wtorek, 9 sierpnia 2011

Ulysses Moore - zeszyty 10, 11

Coraz bardziej irytuje mnie ta seria, ale porzucić jej nie potrafię Dobrze, że został mi już  ostatni tom. Boję się, że wielki finał mnie zawiedzie (dwunasta część jeszcze nie została wydana), choć oczywiście nie żałuję tej czytelniczej przygody i godzin spędzonych nad tomami serii.
Dziesiąty tom uderzył mnie – jak pozostałe, choć w różnych dawkach – logicznymi lukami i nieścisłościami. Wyglądało to trochę tak, jakby autorowi zabrakło pomysłu i powprowadzał niektóre rozwiązania na siłę. Potwierdza to zresztą zakończeniu tomu: szybkie, skrótowe wyjaśnienie i rozwiązanie wątków. Co innego tom przedostatni. Tu byłam zaskoczona. Autor rozdzielił bohaterów, akcja dzieje się symultanicznie w pięciu miejscach. W dodatku nie czuje się zupełnie jakiegoś dążenia do powolnego chociażby zamykania wątków. Akcja komplikuje się, autor wprowadza kolejnych bohaterów i mnóstwo nowych wątków. Nie wiem jak ten człowiek zdoła to wszystko uzasadnić i pozamykać w ostatnim tomie, bo nawprowadzał tego tyle, że sama już się gubiłam. Zobaczymy.
Nadal uważam, że warto polecić tę serię młodym czytelnikom. Warto też pracować z tą książką na zajęciach z młodzieżą, bo teoria Podróżników w Wyobraźni jest urocza i można ją oryginalnie wykorzystać.
Na zdjęciu powyżej trochę kiczowate obwoluty (choć ewidentnie młodzieżowe więc do przełknięcia) i cacka kryjące się pod nimi. Warstwa edytorska tej serii nadal zachwyca. Aż chciałoby się mieć ją na półce. Teraz jest zresztą moda na okładki stylizowane na stare księgi lub zeszyty. Dużo tego na rynku ale, nie wiem jak na Was, na mnie zawsze działa ten trik. Książki leżą na mapce Kilmore Cove, którą przywiozłam z tegorocznych targów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz