sobota, 29 grudnia 2012

Hanna Kowalewska "Przelot bocianów"

Ostatnia odsłona życia Matyldy i ostatnie zaproszenie do Zawrocia. Szkoda. Przywiązałam się do tej bohaterki – w końcu spędziłam z nią trochę czasu, a cykl o jej losach uważam za jeden z najlepszych. Chociaż ostatnią część czytałam trochę inaczej. Wszystko za sprawą spotkania autorskiego z Hanną Kowalewską w mojej bibliotece. Autorka zdradziła tyle tajemnic Zawrociańskiego cyklu „od kuchni”, że aż za dużo i świadomość warsztatu nie pozwalała mi zatopić się bezkrytycznie i beztrosko w świat Matyldy. Spotkanie było zresztą niezwykle udane i treściwe. Nie uważam cyklu o Zawrociu za „literaturę środka” – jak określała go autorka. Swoją polonistyczną i czytelniczą intuicją wyczuwam naprawdę dobrą polską prozę. Tak jest też z częścią piątą – choć nie powiem, momentami raziła mnie nieco kolokwialnym językiem. W pewnym momemcie, widząc przeczytane strony i niewyjaśniającą niczego akcję, czułam też narastające napięcie czy wielki finał mnie nie zawiedzie. Nie wiem czy zawiódł czy nie. Przyjęłam go – po prostu. Czuje się trochę, że autorka nieco sztucznie, trochę zbyt teatralnie rozwiązuje pewne wątki – bo tak trzeba. Nie wiem też, czy takiego losu chciałam dla mojej ulubionej bohaterki. Niech jednak tak będzie. Podobała mi się w ostatniej części ta „ciążowa” perspektywa, te skomplikowane, niejednoznaczne relacje Matyldy z nienarodzonym jeszcze dzieckiem, mimo wszystko przepełnione optymizmem. Matylda zaskoczyła mnie też kilka razy swoją postawą. Szkoda, że już się z nią nie spotkam, że nie dowiem się jak się ma… Autorka zostawia furtkę – jeszcze jedną tajemnicę Zawrocia. Może jednak skusi się na napisanie szóstej części... 

piątek, 21 grudnia 2012

Maria Pruszkowska "Życie nie jest romansem ale..."

Tych, którzy znają cykl Pruszkowskiej nie zdziwi zapewne fakt, że po zdobyciu (oj ciężko było. Kiedy już bowiem upolowałam egzemplarz na allegro, paczka szła do mnie… trzy miesiące!!!!) i przeczytaniu drugiej części czułam się tak, jakbym wpadła w odwiedziny do starych znajomych. Jakiż to talent stworzył takie postacie, które wita się jak bliskich! Tym bardziej, że nic się u nich od pierwszej części nie zmieniło i bibliofilska rodzinka nadal żyje przeczytanymi książkami. Życie nie przepływa już jednak beztrosko obok nich – doświadczają wojny, poniewierki, ruin Warszawy i ponownego zakorzeniania. Mimo to ich „książkowa” postawa pozostaje niezachwiana i wcale nie razi sztucznością i literackością. Chciałabym TAK żyć. Pozwolić życiu, aby przepływało obok a jednocześnie tak mocno jak bohaterowie Pruszkowskiej w nim uczestniczyć.
Druga część cyklu napisana jest z równie wspaniałą wirtuozerią słownego i życiowego humoru i pogody ducha. Sposób pisania o wojnie przypomina klimatem „Cafe pod Minogą” Wiecha – i przyznać muszę, nigdy nie znalazłam innych przykładów takiego o tych okrutnych czasach sposobu pisania. Wojna staje się tu jedną wielką anegdotą, przegrywa z pędem życia. Przegrywa z czytaniem… Właśnie. Ta niezłomna postawa, to ratowanie się w każdej sytuacji książkowym cytatem – sztandarowy przykład tego, że literatura ocala…
Polecać nie będę. Nie muszę. Wszyscy wiedzą... Poluję na część trzecią, bo bardzo bym chciała wpaść jeszcze raz w odwiedziny do mojej ukochanej bibliofilskiej rodzinki.

niedziela, 16 grudnia 2012

Kilka słów o czytelnictwie niemowlaka:-)

Już wiem, że hasło "Czytaj dziecku 20 mintu dziennie, codziennie" nie sprawdza się w konfrontacji z niemowlęciem, a nawoływanie autorek książki "Wychowanie przez czytanie" aby czytać dziecku od urodzenia jest nieporozumieniem. O ile bowiem trzymiesięczne maleństwo wyboru nie ma i słucha, o tyle starszy niemowlak  sam "czyta" jak chce, kiedy chce i co chce. Pierwszy rok życia to nie czas na lektury tylko szaloną radochę i zabawę z samej formy książki. Jako młoda mama mam już za sobą fazę czytania 50 razy dziennie zachwyconemu maleństwu "Lokomotywy". Mam też z sobą okres bezkrytycznego i bezrefleksyjnego zjadania (czy to Tomcio Paluszek czy Anna Karenina nie ma to większego znaczenia) woluminów. Przechodzę teraz tę strategiczną fazę zainteresowania formą książki, z której zapewne niedługo wykluje się mały czytelnik. Ola ma już kilka ulubionych książeczek, ale niedawno zauważyłam u niej tendencję sugerowania się w wyborze literatury... formatem. Najbardziej ulubiła sobie kwadratowe książeczki z zaokroąglonymi bokami i miękkimi okładkami (jak na zdjęciu). Za serią "Książeczka maluszka" po prostu zaś szaleje. Książeczki te są bardzo sprytnie pomyślane. Jest tu i rysunek i fajny, o świecie niemowlęcym mówiący tekst i zdjęcia innych dzieci. Strzał w dziesiątkę! Kiedy Ola ogląda te książeczki - nie ma dziecka. Serdecznie je polecam wszystkim rodzicom.
Rady i porady autorek "Wychowania prze czytanie", tej de facto mądrej i wartościowej książki, wypadają w praktyce różnie, jednak w kontekście fenomenalnego rozdziału i nauce czytania chciałam jeszcze pokazać dwa fajne przykłady tego, jak w praktyce - i na przekór praktyce szkolnej - stosować zasadę od  "ogółu do szczegółu". Pierwsza książeczka z piszczącym słoniem; dziecko ma naciskać na niego gdy słyszy w tekście słowo słoń. Druga z obrazkami zamiast słów - aby mogło czytać z rodzicem.


Takich pomysłów jest oczywiście dużo i dostępność do nich łatwa (towary marketowe) ale dobrze, że można je kupić i stosować. Ola oczywiście jeszcze za mała, ale niedługo, niedługo...

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Historia fotografii od 1839 roku do dziś


Ciężko jest znaleźć  współcześnie wydaną, DOBRĄ historię fotografii. Wydawnictwa z tej dziedziny obliczone są na ilustracyjny rozmach i legitymują marną, ubogą, powtarzaną wszędzie tą samą treścią. Bałam się trochę, że tu będzie podobnie. Nie było. Wydawnictwo Taschen zabrało mnie na kilkanaście dni w fascynującą podróż w czasie.  Książka ta nie jest bowiem typową historią fotografii. Nie znajdziemy tu zdjęć, które wstrząsnęły światem i sztuką, a przynajmniej nie – jeśli nie ma ich w zbiorach muzeum George Eastman House. Na książkę składają się bowiem reprodukcje zdjęć z kolekcji muzeum, które układają się w historię fotografii. Trzeba jednak zaznaczyć – głównie amerykańskiej, w pewnym momencie bowiem autor tekstu szkicuje raz za razem sylwetki amerykańskich artystów (nie tylko oczywiście ale w przeważającej części). Reprodukcje są bardzo dobrej jakości, tekst ułatwia ich identyfikację,  a interpretacja fotografii pomaga w zrozumieniu wielu zjawisk. Historia tych zdjęć koncentruje się bowiem głównie na ich społecznym i socjologicznym bycie.  Zabrakło mi trochę  informacji czysto technicznych (a słownik terminów jest nieco za ubogi), ale nie można mieć wszystkiego. Już i bez tego publikacja ma 766 stron a temat zaledwie sygnalizuje. Dodać należy, że jest bardzo dobrze złożona. Dla pasjonatów fotografii znakomita lektura/prezent (książka kosztuje 50 zł – myślę, że nie tak drogo porównując z innymi pozycjami z tej dziedziny). I mimo, że w 2/3 (albo i więcej) złożona została z reprodukcji fotografii, pochylałam się nad nią kilkanaście wieczorów. Może dlatego, że autor tekstu zachęcał do „czytania” przede wszystkim tych niezwykłych zdjęć, a to, przyznacie, jest jeszcze trudniejszym, choć pasjonującym zadaniem…

czwartek, 29 listopada 2012

Ewa Ostrowska "O królu cukrowym..."

Jeśli w dalekim dzieciństwie śpiewano Wam kołysankę „Był sobie król”, jeśli wychowaliście się na „Królu Maciusiu I” i/lub kochacie „Małego Księcia” to pora na wizytę w bibliotece w celu wyjęcia z odmętów zapomnienia książki  Ewy Ostrowskiej (na pewno będzie stała w magazynie, może nawet już zubytkowana z winy nieczytania). Szkoda że aż tam trzeba sięgać po tę perełkę, ale tak z perłami bywa. Tym bardziej, że książka wydana jest (Wydawnictwo Łódzkie, 1975) nieprawdopodobnie… ohydnie. Dawno nie widziałam tak nieatrakcyjnych ilustracji w książce dla dzieci.
Zasadniczą częścią baśni jest opowieść o Cukrowym Królestwie, w którym (faktycznie) rządzi kucharka Pelasia i w którym wybierają Cukrowego Króla (zanim wybiorą – mamy kapitalną karykaturę rządów wszelakich, także współczesnych). To tu znajdują schronienie przed przeznaczeniem wyśpiewywanym w kołysance Marcepanowa Królewna i Piernikowy Paź, to stąd swą niezwykłą podróż po Drodze Mlecznej odbywa Cukrowy Król. Podróż w łódeczce i odwiedziny mieszkańców poszczególnych gwiazd to oczywiście odniesienie do podróży Małego Księcia, pełne absurdalnego – godnego oryginału poczucia humoru i interpretacyjnej głębi (poziomów interpretacyjnych jest tu bardzo dużo).
Baśń Ostrowskiej to jednak przede wszystkim opowieść o dzieciństwie – o jego logice i prawach. Zachwyca ten literacki misz-masz motywów, dobrze wywarzony absurd (uwielbiam go w literaturze dla dziecka)  i specyficzny humor. Wzrusza możliwość powrotu tam, gdzie dawno nas już nie ma…

sobota, 10 listopada 2012

Melanie Benjamin "Alicja w krainie rzeczywistości"


Wydawnicwo Amber. Romans. Jedno i drugie bardzo mi odległe. Ale sięgnęłam po ten tytuł bo znęcił mnie temat – historia Alicji Liddell – dziewczynki będącej pierwowzorem „Alicji z Krainy Czarów”. Nie żałuję, powiem więcej – nie mogłam otrząsnąć się po tej książce zanim jeszcze dobrze ją skończyłam. A takich wstrząsów my czytelnicy szukamy, czyż nie?
Oczywiście – romans – z całym asortymentem motywów i stylistyki typowej dla gatunku. Nie mam dużego (czytaj: żadnego) doświadczenia w takich lekturach, moja przygoda z tym gatunkiem zakończyła się na „Malwinie” Marii Wirtemberskiej-Czartoryskiej – czytanej przymusowo (acz z przyjemnością) na studiach polonistycznych. Intuicja podpowiada mi jednak, że to romans dobrze napisany, także językowo. Ale to nie ważne. Nawet gdyby językowo był do kitu, sam temat i tak wstrząsa i nie pozostawia obojętnym.
Czy znacie fotografię 7-letniej Alicji, córki dziekana, którą w stroju żebraczki utrwalił na szklanym negatywie Lewis Carroll? Ta książka to specyficzna interpretacja tej właśnie fotografii (reprodukowanej zresztą w książce, wraz z dwiema innymi fotografiami Alicji). Stąd też moje śmiałe oznaczenie tagiem „o fotografii”.  Już sam ten pomysł, powieści osadzonej na interpretacji fotografii jest wart jest uwagi. Tylko czy rzeczywiście jest choć cień prawdopodobieństwa, że tak było naprawdę? Bo jeśli nie było, to autorka BARDZO krzywdzi autora przygód Alicji. Właśnie tta niepewność – oraz niezwykle barwny, niejednoznaczny, tragiczny portret angielskiego autora, tak dramatycznie skontrastowany z książką dla dzieci, którą po sobie pozostawił  – wywołują wstrząs w czytelniku.  Powieść bez wątpienia powinni przeczytać miłośnicy „Alicji w Krainie Czarów”. Nie pozostawi w nich niesmaku, o nie, ale daję jednak głowę, że nie będą mogli długo o niej zapomnieć, a lektura Alicji przestanie być tak uroczo naiwna. Powinni ją także przeczytać ci, którzy lubują się w dobrej literaturze psychologicznej. Powieść nie przynosi łatwych rozwiązań, nie daje ukojenia – ani bohaterom, ani czytelnikom…

czwartek, 1 listopada 2012

sobota, 27 października 2012

Janina Porazińska "W Wojtusiowej izbie"


Jaka szkoda, że ta książka to już tylko zabytek, znakomity, ale jednak zabytek literatury dla dzieci. Tak jak Lenartowicz, Konopnicka i inni, którzy działali na ludową nutę, i których rodzice czytają teraz dzieciom rzadko, z prostej przyczyny – bariery językowej.  Ten uroczy zbiór wierszy Porazińskiej również to tego nurtu nawiązuje – leksyką, frazą i brzmieniem przywodzi ludowe piosenki. Właśnie ta leksyka jest tu przeszkodą, bo i ja nie umiałabym już wyjaśnić wielu terminów. Mimo to jednak czytam Oli, w końcu jeszcze nie rozumie, a już wspaniały dźwięk poezji chwyta i cieszy się brzmieniem tych wierszyków. Do czego zachęcam innych rodziców. Znajdą się tu wierszyki,  które mimo wszystko przetrwały próbę czasu (np. „Wycinanki” – zabawny wiersz wyliczanka). I jeszcze jedna refleksja – tomik może i „przeterminowany”, ale Porazińska wciąż żyje w kołysankach dla dzieci. Te są cały czas nieśmiertelne i od lat pokonują konkurencję.

wtorek, 16 października 2012

Agota Kristof "Analfabetka"


Nie znam tej autorki, do literatury węgierskiej też nigdy nie dotarłam, a książka dostała się w moje ręce (dziękuję Pani Zosiu) dlatego, że jej pierwsze zdanie brzmi: „Czytam. To jest jak choroba”.
Czy można streścić swoje życie w jedenastu kilkustronicowych rozdziałach? Napisać o tym wszystkim co ważne i wyczerpać temat? Węgierska pisarka Agota Kristof rzuca rękawicę wszystkim tym, którzy zapadli na grzech rozwlekłości. Bo można i efekt jest niebanalny.  „Analfabetka” to takie krótkie podsumowanie życia i drogi twórczej. Krótkie ale treściwe, głębokie, poetyckie. Lubię tak pisane książki: poetyckie zdania, ciachane nożem jak chleb, rytmiczne. Lubię soczystą prozę poetycką, obrazy codzienności, które same się puentują. To wszystko znalazłam w tej książeczce. A oprócz tego zapis walki o swoją tożsamość narodową i język. Gdyby ktoś szukał tego motywu – tutaj znajdzie kwintesencję. Dlatego polecam. Ile jeszcze takich pereł kryje się wśród pisarzy krajów, których literatura jeszcze do nas nie dotarła albo dociera (chwała Wydawnictwu Czarne) nadal bardzo szczątkowo.

