środa, 30 listopada 2011

Dorota Sumińska "Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka"

Przeczytałam już trzy książki Doroty Sumińskiej i morał z owych lektur taki, że ta mądra kobieta ma nam NAPRAWDĘ coś bardzo ważnego do powiedzenia. O nas i o otaczających nas zwierzętach. Weźcie do ręki którąś z jej książek i przekonajcie się co. Mówi nam o tym spokojnie, bez krzyku. Mówi tym, którzy chcą słuchać. Pozwala spojrzeć zupełnie inaczej na otaczający świat, otwiera oczy. Uczy tolerancji prowadząc za rączkę.
A jeśli chodzi o historię jamnika Bolka, to miałam na początku dużo wątpliwości do tej lektury. Początek historii przesycony jest smutnymi, dołującymi wydarzeniami. Sumińska nagromadziła na początku tej nietypowej książki zbyt dużo smutków, ale potem nagle osiągnęła równowagę i pokazała nam cale spektrum ludzkiego i psiego życia – narodziny i śmierć, dzieciństwo i starość, walka o pieniądze i radość z drobiazgów codziennego życia. Mimo iż historia jamniczka pisana jest z jego perspektywy, choć to on jest narratorem opowieści o swoim życiu, jest to tak naprawdę książka o ludzkich losach. Pokrętnych, nieprzewidywalnych, ale i dających nadzieję. Sam formalny zabieg pokazania świata z perspektywy psa, nie jest może do końca oryginalny, ale – trzeba przyznać – wykonany sprawnie, także językowo i w przemyślany sposób. Bolek uczy radości życia, uświadamia „ludzkim” czytelnikom ich egoizm i egocentryzm. Warto posłuchać tego uroczego psiaka. Przez jego życie przewija się też wiele sympatycznych postaci, bez literackiej kreacji, jakby prosto z życia. Najbardziej podobało mi się to co Bolek i Sumińska opowiedzieli o dwóch niepełnosprawnych dziecięcych bohaterach.  Jak pewnie już się domyślacie, lektura Bolkowej historii dostarcza wielu wzruszeń. Zwyczajnie ludzkich wzruszeń. Nie spodziewajcie się jakiejś wielkiej literatury. To nie jest wielka literatura. Ale czy musi nią być? Nie musi, wzrusza do łez. Zostaje w sercu. Co więcej potrzeba.

niedziela, 27 listopada 2011

J.M.Barrie "Piotruś Pan i Wendy"

O Piotrusiu Panie napisano wiele i wiele jeszcze zostanie napisane – jak to w przypadku książek z podwójnym dnem, książek kilkuwarstwowych – dla dzieci i dla dorosłych. I jak to w przypadku książek, które świetnie nadają się do psychoanalitycznych wywodów.
W warstwie dla dzieci to po prostu znakomita książka przygodowa, w której jest wszystko, co w książce dla dziecka być powinno: a więc i przygody dziecięcych postaci,  i jasny podział bohaterów na dobrych i złych, i dziecięce marzenia o Nibylandii, syrenach, podziemnym domku, wreszcie wróżkach, które rodzą się z każdym uśmiechem nowo narodzonego dziecka. Idzie za tym szereg „bezpiecznych” emocji. Wyważony strach, radość i trochę smutku w finale książki. To bardzo dobra lektura do wspólnego czytania. I lepiej, aby było ono wspólne, bo gdzieniegdzie warstwa „dorosła” daje o sobie boleśnie znać i wymaga tłumaczenia.  Bo to też smutna powieść o śmierci dziecka, o opuszczonych rodzicach, o rodzicach odrzucających dzieci (motyw zamkniętego okna) i o dziecięcych i rodzinnych urazach, które z tego wynikają. Można by to analizować i analizować, choć trzeba przyznać, że umieszczenie takich treści w powieści dla dzieci było posunięciem niezmiernie odważnym. Piotruś Pan jest natomiast łącznikiem nie tylko między realnym a fantastycznym światem, ale także między tymi warstwami. Kolejne literackie dziecko-odmieniec: nieokreślony, pozbawiony swojej tożsamości, okrutnie skrzywdzony, nieszczęśliwy, wymykający się schematom. Wreszcie łącznik między światem żywych i… umarłych? Bo przyznać musicie, że to także książka o umieraniu, opuszczeniu, odtrąceniu. Nibylandia raz jest krainą marzeń, dostępną tylko dziecku, raz… krainą dzieci odrzuconych i niechcianych. Dla mnie to przede wszystkim powieść o odtrąconym dziecku. Znakomita w swej symbolicznej warstwie.

 Wydawnictwo BUCHMAN wypuszcza ostatnio na rynek klasykę dziecięcą (jak na razie wyszły następujące tytuły: Alicja w Krainie Czarów, Piotruś Pan i Wendy,  Tajemniczy ogród, Czarnoksiężnik z krainy Oz, Opowieść wigilijna i Księga dżungli). Książki są bardzo starannie wydane, w twardych oprawach, z przyzwoitym składem przełamywanym ilustracjami i wygodnymi do czytania światłami i czcionką.  I, co najważniejsze, z zapierającymi dech w piersiach ilustracjami Roberta Ingpena. Strona internetowa z informacjami o autorze i reprodukcjami prac:
http://www.melaleuca.com.au/ingpen/
Sama posiadam tylko dwa tytuły, ale mogę przyznać się bez wstydu, że moja fascynacja Alicją w Krainie Czarów, rozpoczęła się nie od tekstu, ale od tego wydania i tych właśnie ilustracji. Popatrzcie sami:
Piotruś Pan został zilustrowany równie pięknie, bez Disnejowskich wpływów. Chociaż czas importu zagranicznych ilustracji do książek dziecięcych minął jakieś sto lat temu, okazuje się, że czasami warto jednak zobaczyć co tam produkują za miedzą. Polecam tę serię szczerze i po bibliofilsku.


środa, 23 listopada 2011

Joanna Olczak-Ronikier "Korczak. Próba biografii"

-->
Zainteresowałam się tą książką,  bo już jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że właściwie to co wiem o Korczaku to, że „poszedł z dziećmi do gazu”.  Teraz wiem oczywiście znacznie więcej, choć lektura nie była prosta i łatwa. Nie jest to na szczęście kolejne kontrowersyjne „non fiction”, tylko rzetelna, choć nie zawsze obiektywna i nie pozbawiona emocji (autorka, de facto wnuczka Jakuba Motkowicza, pamięta bowiem Korczaka) praca. Ciężko czytało się to obszerne opracowanie, przesycone jest bowiem wieloma cytatami i fragmentami  dostępnych źródeł. Olczak-Ronikier pokazuje też życie Korczaka na tle BARDZO szerokiej panoramy polityczno-społecznej. Przebrnięcie przez te meandry wymaga wiele wysiłku, ale jest jednocześnie dużą dawką wiedzy o czasach międzywojnia i pokazuje, że martyrologia Korczaka zaczęła się sporo wcześniej niż w momencie utworzenia getta… Warto podjąć wysiłek lektury, bo z tej „próby biografii” wyłania się bardzo niejednoznaczny obraz  tragicznego człowieka, utopisty, marzyciela. Autorka nie chce podtrzymywać mitu, próbuje być po prostu jak najbliżej prawdy.  
Podobała mi się recenzja książki z blogu Lektury Lirael:
http://lekturylirael.blogspot.com/2011/07/joanny-olczak-ronikier-korczak-proba.html
szczególnie pierwsze zdanie: W miejsce mojej recenzji "Korczaka" tak naprawdę powinna zapanować wielka cisza. Ja mam podobną refleksję. Prawdopodobnie z tego samego powodu, czystego ludzkiego wzruszenia, omówienie tej książki jest u mnie takie lakoniczne…



Kiedy przechodziłam koło Pałacu Kultury i Nauki, odkryłam w parku koło pałacu (naprzeciw miejsca gdzie co roku znajduje się lodowisko) niepozorny, umiejscowiony między drzewami pomnik Korczaka. Urzekła mnie szczególnie mała dziewczynka z warkoczykami i lalką w ręku. Z książki dowiedziałam się, że pomnik stoi w miejscu, gdzie mieściła się ostatnia siedziba Domu Sierot i skąd Korczak wyruszył z dziećmi w ostatnią drogę. Gdybyście byli w tym miejscu, zobaczcie ten pomnik. Słabe zdjęcie z komórki:

sobota, 19 listopada 2011

Blaise Cendrars "Złoto"

Książki Cendrarsa (bo był wtedy także i „Rum”) kupiłam kilka lat temu w taniej książce, znęcona klimatycznymi okładkami i zgrabnym składem. Dopiero teraz jednak sięgnęłam po pierwszą z nich. „Złoto” to opowieść o autentycznej postaci – generale Johannie Auguście Suterze, który w połowie XIX w. wyemigrował ze Szwajcarii do dzikiej jeszcze wówczas Kalifornii i racjonalnie wykorzystał naturalne bogactwa tamtych ziem, stając się milionerem i odkrywcą tych terenów. Na jego ziemiach odkryto jednak złoża złota i to co mogło być błogosławieństwem, stało się przekleństwem plantatora. Opuszczają go ludzie, na jego ziemie przybywają tysiące emigrantów, wszyscy ogarnięci gorączką złota. Suter przestaje panować nad swoimi terenami, na których budowane są miasta, koleje, na których inni ludzie zaczynają się bogacić. Szwajcar postanawia oddać sprawę do sądu i walczyć o ziemie, które utracił. Jednym słowem historia o XIX wiecznym American Dream. Bardzo, bardzo amerykańska historia. Ale książkę warto przeczytać nie tylko dla tej historii, w której – de facto – nie mogłam zorientować się co jest prawdą a co fikcją, a o samej postaci próżno szukać bardziej szczegółowych informacji. Autor nie proponuje zresztą czytelnikom jakiejś bardzo pogłębionego psychologicznie portretu Sutera. Pisze o nim jednak w szczególny sposób, tonem reportażu. Używa zgrabnie i konsekwentnie dwóch chwytów: czasu teraźniejszego i wyliczenia. Gdzieniegdzie jednak pojawia się jakaś soczysta metafora i elementy liryczne. Warto pobyć trochę z tym stylem, warto pochylić się nad nieszczęsną postacią milionera.

środa, 16 listopada 2011

Magdalena Grzebałkowska "Książdz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego"

Non fiction o księdzu, którego pamiętam ze spotkania w mojej bibliotece. Przyszły takie tłumy, że ludzie stali przed biblioteką, a ksiądz z nadludzką pokorą podpisywał tony książek. Non fiction o księdzu, którego pamiętam z pierwszych na których byłam, a więc szczególnych dla mnie Targów Książki, na które przyszedł do czytelników ze słynną czarną torbą z fioletowymi uszami (torba będzie bohaterką jednego z rozdziałów książki). Non fiction o księdzu, który napisał mi w książce „całym sercem”. To się złożyć nie może. Najpierw byłam wściekła. Pierwszy rozdział: dokładny, minuta po minucie, opis umierania. Po co mi to wiedzieć? Po co o tym pisać. Potem irytowałam się coraz bardziej. Autorka próbowała za wszelką cenę udowodnić jakąś teorię spiskową księdza: że zacierał ślady, że nie mówił o sobie prawdy, że mylił fakty. Miał takie życzenie i już. Nie widzę w tym niczego co zakrapiałoby o sensację, poza tym… kto z nas nie myli faktów, dat, wydarzeń z naszego własnego życia, niech pierwszy rzuci kamieniem. Potem jednak autorka i jej reportaż jakoś łagodnieje, nabiera „ludzkich cech” – że się tak wyrażę. Na ostatniej stronie, ku własnemu zdziwieniu, Grzebałkowska przekonała mnie do swojej pracy. Do jej zasadności. Tym bardziej, że autorka cały czas dopuszcza do głosu innych, tworzy taki trochę zbiorowy portret księdza. Że podszyty teorią spiskową – trudno, tak się widocznie teraz pisze. Kilka rozdziałów jest niepotrzebnych, ostatnie – niezbędne. Trudno nie docenić też ogromu porządnej, dziennikarskiej roboty. Owszem, pewne zagrania formalne są zupełnie wytarte, biografia księdza bez wątpienia jest jednak, przede wszystkim, dobrze skrojonym reportażem. Oczywiście: natłok faktów, nazwisk i przede wszystkim cytatów czyni lekturę męczącą. O wiele łatwiej czyta się wydaną przed kilku laty „Autobiografię”. Prawda o księdzu leży jednak zapewne gdzieś między tymi dwiema książkami. Warto znać oba punkty widzenia.

niedziela, 13 listopada 2011

Jostein Gaarder "Zamek w Pirenejach"

No i mam kolejny gaarderowski dylemat. Uwielbiam tego pisarza, uwielbiam jego nieustający apel o to by dziwić się światem. Zostało mi już niewiele jego pozycji do przeczytania.  Ale pisarze popełniają rzeczy lepsze i gorsze, dopiero gdy ma się ogląd całości widać  to co im się nie udało. No i „Zamek w Pirenejach” jest – w moim przekonaniu – tą mniej udaną propozycją. Gaarder jest na dobrą sprawę cholernie monotematyczny i skłonny do schematycznych, mało prawdopodobnych sytuacji fabularnych. Te dwie cechy nie rażą. A właściwie nie raziły mnie do tej pory.  Do lektury „Zamku w Pirenejach”. Powieść ma tradycyjną już u Gaardera formę (zaznaczonego graficznie grubościami czcionki) dwugłosu. Dwoje ludzi wymienia do siebie listy, tym razem maile. To para, która z nieznanej na początku czytelnikowi  przyczyny (przeszłość wyjaśni się dopiero w finale powieści) rozstała się trzydzieści lat temu i po latach przypadkowo spotyka się w  miejscu rozstania. Nawiązują ze sobą kontakt i dokonują próby wyjaśnienia tego, co zdarzyło się w przeszłości i co ich rozdzieliło. Cały wic polega na tym, że mężczyzna jest racjonalistą odrzucającym wszelkie zjawiska nadprzyrodzone, ona zaś wierzy w transcendencję i Boga.  Wymiana maili jest więc sztucznym ścieraniem się dwóch poglądów. Sztucznym i ciekawym, jak to u Gaardera.  Nie mniej tajemnica z przeszłości okazje się bardzo wydumana, podobnie jak finał powieści. Dlatego ciężko mi ją uczciwie polecić, mam mętlik w głowie, bo mój ukochany autor napisał coś, co mi tak strasznie „nie leży”. Bywa.

piątek, 11 listopada 2011

Sam Savage "Firmin"

Przeurocza i niebywale „pojemna” i mądra, choć smutna książka. Autor serwuje czytelnikom zwierzęcego bohatera, niczym w baśniach (któż nie chciałby zaprzyjaźnić się z tak sympatycznym szczurkiem?) – tylko to jest baśń w wydaniu dla dorosłych, z całym – niestety –  bagażem tego słowa. Szczur Firmin, jak na baśń przystało, nie jest zwykłym szczurem. Posiada dużą samoświadomość i niebezpieczną skłonność do analizy otaczającej go ludzkiej rzeczywistości. To namiętny czytelnik książek. Wychowany w antykwariacie, najpierw owe książki zjada, potem namiętnie czyta. Literatura już zawsze będzie jego podstawowym filtrem, przez który patrzy na nieznaną mu rzeczywistość, o tym jak złudny to filtr, mówić nie trzeba. Książki rozbuchały wyobraźnię szczurka-odmieńca. Tak – Olga Tokarczuk nie mogła tego lepiej ująć w rekomendacji książki umieszonej na okładce: Oto wzruszająca i czuła opowieść o nas, o namiętnych czytelnikach, i o tym, jak czytając jesteśmy w stanie przekroczyć wszelkie granice. Ale upatrywać w tej niezwykłej powieści jedynie kolejnej „książki o książkach (choć w dużej mierze tak jest, stąd moje otagowanie), a w Firminie widzieć jedynie kolejnego namiętnego czytelnika, któremu to czytanie zdecydowanie wymknęło się spod kontroli, byłoby dużym uproszczeniem. Jak w baśni, tak i tu mamy podwójne dno, może nawet dna. Ktoś (nie mogę teraz znaleźć tego wpisu) z blogowiczów napisał pięknie o Firminie, że to tak naprawdę powieść o nas – ludziach. To prawda. Mały, brzydki szczurek jest wyrazicielem naszych tęsknot, urazów, nawet… losów. To bardzo głęboka historia o człowieku. Podczas lektury nie mogłam pozbyć się myśli, że może nasze postrzeganie otaczającego świata jest równie wykoślawione i fragmentaryczne, jak wiedza Firmina o ludziach? Jeśli tak to kiepsko. Na pewno tak samo jak Firmin łudzimy się w stosunku do świata i ludzi, i na pewno tak samo jak Firmin potrzebujemy miłości i akceptacji. Jako że jest to „baśń” dla dorosłych, scenografia nie pozbawia złudzeń. Savage pokazuje zagładę świata (nawet jeśli to mikroświat nikomu nieznanego szczura). Plac, na którym stoi księgarnia ma być zburzony. Czytelnicy obserwują powolną degradację tych ponurych, zapomnianych przez Boga ludzkich dekoracji. Tak, to też książka o śmierci. Tej dosłownej ale i śmierci złudzeń. I zapewne pozostawia dużo smutku w czytelnikach. Choć nie myślcie, że lektura wywołuje przede wszystkim ogromnego doła. Całość mimo wszystko napisana jest lekko,  w wielu momentach wybucha się śmiechem (humor książki ukryty jest właśnie w tej niezwykłej, nie zawsze trafnej diagnozie rzeczywistości, którą wciąż przeprowadza sympatyczny szczurek i jego niepospolitej wyobraźni oraz w tym co z tych dwóch wypadkowych wynikaJ  Fragment, gdy szczurek uczy się języka migowego, aby skomunikować się z przedstawicielami naszego gatunku i finał tej nauki są fenomenalne. Ocena wartości literatury przez pryzmat smaku papieru również. Jednym słowem to kawałek naprawdę znakomitej literatury. Pamiętam „Opowieść o dzielnym Despero” – ta niepozorna książeczka dla dzieci miała w sobie tyle warstw i znaczeń, że można było tylko wymieniać: ta książka jest o.. i o.. i o.. Z Firminem jest bardzo podobnie. Polecam tę pozycję z całego serca, choć nie zawsze będzie radośnie, a autor wyciśnie odpowiednią ilość refleksji nawet z najbardziej opornego czytelnika. Na co czekacie? Zaprzyjaźnijcie się z Firminem!

środa, 9 listopada 2011

Mario Puzo "Rodzina Borgiów"

Nie czytałam, ani nie oglądałam „Ojca chrzestnego”, a postać Lukrecji Borgii znałam przede wszystkim z oglądanej w Teatrze Wielkim opery, w której córka papieża nie była przedstawiona, łagodnie powiedziawszy, w najlepszym świetle. Dlatego dość mocno zdziwiłam się po lekturze obszernej powieści Puzo.  Przeczytałam ją jednym tchem i tym, którzy nabiorą na nią ochoty, proponuję, aby na takie właśnie czytanie się zdecydowali, bo dłuższe przerwy powodują zamęt, książka przesycona jest bowiem wydarzeniami politycznymi i nazwiskami  - jednym słowem wymaga dużej koncentracji. Warto podjąć jednak ten wysiłek bo to znakomite studium władzy, namiętności i zła. Puzo roztacza przed czytelnikiem szeroką polityczno-społeczną panoramę tamtych czasów, koncentrując się jednocześnie na czterech postaciach:  papieżu Aleksandrze oraz jego dzieciach: Cezarze, Lukrecji, Juanie i Jofreyu.  Początkowo głównym bohaterem wydaje się Aleksander, potem jednak uwaga skupia się na pozostałych postaciach. Każda z nich okazuje się tragiczna, każda staje się ofiarą osobistych ambicji i namiętności. Najkorzystniej w tym moralnym błotku wypada jednak Lukrecja, postać o najgłębszej samoświadomości, postać najbardziej pozytywna, która najszybciej odkrywa, że jest jedynie pionkiem w ambitnym planie ojca. Postać Aleksandra też jest na wskroś tragiczna, to człowiek z jednej strony bezwzględny, z drugiej histerycznie dbający o dobro swoich dzieci.  Utkanym z romantycznej tkanki wydaje się też Cezar. Jednym słowem Puzo stworzył znakomite kreacje. I to mimo pewnej „skrótowości” relacjonowanych wydarzeń. Dzieje się bowiem w tej powieści tyle, że czasami przypomina ona swoją „sprawozdawczością” wypisy z podręcznika do historii. A jednocześnie jest głębokim portretem psychologicznym. Lubię czasami czytać o tej ciemnej stronie ludzkiej natury. Gdybyście i Wy mieli na to ochotę, polecam. 

wtorek, 8 listopada 2011

Janusz Korczak "Król Maciuś Pierwszy"


