środa, 31 sierpnia 2011

znalezione w książce

Kolejna kolonijna pamiątka porzucona na bookcrosingu. Pamiętacie może wpis szefowej kuchni w poprzedniej kolonijnej książce? Tym razem uwieczniła się pani higienistka. W bonusie także uroczy wpis pani wychowawczymi, mimo iż posiadacz książki zdaje się - nabroił. Książki z prywatną historią na stronach tytułowych nie przestają mnie urzekać.

sobota, 27 sierpnia 2011

Jostein Gaarder "Maja"

Nie wiem co napisać. Uwielbiam Gaardera – za permanentną fascynację światem, za nietypowe rozwiązania fabularne, za urocze lejtmotywy i za to wszystko czego nie znajduję w pozostałych książkach. Dlatego nie wiem co napisać, bo „Maja” mi się nie podobała. Owszem, znalazłam w niej to, do czego Gaarder przyzwyczaił już swoich czytelników: opowieść w opowieści, formę listu, dwóch narratorów, morze mądrych zdań o rzeczywistości i przede wszystkim mojego ukochanego Dżokera. Wciąż uważam „Przepowiednię Dżokera” za genialne dzieło, a samego Dżokera za jednego z moich ulubionych outsiderów, dlatego tym bardziej ucieszyłam się, że Gaarder rozwija w „Mai” jego postać. Mimo to książka wymęczyła mnie bardzo. Dla tych, którzy nie czytali zdradzę tylko pokrótce jej treść – choć ten proceder może się nie udać. Jeden z narratorów jest pisarzem, który spotyka przypadkiem geologa i wciąga się w rozmowę o ewolucji. Potem wchodzi w posiadanie długiego listu, który geolog wystosował do swojej żony, i który opowiada w owym liście ciągnącym się na ponad 300 stron o swoim pobycie na wyspie zmiany daty, oraz poznanej tam dziwnej i intrygującej parze. Po powrocie z wyspy spotyka się z ów parą raz jeszcze ale spotkanie to ma tragiczny finał. I… zaraz potem następuje posłowie od pisarza – posiadacza listu, który wyjaśnia prawdę o swoich postaciach i ich pierwowzorach a prawda ta różni się mocno od fikcji przedstawionej w liście. Ta dość oryginalna sztuczka nawet mi się podobała – książka nie tylko ma dwa finały, ale uświadamia też procesy twórcze i fikcyjność literatury. Zresztą kiedy już się przebrnie przez ten długi, sztuczny, toporny list – rozwiązanie zagadki tajemniczej pary jest dość fascynujące, choć również mocno sztuczne i wyestetyzowane. Motyw dżokera i jego umiejętność cofania się do przeszłości i swobodnego podróżowania w czasie również dość naiwna i mało przekonująca, jakby stworzona dla potrzeby wyjaśnienia wątku obrazów Goi – bo i taki (zgodnie z tytułem) się tu pojawi.  Tak jak napisałam – w warstwie fabularnej wszystkie książki Gaardera są fascynujące – „Maja” nie ustępuje choć razi sztucznością, ale w warstwie filozoficznej ta propozycja jest – w moim przekonaniu – nieudana. Nawet manifest pozostawiony na słynnych kartach z „Przepowiedni Dżokera” razi sztucznością, językiem tak poetyckim i przeestetyzowanym, że aż niezrozumiałym. Dodatkowo mam taką refleksję, jak odbierają tę powieść ci, którzy nie znają dobrze twórczości Norwega. Ja znam ją dość dobrze i dlatego chwytałam pewne rzeczy w lot, ale co myśli o książce osoba, która nie spodziewa się spotkania z Dżokerem. Jestem ciekawa waszych opinii. Może ktoś się nimi podzieli.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Gerd Schmeider "Lalka Kafki"