poniedziałek, 1 października 2012

Krzysztof Sąsiadek "Zabawy paluszkowe"


Miałam na tę książkę ochotę jeszcze przed urodzeniem córeczki, wydała mi się bowiem po prostu ciekawostką, teraz jej nabycie nabrało oczywiście podwójnego sensu. Na to przesympatyczne wydawnictwo składa się krótki, acz treściwy (propozycje wykorzystania wszelakiego)  i ciekawy wstęp oraz szereg rymowanek, przystępnie „ilustrowanych” kształtami rąk i palców. Tylko się uczyć i bawić z dzieckiem. Każdy pamięta przecież klasykę: raka nieboraka czy tajemnicy kominiarza. Autor zebrał znacznie więcej przyjemnych rymowanek, których paluszkowe inscenizacje na pewno umilą wspólne chwile rodziców z dziećmi i uczynią wiele dobra we wzajemnych relacjach. To także zabawy poruszające wyobraźnię i skłonne do wszelkich autorskich modyfikacji. Dlatego z całego serca polecam i biegnę się uczyć i ćwiczyć.

wtorek, 25 września 2012

Mariusz Szczygieł "Zrób sobie raj"


Gdyby ktoś poprosił mnie abym w jednym zdaniu opisała książkę Szczygła, chyba powiedziałabym „znakomicie skomponowany reportaż” (albo zbiór felietonów – co kto woli, jedno i drugie określenie trochę nie dostaje). Bo właśnie to stwierdzenie nasuwało mi się w każdym rozdziale – że to bardzo dobrze skomponowane.  Każdy rozdział jest osobną, samopuentującą się perełką. Właśnie forma i język zachwyciły mnie najbardziej. W drugiej kolejności oczywiście to co Czechofil o Czechach pisze.  Warto przeczytać, żeby dowiedzieć się co za miedzą słychać. Niesamowite, że to kraj sąsiedni a różnice kulturowe są tak ogromne. Nie trzeba czytać o orientalnych, dalekich krajach, żeby spotkać tak bardzo odmienny od polskiego system wartości i zwyczaje. Wszystkie te rozdziały (włącznie z pogrzebowymi) na temat rachunku Czechów z Panem Bogiem są zadziwiające i niekiedy wstrząsające. Bo Szczygieł pisze lekko i dowcipnie o rzeczach ważnych i poważnych. A każda kropka, wcięcie, powtórzenie mają tu swoje przeznaczenie. Niech mu też będą dzięki za przeciekawy rozdział o czeskim fotografie Janie Saudku . Znakomicie skomponowana książka!

czwartek, 13 września 2012

Zofia Poletyło "Wirus komputerowy" - czyli lektury malucha:-)


"Pokaż się wirusku,
Może się poznamy?
Może ci przyniosę
naleśnik od mamy?"
No właśnie... Jak wytłumaczyć maleńkiemu (bo dla maleńkiego dziecka przeznaczona jest ta mała książeczka z twardymi stronami i w formacie książeczek zalewających supermarkety i kioski a przypominającymi klasykę wierszyka. Nawet nieco kiczowane ilustracje wpisują się w ten "nurt wydawniczy") dziecku czym jest wirus komputerowy i czy ono takiej wiedzy w ogóle potrzebuje? Nie wiem, ale kupiłam tę książeczkę jako ciekawostkę do naszych (moich) zbiorów. Jak widać na załączonym obrazku - zainteresowanie malucha spore:-)

niedziela, 2 września 2012

Michael Ende "Momo"


Seria „Cała Polska czyta dzieciom” to pewniak, a połączona z nazwiskiem autora „Niekończącej się historii” – stuprocentowy, dlatego sięgnęłam bez mrugnięcia okiem.
Tytułowa bohaterka  Momo to tajemnicza dziewczynka, która pojawia się nie wiadomo skąd i zjednuje sobie sympatię mieszkańców miasta tym, że… potrafi słuchać. Ale miasto opanowują (rodem z Kafki – brawa!) szarzy panowie, którzy kradną ludziom ich czas, magazynując go i czerpiąc z niego swą siłę. Ludzie nagle przestają mieć czas dla innych, dla siebie. Stają się  nieszczęśliwi i tracą cel życia. Momo trafia do tajemniczego mistrza Hory, przydzielającego ludziom ich czas i z jego pomocą próbuje uratować przyjaciół i mieszkańców miasta. Tak w skrócie przedstawia się ta niezwykła historia, w BARDZO telegraficznym skrócie, bowiem kryją się za nim niesamowite pokłady interpretacyjne na wielu poziomach w zależności od potrzeb czytelnika i chwili. Dorośli odczytają historię wielkiej kradzieży czasu inaczej niż dzieci ale wiele rzeczy pozostanie w dużej zbieżności:  historia o wielkiej przyjaźni i poświęceniu oraz przypowieść o tym czy dobrze rozporządzamy swoim życiem i czy ktoś (lub coś!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) nie kradnie nam czasu i życia. Bo choć opowieść ta ubrana jest w płaszczyk lekko baśniowej fantastyki, ja odczytałam ją niemalże jako zupełnie realistyczną antyutopię – spełnioną, niestety….
Ende kreśli kilka znakomitych postaci (np. Beppo Zamiatacza Ulic,) a w treść książki wplata kilka krótkich i soczystych przypowieści (opowiadanych przez Gigi), jak na przykład genialną „Baśń o czarodziejskim zwierciadle”.  Jednym słowem znakomita lektura. Nawet jeśli nie od razu zdacie sobie z tego sprawę, pozostanie w sercach i zakiełkuje, spokojnie – jak Kwiaty Jednej Godziny.

Swego czasu byłam w Teatrze Andersena w Lublinie na „Teatrze Cieni Ofelii” według opowiadania Endego. Spłakałam się na tym (de facto dla dzieci przeznaczonym) spektaklu i nie mogę o nim, jak o historii Momo, zapomnieć. Niestety nigdy nie natrafiłam na tekst opowiadania. Być może nie został przetłumaczony albo funkcjonuje pod innym tytułem. Może komuś ten tytuł rzucił się w oczy i podpowie gdzie go szukać?

wtorek, 21 sierpnia 2012

Julian Tuwim "Lokomotywa"

Na wierszach Juliana Tuwima w tym wydaniu wychowala się moja mama, po niej książkę przejęłam ja, a po mnie przejęłaby Oleńka, ale ze względu na ryzyko rychłego zjedzenia zrobiłam rekonesans w księgarniach i upolowałam jej nowe wydanie (do zjedzenia doskonałe). Zdziwiłam się i ucieszyłam, że wydają cały czas tę książeczkę w niezmienionej szacie - z tymi jedynimi w swoim rodzaju, czarnymi i "kanciastymi" ilustracjami Szancera. Ale kiedy wczoraj w Matrasie zobaczyłam wydanie prawdziwie lokomotywowe - oszalałam. I już nie wiem czy Oleńce kupiłam tę Tuwimowsko-Szancerową harmonijkę, czy - na wspomnienie dzieciństwa - sobie...

piątek, 10 sierpnia 2012

Irena Koźmińska, Elżbieta Olszewska "Wychowanie przez czytanie"


„Czytanie to najskuteczniejszy – i najtańszy – sposób budowania wewnętrznych zasobów dziecka”


To BARDZO ważna książka. I jedyna poruszająca jak szeroko problematykę głośnego czytania na jaką trafiłam. Być może jedyna na polskim rynku. I chociaż tytuł wydaje się jednoznaczny, to jest to książka o wychowaniu w ogóle, nie tylko przez czytanie. Jeden z rozdziałów zatytułowany jest „Rodzice – architekci dzieciństwa”, piękne określenie, i zobowiązujące, bo autorki uświadamiają jak ogromna jest rola i odpowiedzialność  rodziców w kształtowaniu młodego człowieka (nie tylko przez czytanie, o nie…) Zainteresowani tematem znajdą w tej książce wskazówki jak czytać głośno, kiedy zacząć, jak dobrać lektury. Dowiedzą się jak przebiega mechanizm nauki czytania – to fragment szczególnie wartościowy dla nauczycieli, którzy „sabotują czytanie” (o  czym też traktuje osobny rozdział). Bardzo dużo uwagi poświęcają autorki problemowi wpływu telewizji i mediów na dzieci i młodzież. Myślę, że rodziców mogą zaskoczyć niektóre informacje. Szczególnie wartościowy – zwłaszcza dla zainteresowanych tematem – jest rozdział o biblioterapii. Taka wiedza w pigułce. Na końcu odnaleźć można także omówienie lektur polecanych do czytania (nie tylko tych, które wyszły w serii Cała Polska czyta dzieciom) oraz dwa arcyciekawe wywiady o wychowaniu. Myślę, że tę propozycję oraz jakąkolwiek książkę Grzegorza Leszczyńskiego (do wyboru do koloru, wszystkie tak samo mądre i rewolucyjne), powinni przeczytać wszyscy poloniści (be względu na rodzaj szkoły i wiek uczniów). Byłaby to dobra terapia wstrząsowa, sęk w tym, że to i tak walka z wiatrakami…
I jeszcze coś… Czytałam tę książkę z niesłabnącym zainteresowaniem, ale irytowało mnie krzywdzące generalizowanie.  Oczywiście, że czytanie to „superwitamina” i „szczepionka”na zło świata, nie trzeba mnie o tym przekonywać (swojemu dziecku czytałam książki jeszcze wcześniej niż autorki zalecają – gdy było w brzuszku a teraz, kilka miesięcy później, jest wytrawnym smakoszem – często dosłownie –dziecięcej klasyki, oczywiście rymowanej i  ilustrowanej). Ale to wszystko nie jest takie proste! Czytanie jest czytaniem, życie życiem…

środa, 1 sierpnia 2012

Małgorzata Strzałkowska "Wiersze, że aż strach"


Zakochałam się w wierszach Małgorzaty Strzałkowskiej. Ja. Nie moja córcia, którą te szeleszczące i świszczące wierszyki na razie chyba trochę denerwują, ale pewnie za kilka lat będziemy miały z nich wspólną radochę, że aż strach. Bo i przygodę z wierszami autorki zaczęłyśmy od książeczki „Wiersze, że aż strach!” .  Te przezabawne rymy traktują o strachach wszelakiej maści. Na czarnych stronicach z negatywowymi literami (genialny pomysł) roi się od kolażowych potworów i  czarownic. Tylko czytać o nich i bać się – ale bać się razem i bezpiecznie. Wszak ci mrożący krew w żyłach bohaterowie okazują się nie tacy wcale straszni. Lord co bał się bordo mordy – sam ją nastraszył, potwór postanawia, że miast straszyć, będzie rozśmieszał, strach lubi być głaskany, a Baba Jaga zza komina jest maciupeńka i śpi w łupinie orzeszka. To wszystko – straszne na pierwszy rzut oka, ale przyjazne po przyjrzeniu się uważniej ilustracje i przezabawne wierszyki o dających się oswoić strachach powoduje, że książeczka oprócz walorów rozrywkowych ma też niezaprzeczalne walory terapeutyczne. Chyba ją kupię (mam egzemplarz z biblioteki, a po prostu się w niej zakochałam – ach to niezdrowe i toksyczne uczucie bibliofilskie), aby była w pogotowiu, gdy Oleńka będzie na etapie wyimaginowanych strachów z wielkimi oczami.  A ten niezwykły humor językowy autorki (wiersze „Coś strasznego” i „Bordo Morda” są genialne), te językowe zakrętasy i wykrętasy – to wszystko powoduje, że satysfakcja czytelnika w każdym wieku będzie tak ogromna, że aż strach!

wtorek, 17 lipca 2012

Chris Priestley "Opowieści grozy Wuja Mortimera"


Lubię bać się jak dziecko – bezpiecznie. Nie oglądam horrorów, czytam natomiast z chęcią takie jak ta straszności, bo wtedy wyobraźnia sama pracuje na tyle, na ile czytelnik zniesie. A jeśli są to straszności rodem z Edgara Allana Poe – tym lepiej.  Tytułowy wuj Mortimer mieszka w upiornym domu za lasem. Odwiedza go spokrewniony z nim chłopiec, któremu wuj opowiada przy kominku straszne historie. Każda zainicjowana jest jakimś przedmiotem znajdującym się w tym strasznym domu. Wuj przyznaje się, że zbiera przedmioty przeklęte i niebezpieczne. Dlaczego? Jego tajemnica (zdradzać nie będę - wszak tajemnica) wyjaśni się w ostatniej opowieści. Ale zanim to następuje, czytelnik – po wprowadzeniu w odpowiedni nastrój oczywiście (stuki, puki, obce kroki w straszliwym domu, ciemności, mgła za oknem) wysłuchuje wraz z chłopcem szereg mrożących krew w żyłach historii, w których roi się od upiorów, demonów, duchów i wielu innych okropieństw. Muszę przyznać, że makabreski te napisane są naprawdę w dobrym guście, z poszanowaniem tradycji (Edgara Allana przede wszystkim). Momentami groteskowe, momentami z przymrużeniem oka, jednak zawsze straszne i poruszające wyobraźnię (największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie „Zimowe drzewa”). Nie wiem tylko czy nie za mocne dla dziecka, ale współczesne dzieci chyba nie lubią już bać się bezpiecznie… Proponuję więc podsuwać tę książkę ostrożnie, najlepiej najpierw przeczytać ją samemu. O zmroku!
I jeszcze dwa słowa o samym wydawnictwie: poprawnie złożone, z klimatycznymi czarno-białymi ilustracjami, pomysłową okładką i ładną wyklejką.Pozycja nominowana do nagrody Donga w ubiegłym roku. Warto mieć w swoich zbiorach!

czwartek, 5 lipca 2012

Agnieszka Frączek "Całuski i buziaczki"


„Hipopotam, słoń czy smok – każdy czasem cmoka: cmok!” – powtarzamy jak mantrę z moją córeczką. Właściwie to ja powtarzam, a ona patrzy na ciepłe, pastelowe ilustracje. Bo książeczka bardzo przypadła Oli do gustu.  Może dlatego że czytamy i cmokamy.  Przezabawny wierszyk Agnieszki Frączek definiuje całuski różnych członków rodziny (Reksia też!). To taka książeczka w typie „Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham”. No, może skojarzenie jest dalekie, ale skutek czytania podobny. Tekst dodatkowo rozmieszczony jest atrakcyjnie na stronie, a całość dopełniają sympatyczne buźki w ciepłych kolorach, bez nadmiaru szczegółów, ze spokojną kreską – w sam raz dla niemowlaka, choć oczywiście dla starszego dziecka  też! Szkoda że to import z zagranicy. Mamy przecież swoich ilustratorów. Lepszych. Czytajcie więc i cmokajcie! CmokJ

poniedziałek, 2 lipca 2012

Jan Miodek "Słowo jest w człowieku"


Nie przesadzę, jeśli napiszę, że ten poradnik językowy profesora Miodka czytałam… kilka lat, zaglądając do niego od czasu do czasu, w autobusach, w wolnych chwilach. Mimo, że lubię tego typu lektury, jakoś nie mogłam przebrnąć przez tę książkę szybko i bezboleśnie. Choć felietony o języku polskim pisane są klarownie i interesująco, nie byłam w stanie przeczytać więcej niż kilka dziennie. Wolę słuchać profesora w telewizji (odwrotnie ma się rzecz z profesorem Bralczykiem, którego poradnik „Mówi się” – pochłonęłam na deser). Mimo to do wartości książki nie muszę nikogo przekonywać, to spora dawka wiedzy o języku, jego współczesnych przemianach i zjawiskach. To także urocza (bo dobrowolna) powtórka z historii języka polskiego i gramatyki historycznej (jery, przegłosy i inne atrakcje, które poloniści muszą wykuć, a o których zapomina się zaraz po wyjściu z sali egzaminacyjnej).  Felietony profesora Miodka pozwalają zachwycić się naszym językiem, tym niezwykłym palimpsestem – bo tłumacząc pewne zjawiska profesor sięga często do zamierzchłej przeszłości i dopiero wtedy widać jak bardzo wszystko się tu na siebie nakłada, jak cudownie miesza. Uwielbiam język polski właśnie za to kulturowe i historyczne bogactwo. Warto dodać, że poradnik składa się z sześciu uporządkowanych części. Na jego końcu znajdziemy (to ważne) indeks wszystkich omówionych form. 

poniedziałek, 25 czerwca 2012

niedziela, 17 czerwca 2012

Tracy Hogg "Język niemowląt"


Ta pozycja to już podobno klasyka, zresztą tytuł od czasu do czasu przewija się gdzieniegdzie koło informacji, że książka komuś pomogła, że warto ją przeczytać. Bo warto.  Trzeba tylko pamiętać, że tytuł jest nieco mylący. Sugeruje, że propozycja (bo wszelkie poradniki trzeba przecież traktować jako propozycje – przekonuję się o tym coraz częściej, szczególnie w kwestii dziecięcej) Tracy Hogg traktuje jedynie o komunikacji z niemowlętami. Tym czasem to full serwis. Przegląd niemowlęcych tematów: od karmienia do psychologii połogu. Choć oczywiście sama komunikacja i odczytywanie sygnałów od małego człowieka to najważniejsze części książki. Sięgając po nią pamiętajcie więc mamy, że to  „pełnowartościowy” poradnik. Nie ma w nim jednak przewagi ilustracji i kolorowych zdjęć ślicznych różowych bobasków, jak to w innych poradnikach bywa. W ogóle nie ma materiału ilustracyjnego. Nie jest potrzebny. To niespiesznie prowadzona opowieść o wielkiej przygodzie macierzyństwa ze wszystkimi jej blaskami i cieniami. Pełna szacunku dla małych ludzi. Próbująca ten szacunek na wszelkich polach działania rodziców zaszczepić. Tylko jest jedna zasada: trzeba tę książkę przeczytać (od dechy do dechy, naprawdę się da mimo że to poradnik) kiedy maleństwo jest już na świecie. Ja połowę przeczytałam jeszcze przed (abstrakcja) a drugą połowę po i BARDZO mi pomogła. Myślę, że warto tej autorce (mimo dużego subiektywizmu) uwierzyć i zaufać. W zalewie podobnych książek ta wydaje się naprawdę warta cennego czasu, które skradniemy na lekturę naszemu maleństwu.

sobota, 2 czerwca 2012

Geraldine Brooks "Ludzie księgi"


Kiedy brałam do ręki tę przepastną powieść byłam pewna, że mam do czynienia z kolejną propozycją a la Dan Brown, tyle że z tajemniczym woluminem w roli głównej. Sugerował to zresztą opis na okładce, akcentujący element sensacyjny fabuły. Pomyliłam się jednak, o jak bardzo… Autorka snuje historię autentycznej księgi – sarajewskiej hagady (skan księgi zobaczyć można na stronie: http://www.talmud.de/sarajevo/, także ilustrację przedstawiającą czarną kobietę, której Brooks poświęciła cały rozdział). W posłowiu szczegółowo wyjaśnia, które elementy powieści stanowią literackie zmyślenie. Powieść jest bowiem specyficzną „wersją wydarzeń”. Autorka siłą wyobraźni odtwarza losy i wędrówkę księgi, choć tak naprawdę snuje przede wszystkim historię o ludziach, których los splótł się w jakiś sposób z hagadą. Element sensacyjny nie jest tu najważniejszy. Najważniejsze są losy ludzi, opowiedziane spokojną, niespieszną narracją. Autorka stosuje ciekawy zabieg kompozycyjny. Akcja powieści zaczyna się w ogarniętym wojną Sarajewie. Główna bohaterka powieści Hanna – australijska konserwator sztuki, przyjeżdża do Sarajewa aby zbadać i konserwować hagadę. Wszystko to, co odnajduje w książce – włos, motyle skrzydełko czy plamy po winie, staje się tematem przewodnim rozdziałów, którymi przeplatane są fragmenty dotyczące prac konserwatorki. O ile ona „idzie” na przód ze swymi odkryciami, o tyle rozdziały będące rekonstrukcją wydarzeń opowiadają historię hagady niejako od tyłu (od czasów drugiej wojny do XV wieku) . Każdy rozdział stanowi niemalże samodzielny, rozbudowany fabularnie fragment dziejów książki. Każdy stanowi propozycję wersji wydarzeń. Choć tak jak pisałam, to przede wszystkim dzieje narodów i poszczególnych jednostek, nie księgi. To znakomicie zarysowani bohaterowie, żywi i do bólu prawdziwi, opisani językiem prostym, ale nie pozbawionym wyszukanych porównań.  A całość dedykowana bibliotekarzom. Jednym słowem znakomita powieść, obowiązkowa lektura nie tylko dla wielbicieli książek o książkach, choć dla nich szczególnie cenna. Powieść Brooks jest bowiem rozbudowaną refleksją o tym, co mówią (a co przemilczają) o dziejach ludzi stare księgi…

sobota, 12 maja 2012

Warszawskie Targi Książki 2012

Dwie godziny drogi, trzy godziny na targach, dwie godziny z powrotem. Siedem godzin rozłąki z córeczką... ale byłam! Krótko, ale wystarczająco, by poczuć tę jedyną w swoim rodzaju atmosferę. I żeby zobaczyć tłumy, których jeszcze, jako smakosz i coroczny bywalec targów, nie widziałam. I zmarginalizowane stoiska czytników e-booków - "nie myśl, że książki znikną" - zaśmiałby się Eco. I co jeszcze?
Przecudnej urody nagrodę Donga na stoisku Media Rodzina:
wspaniale zaaranżowaną wystawę poświęconą Januszowi Koczakowi:
stoisko japoskich książek, na którym upatrzyłam sobie jedną z nich, ale za diabła nie mogłam się dogadać i do zakupu nie doszło:
zjawiskową Olgę Tokarczuk:
kompletnie nic nie robiących sobie z dzikich tłumów kamiennych czytelników:
moje ukochane, w tym roku niezwykle skromne stoisko z rosyjskimi książkami:
najbardziej jednak zadziwił mnie taki widok, choć przecież były i młodsze dzieci:
no i chłopaki siedzące na schodach, zatopione w lekturze jak gdyby nigdy nic:

Poza tym przywiozłam dedykacje od Doroty Sumińskiej, Marcina Szczygielskiego, Anny Onichimowskiej, Julii Hartwig i... "tysiące uścisków i buziaków" dla mojej Oleńki od Agnieszki Frączek, wpisane do książki "Całuski i buziaczki" :-)



piątek, 27 kwietnia 2012

Joanne Owen "Władca marionetek"


Dawno już nie czytałam książki tak wciągającej nie tyle fabułą co klimatem. Dawno też nie miałam w ręku wydawnictwa tak przemyślanego edytorsko. Za nieszczególnie udaną okładką kryje się bowiem prawdziwe cacko, złożone z klimatycznych ilustracji, uroczych motywów zdobniczych i zróżnicowanych czcionek (wszystko to organicznie współgra z treścią). Treść książki zasługuje zresztą na podobną oprawę. Akcja dzieje się w XVIII-wiecznej Pradze. Praga – demoniczne, straszne, skute lodem i zasypane śniegiem miasto jest zresztą jednym z bohaterów powieści. Drugim pozostaje równie demoniczny Władca Marionetek, który z pomocą swego wędrownego teatru chce zdobyć władzę nad miastem. I jeszcze dziewczynka Milena, która okazuje się potomkinią legendarnej Libuszy, mitycznej założycielki Pragi. Bo na legendach o założeniu miasta opiera się ta ponura, tajemnicza historia. Tyle że w tej historii, jak informuje tekst na czwartej stronie okładki:  „legendy to przyszłość”, nie przeszłość. Niezwykle klimatyczna, choć ze strony na stronę coraz bardziej ponura i „grobowa” powieść, pełna soczystych motywów: zamknięty teatr marionetek, wędrowna trupa, demoniczni i groteskowi bliźniacy, żywe marionetki, wróżby z ziół, gabinet luster, sklep z guzikami itd… A to wszystko pięknie opisane, na granicy majaczeń sennych. Każde słowo i zdanie niesie jakiś ponury obraz. Jeśli lubicie takie książki: krzyżówki powieści gotyckich, opowiadań Poego i prozy poetyckiej, to na pewno nie pożałujecie czasu na lekturę.

Dodam jeszcze, że książka wydana została na kredowym papierze, w twardej oprawie. Z tyłu zawrotna cena 40 zł. Ja kupiłam ją w supermarkecie za 10 zł, choć jest warta swej pierwotnej ceny.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

książka z pacynką

Pomysł kapitalny. Pacynka wystaje z książki i na każdej stronie małpka jest na tle innego koloru. Wszak książka o kolorach właśnie. Oleńka jeszcze tego nie wie, ale jej mina na widok małpki Frani... bezcenna. A i mamę cieszą inne niż dotychczas formy książki:-)

wtorek, 10 kwietnia 2012

Eleanor H. Porter "Pollyanna"


„Pollyanna” to urocze skrzyżowanie „Ani z Zielonego Wzgórza” i „Tajemniczego ogrodu” (głównie za sprawą podobnych postaci i motywów). Ja za przygodami Ani i za słodkim, egzaltowanym usposobieniem głównej bohaterki nie przepadałam, dlatego do „Pollyanny”  też musiałam się przekonać. Początkowo zresztą książka wydała mi się infantylna i wydumana. Dopiero później dostrzegłam w niej coś więcej.
Pollyanna to jedenastoletnia dziewczynka, która po stracie rodziców przyjeżdża do zgorzkniałej ciotki. Rewolucjonizuje małe miasteczko i najbliższe otoczenie specyficznym podejściem do rzeczywistości. Dziewczynka bowiem gra w specyficzną grę polegającą na nieustannym wyszukiwaniu dobrych stron każdej sytuacji i powodów do radości. Zaraża optymizmem i daje porządną lekcję pięknego życia. Mimo dużego schematyzmu i wymuszonych dialogów polecam więc tę powieść dla młodzieży. Motyw gry w radość zastosować można na lekcjach bibliotecznych, wychowawczych, w biblioterapii  i… we własnym życiu.

wtorek, 27 marca 2012

Pierwsze książeczki Oleńki...

...a przynajmniej pierwsze, które zwróciły jej uwagę. Zaletą "Książeczki maluszka o zwierzątkach" są bowiem śliczne, mocno skontrastowane rysunki, które przyciągają uwagę niemowlaka (Wydawnictwo Olesiejuk).

niedziela, 4 marca 2012

zmiany w Księgogrodzie


...a to za sprawą właściciela maleńkich bucików na zdjęciu. Moją podstawową lekturą stanie się teraz "Pierwszy rok życia dziecka". Będzie też zapewne przerwa w intensywnym czytaniu, za to za jakiś czas rozpocznie się fascynująca przygoda z małym czytelnikiem i literaturą dla dzieci a Księgogród przekształci się we wspólny Księgogrodzik. Przebieg tej przygody będę relacjonować na bieżąco. Zaczęłyśmy już w drugim tygodniu życia. Maleńka na dżwięk czytanej przeze mnie książki otworzyła szeroko oczy w ogromnym zdziwieniu, a potem spokojnie zasnęła. Udało nam się powtórzyć ten cudny proceder aż trzy razy i tak oto przeczytałyśmy całego "Aksamitnego królika".

środa, 29 lutego 2012

Waldemar Wolański "Pan Twardowski"


Znałam tekst Wolańskiego o Panu Twardowskim, został on bowiem opublikowany w formie scenariusza teatralnego i wystawiany w Teatrze Groteska w Krakowie. Z radością powitałam więc propozycję Wydawnictwa Skrzat i wersję „prozatorską”. Mimo iż Wolański mocno modyfikuje treść legendy o polskim szlachcicu, wprowadza nowe postaci obce legendzie, robi z  diabła Rokity nieco niezręcznego i groteskowego diabła, któremu w zdobyciu duszy Twardowskiego muszą pomagać dzikie czarownice z Łysej Góry, a finał podania czyni znacznie bardziej egzystencjalno-chrześcijańskim niż wymaga tego sama legenda, to jednak tekst czyta się bardzo dobrze. Jest dynamiczny, pełny językowej werwy, słownego dowcipu, plastycznych porównań – taki „samoczytający” i doskonały do wspólnej lektury. Gdzie ma straszyć, tam straszy, gdzie ma śmieszyć, tam śmieszy a gdzie wzruszać, tam wzrusza. Wszystko w odpowiednich proporcjach w sam raz dla młodego czytelnika.
Ale  nie tylko o tekst się w propozycji Skrzata rozchodzi. Wydawnictwo wypuściło bardzo przemyślaną graficznie (choć niekoniecznie z przeznaczeniem dla dzieci, raczej dla miłośników estetycznej książki) publikację. Tekst złożony został ozdobną, choć niewydumaną czcionką (strona redakcyjna książki informuje, że jest to Antykwa Toruńska i podaje pokrótce jej historię, co zdarza się we współczesnych książkach niezwykle rzadko i świadczy o „celowej robocie edytorskiej”). Zdobią go nie tylko urocze pastelowe rysunki ale także szkice postaci ze spektaklu. Na szerokich marginesach książki pojawiają się ludowe motywy, sam kolor i „namalowana” faktura  imitująca pomięty papier dodają książce uroku. Jednym słowem to małe edytorskie cacko. I dobrze. Tekst Wolańskiego zasługuje na taką oprawę a półka bibliofila na taką publikację…

środa, 22 lutego 2012

Mathias Malzieu "Mechanizm serca"

„Mechanizm serca” to – jak słusznie informuje napis na okładce (i dobrze, bo urocza, musicie przyznać, okładka może mylić) baśń dla dorosłych. Za baśniowym obrazowaniem kryje się bowiem nie tylko alegoria ludzkich losów, ale i ubrane w baśniowe szaty studium trudnej miłości dwojga ludzi. Historia zaczyna się znakomitym językowo opisem „najzimniejszego dnia w dziejach świata”, kiedy: ”chłód jest tak wielki, że ptaki zamarzają w locie i rozbijają się o ziemię” a „koty zamieniają się w gargulce z wtopionymi w rynny pazurami.” Tego dnia demoniczna akuszerka odbiera poród w swojej chatce na wzgórzu Edynburga. Serce niemowlęcia zamarza, więc żeby go ratować wszczepia mu w niego mechanizm zegara. Chłopiec zostaje z nią i dorasta z tykającym w sercu zegarem. Potem zakochuje się  jednak w „źle widzącej śpiewaczce” i wyrusza za nią w świat. Jak pisałam, baśń rozpoczyna się przepięknym opisem zimy, potem jednak staje się bardzo niejednorodna stylistycznie i językowo. Jest w niej dużo pięknej, poetyckiej metaforyki ale też równie dużo językowej przypadkowości. Niewątpliwą zaletą opowieści jest jednak oryginalnie wykorzystany motyw mechanizmu zegara, z całym dobrodziejstwem kulturowego inwentarza. Dla każdego baśń o mechanizmie serca będzie prawdopodobnie opowieścią o czym innym, dla mnie to przede wszystkim historia wielkiej macierzyńskiej, toksycznej miłości do dziecka. Baśń kończy się bardzo refleksyjnie i pozostawia w czytelniku dużo zamyślenia. Jeśli lubicie takie literackie hybrydy i chcecie ogólnoludzkiej refleksji, to pod tymi warunkami polecam. 