Dziwicie się tym wyborem czytelniczym? Czasami sięgam po pozycje z klasyki literatury dziecięcej z czystych filologicznych pobudek, szukając kontekstów i kompletując wiedzę z historii literatury. Po lekturze „Króla Maciusia Pierwszego” mam jednak przede wszystkim… mętlik. Owszem, czytałam go równolegle z biografią Korczaka (o której wkrótce) dlatego na gorąco wszystko mi się uzupełniało, ale od pierwszego rozdziału narzucała mi się jedna refleksja: Boże jaki ten tekst jest już zdezaktualizowany. Przede wszystkim językowo, prawdopodobnie to co było dla Korczaka wyznacznikiem autorskiego stylu, teraz potwornie trąci myszką. To podobno lektura szkolna, ale nie wiem jak dzieci brną przez ten, niestety już bardzo nudny tekst. W pewnym momencie robi się atrakcyjny dla dorosłych (sposób pokazania rządów dorosłych, wszystkie te królewskie procedury w krzywym zwierciadle, jakby Korczak sportretował współczesną administrację). Dzieciom tekst pokazuje przede wszystkim meandry władzy. Nobilituje dziecko. Ale gdzieś po drodze gubiła mi się główna myśl, zacierała. Już sama nie wiedziałam „co autor miał na myśli”. Czy chciał pokazać, że nawet najbardziej szlachetne próby zmiany świata spełzają na niczym? Czy chciał pokazać, że dziecko JEDNAK nie będzie nigdy dobrym władcą? Czy chciał wprowadzić dzieci w brutalny świat dorosłych? Mało kiedy książka dla dzieci kończy się w tak smutny sposób – porażką bohatera. Jak wytłumaczyć ją małemu czytelnikowi? Muszę trochę poczytać o samym tekście, zresztą… percepcja powieści przez dziecko na pewno jest inna. A jak to jest ze współczesnym dzieckiem? Czy chłopcom podobają się przydługie partie wojenne, rozwlekłe dialogi, liczne językowe powtórzenia? Może przydałaby się temu tekstowi współczesna redakcja? Sytuacji nie ułatwiało to, że czytałam książkę w fatalnym wydaniu (Wydawnictwo Res Polona, Łódź 1990), w którym zgromadzone zostały chyba wszystkie typograficzne błędy i który nie widział na oczy korektora z całą pewnością. Ponadto okraszony został nędznymi, okropnymi ilustracjami. Na szczęście ostatnio powieść Korczaka wydana została w pięknej oprawie graficznej przez Wydawnictwo W.A.B.  Oto okładka:

niedziela, 6 listopada 2011

Dorota Sumińska "Autobiografia na czterech łapach"

Przyznaję się bez bicia, że nie kojarzę Sumińskiej ani z telewizji, ani z radia. Może dlatego, że zwierzęta to nie do końca mój rejon zainteresowań. Przeczytałam natomiast niedawno książkę dla dzieci autorstwa pani weterynarz „Wierzę w jeże”. Mnie nie powaliła, ale nie jestem dzieckiem, a dziecko na pewno znajdzie w niej dużo interesujących rzeczy i za to autorce należy się chwała. Po „Autobiografię na czterech łapach” sięgnęłam jednak z największą przyjemnością, bo spodziewałam się i szukałam w niej optymistycznej, spokojnej lektury. Znalazłam to wszystko, nawet jeszcze więcej, bo dzieje rodziny Sumińskiej napisane są z jakimś niesamowitym spokojem i uporządkowaniem. Snują się i wiją powoli i bardzo sprawnie literacko. Zachwyciło mnie szczególnie to niezwykłe uporządkowanie – naprawdę dobrze zmontowane wspomnienia, a przy okazji kawał wiedzy o świecie – także zwierzęcym. Sumińska ma niezwykły talent do opisów bliskich jej osób, jedno-dwukartkowych portretów – spójnych, wzruszających, mądrych. To samo dotyczy zwierząt. Pisze o nich pięknie, mądrze. Całość niezwykle ubogaca dobrze dobrany, bogaty materiał ilustracyjny oraz fantastyczny projekt graficzny książki (brawo dla pomysłodawcy, tej książki na pewno nie czytało by się TAK, gdyby była złożona „po bożemu”). Sama przyjemność czytania.

czwartek, 3 listopada 2011

Szymon Hołownia "Bóg. Życie i twórczość"

