja ruszyła z kopyta.  Ale czytałam dzielnie, bo trzeba przyznać, że autorka miała fajny pomysł. Ale jakoś tak mi się wydaje, że tylko pomysł. To co odpychało mnie od powieści to jej ponurość, zupełnie niepotrzebne satanistyczne motywy i przede wszystkim…. okropnie dużo przemocy. Naprawdę przez większą część tej topornej akcji nie dzieje się nic pozytywnego, tylko przemoc, strach i negatywni bohaterowie. Negatywni i papierowi. Ta dawka przemocy była dla mnie zdecydowanie nie do przyjęcia. Dzieciaki wychowane na grach komputerowych pewnie tej nadwyżki nie zauważyły. Nawet ta zadziwiająca miłość i przywiązanie głównych bohaterów – dziewczynki Maggi i ojca Mo – umykała w tym morzu przemocy.
Owszem sam pomysł na fabułę jest interesujący. Oto Mo posiada niebezpieczną cechę. Potrafi „wyczytać” z książki jej bohaterów. Nie wiedząc o tym wyczytuje z książki dwa czarne charaktery, które zaczynają w nowej rzeczywistości żyć swoim życiem. Za każdego bohatera literackiego przywołanego podczas czytania, ginie (a właściwie zostaje wciągnięty do książki) jeden człowiek. W ten sposób znika matka Meggie. Demoniczny Capricorn  - postać wyczytana przez Mo z „Atramentowego serca” (motyw książki w książce) za pomocą innego lektora z podobnymi właściwościami, sprowadza do swojej wioski inne najokrutniejsze postacie książkowe. W pewnym momencie dochodzi nawet do spotkania postaci z jej autorem, ale skutki tego spotkania nie są dla  niego najlepsze. Owszem, ksiązka kończy się dobrze, ale chyba nie o to chodzi, żeby przez 500 stron wbijać w dziecko strach i przemoc. Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie do zaakceptowania. 

5 komentarzy:

  1. Ale rozczarowanie! Po przeczytanie tylu pochlebnych recenzji i pobieżnym zapoznaniu się z fabułą naprawdę miałam nadzieję na ciekawą lekturę... Szkoda, że tak fajny pomysł nie został dobrze wykorzystany.

    OdpowiedzUsuń
  2. No to ja chyba jestem jednak wychowany na grach, bo mnie z kolei męczyło w drugą stronę :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Mi się książka spodobało, chociaż momentami mnie nużyła.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ksiązki o ksiązkach to perełki, któe bardzo lubię. Do tej pory tafiałam na pozytywne recenzje, a teraz sama już nie wiem czy sięgnąć po tę książkę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurcze, mam teraz wyrzuty sumienia, że tak zamotałam z tą książką, ona rzeczywiście ma dobre recenzje, ale ja tak ją odczułam i odczytałam i nic na to nie poradzę:-(

    OdpowiedzUsuń