środa, 15 lutego 2012

Igor Neverly "Rozmowa w sadzie piątego sierpnia. O chłopcu z bardzo starej fotografii"


Znakomite uzupełnienie do lektury „ Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier.  Bo o ile autorka przedstawia nam bardzo niejednoznaczny obraz człowieka przede wszystkim tragicznego w swoich wyborach, o tyle sekretarz Korczaka – Igor Neverly kreśli żywy, „optymistyczny” portret Starego Doktora, przystosowany niejako do percepcji młodego czytelnika, bo to krótkie wspomnienie do młodzieży właśnie jest kierowane. Newerly opowiada bowiem o Korczaku grupce harcerzy, która odwiedziła go w jego sadzie… Opowiada o ŻYCIU, nie śmierci Korczaka. Unika opisów martyrologii. Nie chce mitologizować Korczaka, chce pokazać żywego człowieka, jego aktywność społeczną, niespotykane relacje z wychowankami, poczucie humoru. Pragnie także wyjaśnić podstawy systemu wychowawczego Korczaka, a ze względu na specyficznego odbiorcę - młodzież, czyni to spokojnie i w słowach niezwykle prostych. Dlatego jest mały problem z adresatem tej książki, która mimo prostego języka nadaje się znakomicie także dla dorosłych czytelników – wszak traktuje o programie wychowawczym Korczaka prosto, ale bardzo metodycznie. Wszystko – także miejsce tej wyimaginowanej (chyba) rozmowy z młodzieżą: letni sad, zapach jabłek, czyni te wspomnienia wyjątkowymi. Druga część „O chłopcu z bardzo starej fotografii” rozpoczyna się refleksją na temat zdjęcia małego Korczaka, reprodukowanego do dziś w kolejnych wydaniach „Króla Maciusia Pierwszego”. Autor z podobną lekkością odtwarza dzieciństwo małego Korczaka. Książkę uzupełnia kalendarium życia Starego Doktora.  

środa, 8 lutego 2012

Krystyna Siesicka "Powiem Julce"


Kolejny tytuł znaleziony w „Buncie czytelników”. Czyż czytanie nie jest niebezpiecznym labiryntem, w którym każda przeczytana książka pociąga za sobą kolejne tytuły a mnogość ich zapętla się wokół czytelnika… Oj jest, ale to właśnie w czytaniu fascynujące.
Leszczyński omawia tę króciutką powieść Siesickiej m.in. w kontekście lektur przybliżających nastolatkom losy ludzi podczas drugiej wojny światowej. Każda z tych lektur znajduje inny klucz do serca nastolatków. Jaki klucz znajduje Siesicka? „Powiem Julce” to poruszający, spokojnie snujący się dialog-monolog starej już dzisiaj kobiety do wnuczki najlepszej przyjaciółki z młodości. Narratorka Tereska przeżyła ucieczkę z transportu do obozu i ulokowana została wraz z siedemnastoma innymi kobietami we dworze w Pastuszkach. To właśnie tu, w „trochę soplicowym, trochę serbinowskim dworze” (co narzuca oczywiście swoistą poetykę opisu) przeżyła swoją młodość: pierwszą miłość do panicza Karola i wielką przyjaźń z dziewczyną ze wsi – Zośką (babcią Julki). Opowiada o tej młodości spokojnie i z szacunkiem. Opowiada o leniwym życiu dworu, darciu pierza, łuskaniu fasoli, ucieczce dziedziców przed frontem, wojennych traumach i napotkanych ludziach. Często zwraca się do Julki mając świadomość przepaści  pokoleniowej. Julka wykreowana została zresztą na typową dzisiejszą nastolatkę z telefonem komórkowym, sprawnie obsługiwanym GG, coca-colą w ręku i hamburgerem w ustach (czy słusznie i czy nie jest to trochę stereotypowy osąd, można by podyskutować). Mimo iż książka nie jest pozbawiona lekkiego dydaktyzmu, warto polecać ją młodym, warto też sięgnąć po nią w starszym wieku (na pewno spodobałaby się naszym babciom), bo mimo iż porusza trudne tematy, jest w niej jakiś wewnętrzny spokój, jakaś wiara w ludzi i los.

Ktoś miał znakomity pomysł na okładkę. Znajduje się na niej reprodukcja obrazu Jacka Yerki „Polny kredens”. Książka Siesickiej jest właśnie taka jak ten obraz. Sielankowy opis dworu ze wszystkimi soplicowymi akcesoriami, pies Łaty w tle, a daleko za otwartymi drzwiami surowy księżyc i noc – niepokojące zwiastuny wojny…

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zofia Turowska "Nasierowska. Fotobiografia"

Jeśli potrzebujecie terapeutycznej, pozytywnie nastawiającej do świata lektury –  polecam opowieść o życiu Zofii Nasierowskiej. To typ biografii, którą czyta się łatwo i szybko, a po lekturze pozostają pozytywne emocje i przekonanie, że jeśli się tylko chce, można wszystko, bo tak wiele od nas zależy… Opracowanie Zofii Turowskiej to nie tylko ciepła opowieść o niebywałej kobiecie, ale także o środowisku artystycznym (głównie łódzkiej filmówki) ponurych lat 50. i 60. To również, a może przede wszystkim jednak opowieść o wielkiej, konsekwentnie prowadzonej życiowej pasji – fotografii. Jest to też fascynująca opowieść o historii polskiej fotografii – a przynajmniej jej poważnym wycinku. Autorka analizuje bowiem fotografie Nasierowskiej, opowiada o jej warsztacie pracy, o niebywałej wrażliwości na możliwości światła. Sam tytuł także nie pozostaje bez znaczenia. „Fotobiografia” jest bowiem wypełniona reprodukcjami prac Nasierowskiej (stosunek tekstu do zdjęć  jest proporcjonalny), dobrze rozmieszczonymi w tekście i czytelnie opisanymi (to ważne). Nie wiem co prawda, czy rodzaj papieru na którym drukowana jest książka na pewno dobrze im robi, ale z pewnością wprowadza niepowtarzalny klimat. Warto nie tylko przeczytać tę książkę, ale i mieć ją w swoich zbiorach.
Miałam okazję spotkać się z Zofią Nasierowską na targach książki w ubiegłym roku – promowała właśnie „Fotobiografię”. Z jej mężem Januszem Majewskim – siłą wyższą drugim bohaterem książki – spotkałam się natomiast w mojej bibliotece na wieczorze autorskim promującym genialną de facto powieść „Małą Maturę”. Tym przyjemniej czytało mi się o ich pięćdziesięciu latach wspólnego życia i mazurskiej przystani. Rozdział opisujący przeprowadzkę na Mazury podnosi na duchu i wprowadza w osłupienie. Nie ma bowiem sytuacji bez wyjścia. Nie tylko ostatnie rozdziały, ale cała książka to wspaniałe świadectwo pięknego życia, pogody ducha i radości z tego co niesie los.

piątek, 27 stycznia 2012

Edward Redliński "Awans"

Uwielbiam prozę nurtu wiejskiego -  od Kraszewskiego do Myśliwskiego. Najwyżej cenię Nowaka i jego genialne „Diabły”. Jednak takiej książki jak „Awans” Redlińskiego jeszcze nie czytałam. Sam autor mówi o książce, że napisał ją jako „przeciwwagę, kontrę dla lirycznej, serdecznej „Konopielki”. „Awans” wydaje się wręcz Konopielką a rebous. O ile bowiem czytelnik wierzy w świat Taplar i outsidera Kaziuka  i nie ma prawa posądzać  go o jakąkolwiek iluzyjność, o tyle w „Awansie” literacka „maska” jest bardzo widoczna. To znakomita satyra wsi, z całym zestawem typowych, literackich motywów: w lesie mieszka Horpyna, do szkoły chodzi Janko Muzykant, mieszkańców angażują odwieczne spory o miedzę i gruszę a na niebie leci Łajka w sputniku – symbol nowoczesności. No i do tej właśnie prymitywnej wsi przybywa „mafister” (skojarzenie z Mefistofelesem chyba nie jest przypadkowe), dawny mieszkaniec wsi, który wykształcił się i powrócił aby ją cywilizować i unowocześniać. Jak skończy się próba elektryfikacji wsi i wybudowania na jej terenie ośrodka dla wczasowiczów oraz dlaczego mieszkańcy będą musieli zajrzeć do dzieł Kolberga aby zrobić wiejskie wesele  – przeczytajcie sami. Znakomicie skomponowana satyra, przy której można płakać ze śmiechu. Ot chociażby z metod nauczania poezji przez poprzednią nauczycielkę (genialne dialogi nauczyciela z wiejskimi dziećmi). Znakomita jest także stylizacja językowa (mazurzenie nawet tam gdzie nie trzeba) i w ogóle cała galeria wiejskich postaci.

