poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zofia Turowska "Nasierowska. Fotobiografia"

Jeśli potrzebujecie terapeutycznej, pozytywnie nastawiającej do świata lektury –  polecam opowieść o życiu Zofii Nasierowskiej. To typ biografii, którą czyta się łatwo i szybko, a po lekturze pozostają pozytywne emocje i przekonanie, że jeśli się tylko chce, można wszystko, bo tak wiele od nas zależy… Opracowanie Zofii Turowskiej to nie tylko ciepła opowieść o niebywałej kobiecie, ale także o środowisku artystycznym (głównie łódzkiej filmówki) ponurych lat 50. i 60. To również, a może przede wszystkim jednak opowieść o wielkiej, konsekwentnie prowadzonej życiowej pasji – fotografii. Jest to też fascynująca opowieść o historii polskiej fotografii – a przynajmniej jej poważnym wycinku. Autorka analizuje bowiem fotografie Nasierowskiej, opowiada o jej warsztacie pracy, o niebywałej wrażliwości na możliwości światła. Sam tytuł także nie pozostaje bez znaczenia. „Fotobiografia” jest bowiem wypełniona reprodukcjami prac Nasierowskiej (stosunek tekstu do zdjęć  jest proporcjonalny), dobrze rozmieszczonymi w tekście i czytelnie opisanymi (to ważne). Nie wiem co prawda, czy rodzaj papieru na którym drukowana jest książka na pewno dobrze im robi, ale z pewnością wprowadza niepowtarzalny klimat. Warto nie tylko przeczytać tę książkę, ale i mieć ją w swoich zbiorach.
Miałam okazję spotkać się z Zofią Nasierowską na targach książki w ubiegłym roku – promowała właśnie „Fotobiografię”. Z jej mężem Januszem Majewskim – siłą wyższą drugim bohaterem książki – spotkałam się natomiast w mojej bibliotece na wieczorze autorskim promującym genialną de facto powieść „Małą Maturę”. Tym przyjemniej czytało mi się o ich pięćdziesięciu latach wspólnego życia i mazurskiej przystani. Rozdział opisujący przeprowadzkę na Mazury podnosi na duchu i wprowadza w osłupienie. Nie ma bowiem sytuacji bez wyjścia. Nie tylko ostatnie rozdziały, ale cała książka to wspaniałe świadectwo pięknego życia, pogody ducha i radości z tego co niesie los.

piątek, 27 stycznia 2012

Edward Redliński "Awans"

Uwielbiam prozę nurtu wiejskiego -  od Kraszewskiego do Myśliwskiego. Najwyżej cenię Nowaka i jego genialne „Diabły”. Jednak takiej książki jak „Awans” Redlińskiego jeszcze nie czytałam. Sam autor mówi o książce, że napisał ją jako „przeciwwagę, kontrę dla lirycznej, serdecznej „Konopielki”. „Awans” wydaje się wręcz Konopielką a rebous. O ile bowiem czytelnik wierzy w świat Taplar i outsidera Kaziuka  i nie ma prawa posądzać  go o jakąkolwiek iluzyjność, o tyle w „Awansie” literacka „maska” jest bardzo widoczna. To znakomita satyra wsi, z całym zestawem typowych, literackich motywów: w lesie mieszka Horpyna, do szkoły chodzi Janko Muzykant, mieszkańców angażują odwieczne spory o miedzę i gruszę a na niebie leci Łajka w sputniku – symbol nowoczesności. No i do tej właśnie prymitywnej wsi przybywa „mafister” (skojarzenie z Mefistofelesem chyba nie jest przypadkowe), dawny mieszkaniec wsi, który wykształcił się i powrócił aby ją cywilizować i unowocześniać. Jak skończy się próba elektryfikacji wsi i wybudowania na jej terenie ośrodka dla wczasowiczów oraz dlaczego mieszkańcy będą musieli zajrzeć do dzieł Kolberga aby zrobić wiejskie wesele  – przeczytajcie sami. Znakomicie skomponowana satyra, przy której można płakać ze śmiechu. Ot chociażby z metod nauczania poezji przez poprzednią nauczycielkę (genialne dialogi nauczyciela z wiejskimi dziećmi). Znakomita jest także stylizacja językowa (mazurzenie nawet tam gdzie nie trzeba) i w ogóle cała galeria wiejskich postaci.

środa, 25 stycznia 2012

Ks. Łukasz Kamykowski "Laj-konik" (i inne "krakowskie" książki)

Bardzo lubię „krakowskie” książki księdza Łukasza Kamykowskiego i ubolewam nad tym, że nie są szerzej znane, w czytelniczych dyskusjach internetowych właściwie nie funkcjonują, a nakłady książek księdza są regularnie przeceniane – czyli jednym słowem nie schodzą. Prawdopodobnie kuleje promocja tych tytułów. Naprawdę szkoda bo to niezwykle wartościowe pozycje. Każda z książek (powyżej okładki wszystkich trzech) to autorska wersja (właściwie wariacja byłaby tu lepszym określeniem) na temat krakowskich legend. Kamykowski wykorzystując tworzywo dawnych legend, tworzy nowe historie, wprowadza fikcyjnych bohaterów (w sensie tych spoza legendy), kontynuuje legendarne wątki (w przypadku Pana Twardowskiego są to jego dzieje po niefortunnej podróży na Księżyc Autor pozwala mu zejść na ziemię i naprawić swoje winy), lub wyjaśnia „po swojemu” ich genezę (np. czym był Laj-konik). Taki stan rzeczy wymaga oczywiście minimalnej znajomości „oryginałów” ale o to nietrudno. Mnie najbardziej podobała się propozycja dotycząca Pana Twardowskiego, przy Królu Kraku uśmiałam się do łez, a ostatnio przyszedł czas na „Laj-konika”.  Książki te pisane są z niebywałym poczuciem humoru, lekką i nieszkodliwą ironią i, przede wszystkim, w duchu chrześcijańskich wartości. To historie dla młodszych i starszych czytelników. Warto zapoznać się z tą spokojną narracją księdza, ze specyficznym językiem i humorem. „Laj-konik” jest najpoważniejszą spośród propozycji księdza – to historia o tym, że nigdy nie jest za późno aby zejść ze złej drogi. Polecam serdecznie wszystkie trzy tytuły. Nie są to jedyne książki Kamykowskiego dla młodzieży. O postępach w lekturze kolejnych będę informować na bieżąco:-)