Kolejna „zakręcona” książka, uporządkowana i przemyślana. Tym razem bez quizów i absurdalnych pytań i gier. Jedynym bonusem do tekstu jest ciekawy przegląd literatury na tematy poruszane w danym rozdziale. Przegląd ten świadczy o ogromnej wiedzy i pasji autora. Gdybym jednak  miała uderzyć się w pierś i szczerze powiedzieć dlaczego czytam Hołownię: dla treści czy języka, to cicho i nieśmiało odpowiedziałabym – głównie dla tego drugiego. Mimo, że w tym językowym pędzie zdarza mu się popełniać absurdalne i wypaczone porównania, to jednak warto wejść w ten specyficzny, odważny kod językowy. Tyle, że w ostatniej książce Hołowni coś mi nie grało. Gubiłam wątek, zacierały mi się intencje autora, irytowałam się, musiałam porzucić na chwilę książkę, żeby podjąć jeszcze jedną próbę lektury. Niby jest to ładnie uporządkowany wywód, ale jednak coś jest nie tak. Długie, sienkiewiczowskie zdania, pełne nawiasów i wykrętasów, stają się słowną puszczą nie do przebrnięcia. Jednym słowem kiepska redakcja książki powoduje, że tekst jest nieczytelny. Na miejscu wydawców poużywałabym trochę… kropek. Poskracała zdania, wyrzuciła nawiasy. Po prostu. Szkoda, bo to kolejna mądra i odważna książka. I nic już więcej nie napiszę, bo – wychowana na księdzu Malińskim, i tylko na Malińskim, po prostu nie znam się na tego typu literaturze. Czytam bo wyczuwam intuicyjnie, że to rzecz warta uwagi.

środa, 2 listopada 2011

Joanna Papuzińska "Asiunia" i Michał Rusinek "Zaklęcie na w"

Obie książeczki stworzone zostały w ramach serii „Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci” i obie są wspólnym projektem muzeum i Wydawnictwa Literatura. Obie służą też temu samemu celowi: tłumaczą dzieciom czym była II wojna światowa. Obie wreszcie są zupełnie inne. „Asiunia” Joanny Papuzińskiej z całą pewnością przeznaczona jest do czytania mniejszym dzieciom. Podkreśla to nawet warstwa graficzna książki – ciepłe, mimo tematu, łagodne ilustracje. W historii pięcioletniej Asiuni najbardziej wzruszające jest jednak to, że została utkana z prawdziwych przeżyć samej autorki, Joanny Papuzińskiej. Papuzińska wspaniale, delikatnie, spokojnie zaadaptowała swoją historię: tułacze losy wojennego dziecka, do możliwości dzieci. Wspaniała lektura do czytania, może z babcią? Wspaniały pretekst do rozmowy o historii. Książka Michała Rusinka jest zupełnie inna i przeznaczona dla dzieci ciut starszych – co podkreślają udane ilustracje Joanny Rusinek, bardziej „kanciaste” i niepozbawione symboliki (wymowna ilustracja na 41-42 stronie, przedstawiająca gnający pociąg z wywożonymi z Warszawy ludźmi. W rogu ilustracji widać symbolicznie zarysowany cmentarz, choć pociąg zdaje się go mijać…).”Zaklęcie na w” jest też w warstwie językowej bardzo metaforyczne. Wojna pokazana bowiem została jako zaklęcie, od którego cały świat pozbawiony został kolorów i jest – jak na starej fotografii – jedynie czarno-biały. Rusinek już do końca książki gra na tej kolorystycznej metaforze (Niemcy to Czarni Panowie, Polacy – Biali), pięknie pisząc np. o szarych szeregach: Nikt nie mógł wiedzieć, że istniejemy, nikt nie mógł nas zobaczyć, więc musieliśmy zrobić tak, jak niektóre zwierzęta, które upodabniają się do tła. Nasze tło było szare, więc nazwaliśmy się Szare Szeregi. Pod koniec książki autor pokazuje jednak, że nawet na wojnie nie wszystko było tylko czarno-białe. Podobała mi się także metafora ślimaka zamkniętego w słoiku, którego główny bohater przyniósł do domu: Ale po kilku dniach go wpuściłem, bo wyraźnie nie polubił swojego szklanego domu. Chyba czuł się tam jak w więzieniu. I spoglądał na mnie tak, jakbym był Czarnym Panem. Sam zaś bohater, chłopiec zdecydowanie starszy od Asiuni, na dziecinnym rowerku rozwozi (bez świadomości co wiezie naprawdę) „zaproszenia ślubne” do ludzi, a potem czynnie włącza się w walkę podziemną.  A więc dwie szczególne pozycje dla dzieci. Przy okazji cacka edytorskie, które aż chce się posiadać w swojej biblioteczce.