Od pierwszych zdań książka urzekła mnie jakimś nadludzkim spokojem. Takiej lektury szukałam ostatnio. Spokojnej, wyważonej, sentymentalnej, której akcja toczy się powoli i pozwala na obserwację wykreowanego świata. Jeśli i Wy poszukujecie takiej lektury to polecam tę wyjątkową powieść. A jeśli interesujecie się twórczością Franza Kafki – tym bardziej.
Podobno Kafka spotkał kiedyś w berlińskim parku kilkuletnią dziewczynę, która rozpaczała po utracie ukochanej lalki. Aby ją pocieszyć, pisarz dostarczał dziewczynce wymyślone przez siebie listy od lalki. Listy te nie zachowały się, nie ustalono nigdy także tożsamości dziecka, ale może właśnie dzięki temu powieść „Lalka Kafki” jest właśnie TAKA a nie inna. Autor rozbudowuje bowiem ten właśnie epizod z życia praskiego pisarza. Obserwujemy spotkania schorowanego Franza z dziewczynką z sierocińca. Na ławce pod rododendronem czyta jej codziennie spreparowane listy. Przygody lalki układają się w odrębną, baśniową opowieść o losach zabawki – baśniową jakby dla kontrastu z ponurym Berlinem zagrożonym biedą i wojną. Osobnym wątkiem powieści staje się opis związku Kafki z Dorą. Pięknego związku, pełnego wyrozumiałości i poświęcenia. Autor sprawnie wplata w powieść wątki biograficzne: przywiązanie pisarza do siostry, wspomnienia okrutnego ojca i strasznego dzieciństwa, nawet wątek palenia rękopisów.  Mam jednak wrażenie, że nadaje temu jakąś zupełnie nową jakość, odczarowuje Kafkę, pokazuje zupełnie innego człowieka od tego, który utrwalił się w ogólnym wyobrażeniu. To wielka wartość tej książki, nie wolno jej nie docenić. Powieść kończy się smutno, nigdy bowiem nie dochodzi do ostatecznej konfrontacji bohaterów. Poza tym autor w specyficznym epilogu przenosi akcję o dwadzieścia lat do przodu i pozwala przez moment obserwować czytelnikowi losy ukochanej siostry Kafki – Ottlii –  smutne losy. Mimo to jest w tej sentymentalnej, trochę wydumanej powieści jakaś irracjonalna nadzieja. Jakaś radość z najmniejszych radości życia. Dlatego polecam serdecznie, nie tylko na zimowe wieczory. Tegoroczne lato zresztą świetnie nadaje się do takiej lektury.

piątek, 19 sierpnia 2011

Jeff Kinney "Dziennik cwaniaczka. Przykra prawda"

Miałam potrzebę BARDZO lekkiej i humorystycznej książki. Mój wybór po raz kolejny padł na „Dziennik cwaniaczka”. Wzięłam piątą część, bo akurat ta była na bibliotecznej półce. Trzech poprzednich nie czytałam, ale muszę przyznać, że humor nie stracił (w stosunku do pierwszej części)  na jakości, a to się często zdarza przy takiej seryjnej produkcji. Przygody gimnazjalisty Grega to coś pomiędzy koszmarnym Karolkiem i Mikołajkiem. Najbardziej rozbraja mnie warstwa graficzna książeczki. Kapitalne, komiksowe rysunki, z karykaturalnie nakreślonymi głównymi bohaterami (moim ulubieńcem jest maleńki brat Grega – Manny) świetnie współgrają z tekstem.
Bardzo podoba mi się rekomendacja Whoopi Goldberg na czwartej stronie okładki: „To książka dla twoich dzieci, jeżeli lubią czytać… a zwłaszcza jeżeli nie lubią”. Bibliotekarze podchodzą do serii z pewną dozą nieufności, ja nie widzę w niej niczego niebezpiecznego.  Wręcz przeciwnie. Atrakcyjna forma graficzna i przede wszystkim tematyka mogą być magnesem. Aż szkoda, że nie mam jak pokazać Wam tych rysunków!

piątek, 12 sierpnia 2011

Tatjana Gromaca "Murzyn"

Propozycje Wydawnictwa Czarnego same w sobie są rekomendacją dobrej lektury. I wierzę, że jeśli ta lektura na mnie nie działa, to nie jest to problem Czarnego, tylko mój. Mimo to sięgam czasami po książki z półksiężycem, znęcona innymi kręgami kulturowymi. Tym razem trafiłam na książkę Chorwatki. Nie wiem dlaczego (albo coś pomięłam lub nie pokojarzyłam) tytuł książki narzuca orientalne skojarzenia, narratorka opisuje bowiem chorwacką wieś przed wybuchem wojny. Interesujące jest rozwiązanie graficzne. Autorka dzieli opisy na króciutkie fragmenty, najczęściej nie przekraczające jednej strony. W ten sposób powstaje bardzo fragmentaryczny i jednocześnie esencjonalny opis świata, czytelnik ma szansę na oddech między jednym soczystym opisem a drugim. Tym samym trudno mówić tu o jakiejś klasycznej akcji, to raczej fragmenty układanki. Nie jest to oczywiście oryginalny trik. Podobną budowę mają książki Aglaji Veteranyi   („Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze” – również Wydawnictwo Czarne, o niebo lepsze od „Murzyna”). 
Język „Murzyna” jest wyważony, pozbawiony niepotrzebnych słów, gdzieniegdzie autorka uderza wymowną metaforą. Mimo to jest to – w moim odczuciu – książka, która spłynie po czytelniku nie pozostawiając głębszych wrażeń. Taka do przeczytania i zapomnienia.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Ulysses Moore - zeszyty 10, 11

