niedziela, 4 września 2011

Michael Ende "Nie kończąca się historia"

Klasyka wiecznie żywa. Sięgnęłam po tę przepastną powieść ze względu na motyw książki w książce. Zyskałam znacznie więcej. Pamiętam jakieś okruchy z filmu: białego smoka szczęścia, czy dramatyczną scenę zatonięcia konia w Bagnach Smutku. Dość wybiórczo. Pomyślałam więc, że uporządkuję sobie tę historię. Zachwyciło mnie bogactwo fantastycznych postaci i światów, pomysłowość autora w tworzeniu kolejnych i kolejnych wspaniałych i oryginalnych tworów wyobraźni (aż żałuję, że w trakcie lektury ich nie spisywałam). Dawno nie czytałam już książki tak bogatej w te urocze dziwolągi. Każda strona, każdy rozdział przynosi ze sobą kolejne oryginalne twory i światy. Podobała mi się wartka akcja i to, że powieść w pewnym momencie pęka na pół. Gdy bohaterem jest Atreju – staje się ona typową baśnią, przygodówką czytaną dla rozrywki i przyjemności. Kiedy jednak do świata Fantazjany wkracza ludzki chłopiec Bastian – książka zupełnie zmienia ton i przeznaczenie. Staje się coraz bardziej pogłębioną filozoficznie przypowieścią o losie człowieka. O akceptacji samego siebie, o wartościach… Każda z napotkanych postaci jest nosicielem jakiś idei. Można by powiedzieć, że połowa książki napisana została dla dzieci, druga polowa zaś dla dorosłych. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałam. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie napisała, że zachwyciła mnie oryginalna teoria wyobraźni i... funkcji literatury. Mimo iż pod koniec powieść robi się ciut męcząca, poleciłabym ją każdemu, kto szuka nie tylko drogi do kraju fantazji...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz