środa, 7 grudnia 2011

Jostein Gaarder "Tajemnica Bożego Narodzenia"

Jak pewnie pamiętacie, miałam ostatnio poważny gaarderowski kryzys, po nieudanej lekturze Mai i Zamku w Pirenejach. Na szczęście nie poddałam się i oto nagroda. W „Tajemnicy Bożego Narodzenia” jest wszystko to co u Gaaredra najlepsze – w najlepszym stylu i podwojonej dawce. Ale od początku, choć muszę przyznać, że nie wiem jak opisać Wam tę powiastkę, aby nie odebrać tym, którzy jeszcze nie czytali, przyjemności z zagadki. Spróbuję, ale nie gniewajcie się jeśli opowiem za dużo.  Jak to u Gaardera bywa, powieść ma złożoną budowę i dwie narracje zaznaczone graficznie przez krój i wielkość czcionki. Jest też swoistą zagadką-łamigłówką, uwierzcie mi, równe genialną jak Świat Zofii i Przepowiednia Dżokera, choć oczywiście bez takiego rozmachu jak te obszerne powieści. Tym razem zasadą konstrukcyjną jest… bożonarodzeniowy kalendarz. Każdy rozdział to kolejny dzień i kolejne okienko kalendarza. Jest też swoista obudowa właściwej historii. Joachim wraz z ojcem szukają kalendarzy bożonarodzeniowych. Trafiają do księgarni, gdzie znajdują przepiękny stary kalendarz. Dostają go za darmo z informacją, że pewnie podrzucił go do księgarni Jan – dziwny sprzedawca kwiatów. Joachim codziennie otwiera kolejne okienko, za którym znajduje się obrazek i karteluszka z zapisaną maczkiem historią dziewczynki Elisabet, która wybiegła za ożywionym barankiem ze sklepu towarowego i tak rozpoczęła wędrówkę w przestrzeni, idąc z napotkanym aniołem do Betlejem i, co najbardziej niesamowite i zapierające dech w tej książce – czasie. Każdy krok jest bowiem cofaniem się w czasie aż do narodzin Jezusa. Kapitalne rozwiązanie, tym bardziej, że wędrując w głąb historii świata Gaarder przywołuje wiele ciekawych informacji z historii ludzkości i religii. Aby jednak stało się zadość Gaarderowskiemu światu, na baśń o małej Elisabet, która poszła z pochodem (dołączają się bowiem do nich kolejne postaci) do małego Jezuska, nakłada się realna historia zaginięcia dziecka, które w 1948 roku wybiegło ze sklepu podczas zakupów świątecznych i ślad po nim zaginął. Mało tego. W pewnym momencie jedna z postaci w opowiadaniu kalendarzowym daje Elisabet kalendarz bożonarodzeniowy ze zdjęciem kobiety. Zdjęcie to znajduje się w posiadaniu bohaterów za sprawą tajemniczego kwiaciarza Jana, który tylko podsyca ciekawość, na końcu jednak okazuje się, że on sam na bieżąco rozwiązuje zagadkę Elisabet. Jeśli jednak myślicie, że powieść skończy się jednoznacznie i racjonalnie, to nie doceniacie wyobraźni pisarza.
I co Wy na to? Bo ja jestem zachwycona pomysłem i wykonaniem tej niezwykle oryginalnej a przy tym mądrej i krzepiącej, prawdziwie bożonarodzeniowej historii. Nie myślcie oczywiście, że Gaarder zapomniał nawoływać w niej do programowego u siebie zadziwienia i fascynacji światem. Cała ta książka jest hołdem dla cudowności tego co nas otacza. Jednym słowem wspaniała grudniowa lektura i najlepszy z możliwych prezentów pod choinkę.

3 komentarze:

  1. Hmm, poczułam się zaciekawiona. Przeczytam przy sprzyjającej okazji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z tobą to piękna i mądra książka, sama lubię do niej wracać. Ja mam wydanie z granatową okładką:).

    OdpowiedzUsuń
  3. Edyto! Ha, o to chodziło!
    Marietto, cieszę się i polecam pozostałe książki Gaardera.

    OdpowiedzUsuń