środa, 25 stycznia 2012

Ks. Łukasz Kamykowski "Laj-konik" (i inne "krakowskie" książki)

Bardzo lubię „krakowskie” książki księdza Łukasza Kamykowskiego i ubolewam nad tym, że nie są szerzej znane, w czytelniczych dyskusjach internetowych właściwie nie funkcjonują, a nakłady książek księdza są regularnie przeceniane – czyli jednym słowem nie schodzą. Prawdopodobnie kuleje promocja tych tytułów. Naprawdę szkoda bo to niezwykle wartościowe pozycje. Każda z książek (powyżej okładki wszystkich trzech) to autorska wersja (właściwie wariacja byłaby tu lepszym określeniem) na temat krakowskich legend. Kamykowski wykorzystując tworzywo dawnych legend, tworzy nowe historie, wprowadza fikcyjnych bohaterów (w sensie tych spoza legendy), kontynuuje legendarne wątki (w przypadku Pana Twardowskiego są to jego dzieje po niefortunnej podróży na Księżyc Autor pozwala mu zejść na ziemię i naprawić swoje winy), lub wyjaśnia „po swojemu” ich genezę (np. czym był Laj-konik). Taki stan rzeczy wymaga oczywiście minimalnej znajomości „oryginałów” ale o to nietrudno. Mnie najbardziej podobała się propozycja dotycząca Pana Twardowskiego, przy Królu Kraku uśmiałam się do łez, a ostatnio przyszedł czas na „Laj-konika”.  Książki te pisane są z niebywałym poczuciem humoru, lekką i nieszkodliwą ironią i, przede wszystkim, w duchu chrześcijańskich wartości. To historie dla młodszych i starszych czytelników. Warto zapoznać się z tą spokojną narracją księdza, ze specyficznym językiem i humorem. „Laj-konik” jest najpoważniejszą spośród propozycji księdza – to historia o tym, że nigdy nie jest za późno aby zejść ze złej drogi. Polecam serdecznie wszystkie trzy tytuły. Nie są to jedyne książki Kamykowskiego dla młodzieży. O postępach w lekturze kolejnych będę informować na bieżąco:-)

wtorek, 24 stycznia 2012

Józef Hen "Pingpongista"

„Pingpongista” to kolejna rozliczeniowa powieść. Znakomita. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie jak czytana kilka lat temu książka „Doścignięty” Dobraczyńskiego. Zamerykanizowany Polak – powojenny emigrant, sędzia Mike Murphy (kiedyś Michał Dembina) przybywa do swojego rodzinnego małego polskiego miasteczka Cheremca na uroczystości związane z osłonięciem tablicy upamiętniającej pogrom Żydów. Próbuje rozpoznać stare kąty i starych znajomych. Ale szybko okazuje się, że ma tu jeszcze jedną „misję” do spełnienia. W rzezi zginął jego przyjaciel z młodości, Żyd znakomicie grający w pingponga. Ostatni mecz przegrał jednak z Mikiem, zaraz potem zginął mimo prób ratowania przez przyjaciela. Dlatego sędzia obiecał mu rewanż… Symboliczny rewanż tyle lat po śmierci… Miasteczko kryje w sobie wiele tajemnic i powojennych ran. To nie Niemcy bowiem spalili Żydów w stodole, ale… sami jego mieszkańcy. Żyje jeszcze rodzina, będąca prowodyrem tego czynu, Mike spotyka się z jej członkami, rozmawia. Spotyka się też z mordercą przyjaciela, odkrywa kolejne mroczne tajemnice mieszkańców. Cała powieść Hena zasadza się na dialogach (bardzo łatwo przerobić ten tekst na formę sceniczną). Skondensowanych, ale nie sztucznych dialogach amerykańskiego sędziego z mieszkańcami miasteczka. Szokuje mnogość prawd, poglądów i sposobów na zaakceptowanie przeszłości. Dialogi te pełne są napięcia i bardzo gęste. Zresztą… Mike nie chce dokonać prawdziwego rewanżu na zbrodniarzach. On sam się już dokonał, mieszkańcy żyją bowiem i męczą się ze swoją tajemnicą. Są żałośni w próbach stawiania czoła historii…
Naprawdę znakomita książka. Bez pustosłowia, przemyślana od pierwszego do ostatniego słowa. Realistyczna i jednocześnie symboliczna do bólu. Nie epatuje okrutnymi opisami rzezi, raczej ciemną stroną ludzkiej egzystencji. Do zastanowienia i przemyślenia. 

niedziela, 22 stycznia 2012

Jose Carlos Somoza "Dafne znikająca"

Znany pisarz ulega wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego traci pamięć. Tuż przed wypadkiem notuje w swoim notesie tajemnicze zdanie: zakochałem się w nieznajomej. I to jedyne co wie o sobie. Po tych kilku zdaniach wydaje się wam zapewne, że to jakaś tania i konwencjonalna powieść sensacyjna. Nic bardziej błędnego. Za tym schematycznym początkiem kryje się genialna powieść-traktat o fikcyjności literatury (stąd moje śmiałe jej otagowanie mianem książki o książce). W samej warstwie fabularnej powieść Somozy jest wydumana i sztuczna (choć nie wiem czy nie jest to zabieg celowy), wciąga jednak czytelnika tajemniczością i ciągłymi zwrotami akcji opierającymi się  na tym, że wielokrotnie ani czytelnik ani nawet sam bohater książki nie wie co jest prawdą a co fikcją. Główny bohater zostaje bowiem uwikłany w  intrygę, która zmienia jego życie w literacką zagadkę zacierającą granicę między książką a życiem. Podczas prób jej rozwikłania spotyka na swojej drodze szereg epizodycznych, genialnie skrojonych, groteskowych do bólu postaci: demonicznego ociemniałego wydawcę, kobietę będącą zawodową modelką dla pisarzy, niespełnionego poetę, który zabija się przy pomocy książki (tego jeszcze nie było!), pisarkę alkoholiczkę, która tak zżyła się z tworzoną przez nią postacią, że ta zaczęła nad nią panować,  szaleńczego pisarza, który porywa kobietę i pragnie wymazać wszelkie ślady jej prawdziwej tożsamości, uczynić z niej postać literacką a potem dokonać morderstwa i przekonać czytelników, że czytają o fikcyjnych wydarzeniach. Postacie te (długo, długo czytelnik nie dowie się, która z nich jest „prawdziwa”, a która „gra”) skrojone są co najmniej na miarę Canettiego i jego absurdalnego „Auto da Fe”. Jednym słowem czytelnika czeka wysmakowana, wyrafinowana literacka gra i to gra do ostatniego zdania. Przy całej jej sztuczności to znakomity pomysł, pozostawiający mętlik w głowie i nakazujący refleksję nad tym co czytamy i z czego utkane są powieści, które bierzemy do ręki…