środa, 2 listopada 2011

Joanna Papuzińska "Asiunia" i Michał Rusinek "Zaklęcie na w"

Obie książeczki stworzone zostały w ramach serii „Muzeum Powstania Warszawskiego dla dzieci” i obie są wspólnym projektem muzeum i Wydawnictwa Literatura. Obie służą też temu samemu celowi: tłumaczą dzieciom czym była II wojna światowa. Obie wreszcie są zupełnie inne. „Asiunia” Joanny Papuzińskiej z całą pewnością przeznaczona jest do czytania mniejszym dzieciom. Podkreśla to nawet warstwa graficzna książki – ciepłe, mimo tematu, łagodne ilustracje. W historii pięcioletniej Asiuni najbardziej wzruszające jest jednak to, że została utkana z prawdziwych przeżyć samej autorki, Joanny Papuzińskiej. Papuzińska wspaniale, delikatnie, spokojnie zaadaptowała swoją historię: tułacze losy wojennego dziecka, do możliwości dzieci. Wspaniała lektura do czytania, może z babcią? Wspaniały pretekst do rozmowy o historii. Książka Michała Rusinka jest zupełnie inna i przeznaczona dla dzieci ciut starszych – co podkreślają udane ilustracje Joanny Rusinek, bardziej „kanciaste” i niepozbawione symboliki (wymowna ilustracja na 41-42 stronie, przedstawiająca gnający pociąg z wywożonymi z Warszawy ludźmi. W rogu ilustracji widać symbolicznie zarysowany cmentarz, choć pociąg zdaje się go mijać…).”Zaklęcie na w” jest też w warstwie językowej bardzo metaforyczne. Wojna pokazana bowiem została jako zaklęcie, od którego cały świat pozbawiony został kolorów i jest – jak na starej fotografii – jedynie czarno-biały. Rusinek już do końca książki gra na tej kolorystycznej metaforze (Niemcy to Czarni Panowie, Polacy – Biali), pięknie pisząc np. o szarych szeregach: Nikt nie mógł wiedzieć, że istniejemy, nikt nie mógł nas zobaczyć, więc musieliśmy zrobić tak, jak niektóre zwierzęta, które upodabniają się do tła. Nasze tło było szare, więc nazwaliśmy się Szare Szeregi. Pod koniec książki autor pokazuje jednak, że nawet na wojnie nie wszystko było tylko czarno-białe. Podobała mi się także metafora ślimaka zamkniętego w słoiku, którego główny bohater przyniósł do domu: Ale po kilku dniach go wpuściłem, bo wyraźnie nie polubił swojego szklanego domu. Chyba czuł się tam jak w więzieniu. I spoglądał na mnie tak, jakbym był Czarnym Panem. Sam zaś bohater, chłopiec zdecydowanie starszy od Asiuni, na dziecinnym rowerku rozwozi (bez świadomości co wiezie naprawdę) „zaproszenia ślubne” do ludzi, a potem czynnie włącza się w walkę podziemną.  A więc dwie szczególne pozycje dla dzieci. Przy okazji cacka edytorskie, które aż chce się posiadać w swojej biblioteczce.

3 komentarze:

  1. Sama bym chętnie przeczytała, choć z lat dziecinnych wyrosłam dość dawno.

    OdpowiedzUsuń
  2. Brak było takich książek, oj, bardzo. Mam z dedykacją autorki "Darowane kreski", gdzie Papuzińska opisuje dzieciństwo. Niby dla dzieci, ale chyba ciut starszych. Będę się rozglądać na targach.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Edyto, ja nie mam oporów przed czytaniem literatury dla najmłodszych, bo interesuję się nią - po prostu:-)
    Książkowcu, jeszcze nie czytałam "Darowanych kresek" ale ostatnio mam w pamięci ten tytuł.
    Wydaje mi się, że książki o wojnie dla dzieci były, np. "Mali bohaterowie", ale to już zdezaktualizowany kod językowy.
    Pozdrawiam książkowo!

    OdpowiedzUsuń