Coraz bardziej irytuje mnie ta seria, ale porzucić jej nie potrafię Dobrze, że został mi już  ostatni tom. Boję się, że wielki finał mnie zawiedzie (dwunasta część jeszcze nie została wydana), choć oczywiście nie żałuję tej czytelniczej przygody i godzin spędzonych nad tomami serii.
Dziesiąty tom uderzył mnie – jak pozostałe, choć w różnych dawkach – logicznymi lukami i nieścisłościami. Wyglądało to trochę tak, jakby autorowi zabrakło pomysłu i powprowadzał niektóre rozwiązania na siłę. Potwierdza to zresztą zakończeniu tomu: szybkie, skrótowe wyjaśnienie i rozwiązanie wątków. Co innego tom przedostatni. Tu byłam zaskoczona. Autor rozdzielił bohaterów, akcja dzieje się symultanicznie w pięciu miejscach. W dodatku nie czuje się zupełnie jakiegoś dążenia do powolnego chociażby zamykania wątków. Akcja komplikuje się, autor wprowadza kolejnych bohaterów i mnóstwo nowych wątków. Nie wiem jak ten człowiek zdoła to wszystko uzasadnić i pozamykać w ostatnim tomie, bo nawprowadzał tego tyle, że sama już się gubiłam. Zobaczymy.
Nadal uważam, że warto polecić tę serię młodym czytelnikom. Warto też pracować z tą książką na zajęciach z młodzieżą, bo teoria Podróżników w Wyobraźni jest urocza i można ją oryginalnie wykorzystać.
Na zdjęciu powyżej trochę kiczowate obwoluty (choć ewidentnie młodzieżowe więc do przełknięcia) i cacka kryjące się pod nimi. Warstwa edytorska tej serii nadal zachwyca. Aż chciałoby się mieć ją na półce. Teraz jest zresztą moda na okładki stylizowane na stare księgi lub zeszyty. Dużo tego na rynku ale, nie wiem jak na Was, na mnie zawsze działa ten trik. Książki leżą na mapce Kilmore Cove, którą przywiozłam z tegorocznych targów

sobota, 6 sierpnia 2011

Agata Tuszyńska "Oskarżona: Wiera Gran"

Pamiętam autorkę ze spotkania w bibliotece: piękna kobieta, trochę teatralna. Do książki wpisała „z prośbą o zrozumienie dla mojej bohaterki”. Przeczytałam właśnie reportaż o Wierze Gran – przez pryzmat niedawnego spotkania z autorką. Zachwyciła mnie przede wszystkim warstwa językowa książki: piękny, metaforyczny język, wewnętrzny rytm zdań – pisanych z rozmysłem i wielkim kunsztem. Wspaniała literacka robota. Niebywałe wyczucie języka! Niebywałe wyczucie kompozycji.
 Książka zaczyna się relacją ze wspólnych spotkań z żydowską pieśniarką oskarżoną o kolaborację z gestapowcami. Kończy natomiast wspomnieniem ostatnich wspólnych chwil i „wspólnego umierania”. W obu tych fragmentach Tuszyńska pokazuje okrutne stadium starości. Snując dzieje Wiery Gran powraca czasem do tego portretu starej kobiety, jakby dla straszliwego kontrastu. Pozostawia czytelnikom biografię Gran szczegółową i wyczerpującą, ale jednocześnie bardzo płynną, niejednoznaczną. Nie ocenia – przynajmniej stara się, choć gdzieniegdzie wygrywają emocje i przywiązanie do swojej bohaterki. Bo to też książka o trudnych relacjach piszącego i jego bohatera.
A tak w kategoriach ogólnoludzkich: biografia Wiery Gran to przykład tego, jak bardzo ułomna jest ludzka pamięć i ocena faktów. I chociaż, jak pisałam, Tuszyńska stara się nie oceniać i nie rozgrzeszać, to jednak próbuje między wierszami wyjaśnić i pomóc czytelnikowi zrozumieć mechanizmy, które zadecydowały o losach Gran:
„Używam słów z leksykonu świata bez wojny. Dopasowuję je do rzeczywistości, w której nierzadko straciły zastosowanie. Czas zagłady zaburzył dawne wzory zachowań, rozluźnił obowiązujące normy moralne. Wobec nieustającego zagrożenia zmieniły się dopuszczalne granice etyki. Nie nam je sądzić”.