wtorek, 24 stycznia 2012

Józef Hen "Pingpongista"

„Pingpongista” to kolejna rozliczeniowa powieść. Znakomita. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie jak czytana kilka lat temu książka „Doścignięty” Dobraczyńskiego. Zamerykanizowany Polak – powojenny emigrant, sędzia Mike Murphy (kiedyś Michał Dembina) przybywa do swojego rodzinnego małego polskiego miasteczka Cheremca na uroczystości związane z osłonięciem tablicy upamiętniającej pogrom Żydów. Próbuje rozpoznać stare kąty i starych znajomych. Ale szybko okazuje się, że ma tu jeszcze jedną „misję” do spełnienia. W rzezi zginął jego przyjaciel z młodości, Żyd znakomicie grający w pingponga. Ostatni mecz przegrał jednak z Mikiem, zaraz potem zginął mimo prób ratowania przez przyjaciela. Dlatego sędzia obiecał mu rewanż… Symboliczny rewanż tyle lat po śmierci… Miasteczko kryje w sobie wiele tajemnic i powojennych ran. To nie Niemcy bowiem spalili Żydów w stodole, ale… sami jego mieszkańcy. Żyje jeszcze rodzina, będąca prowodyrem tego czynu, Mike spotyka się z jej członkami, rozmawia. Spotyka się też z mordercą przyjaciela, odkrywa kolejne mroczne tajemnice mieszkańców. Cała powieść Hena zasadza się na dialogach (bardzo łatwo przerobić ten tekst na formę sceniczną). Skondensowanych, ale nie sztucznych dialogach amerykańskiego sędziego z mieszkańcami miasteczka. Szokuje mnogość prawd, poglądów i sposobów na zaakceptowanie przeszłości. Dialogi te pełne są napięcia i bardzo gęste. Zresztą… Mike nie chce dokonać prawdziwego rewanżu na zbrodniarzach. On sam się już dokonał, mieszkańcy żyją bowiem i męczą się ze swoją tajemnicą. Są żałośni w próbach stawiania czoła historii…
Naprawdę znakomita książka. Bez pustosłowia, przemyślana od pierwszego do ostatniego słowa. Realistyczna i jednocześnie symboliczna do bólu. Nie epatuje okrutnymi opisami rzezi, raczej ciemną stroną ludzkiej egzystencji. Do zastanowienia i przemyślenia. 

niedziela, 22 stycznia 2012

Jose Carlos Somoza "Dafne znikająca"

Znany pisarz ulega wypadkowi samochodowemu, w wyniku którego traci pamięć. Tuż przed wypadkiem notuje w swoim notesie tajemnicze zdanie: zakochałem się w nieznajomej. I to jedyne co wie o sobie. Po tych kilku zdaniach wydaje się wam zapewne, że to jakaś tania i konwencjonalna powieść sensacyjna. Nic bardziej błędnego. Za tym schematycznym początkiem kryje się genialna powieść-traktat o fikcyjności literatury (stąd moje śmiałe jej otagowanie mianem książki o książce). W samej warstwie fabularnej powieść Somozy jest wydumana i sztuczna (choć nie wiem czy nie jest to zabieg celowy), wciąga jednak czytelnika tajemniczością i ciągłymi zwrotami akcji opierającymi się  na tym, że wielokrotnie ani czytelnik ani nawet sam bohater książki nie wie co jest prawdą a co fikcją. Główny bohater zostaje bowiem uwikłany w  intrygę, która zmienia jego życie w literacką zagadkę zacierającą granicę między książką a życiem. Podczas prób jej rozwikłania spotyka na swojej drodze szereg epizodycznych, genialnie skrojonych, groteskowych do bólu postaci: demonicznego ociemniałego wydawcę, kobietę będącą zawodową modelką dla pisarzy, niespełnionego poetę, który zabija się przy pomocy książki (tego jeszcze nie było!), pisarkę alkoholiczkę, która tak zżyła się z tworzoną przez nią postacią, że ta zaczęła nad nią panować,  szaleńczego pisarza, który porywa kobietę i pragnie wymazać wszelkie ślady jej prawdziwej tożsamości, uczynić z niej postać literacką a potem dokonać morderstwa i przekonać czytelników, że czytają o fikcyjnych wydarzeniach. Postacie te (długo, długo czytelnik nie dowie się, która z nich jest „prawdziwa”, a która „gra”) skrojone są co najmniej na miarę Canettiego i jego absurdalnego „Auto da Fe”. Jednym słowem czytelnika czeka wysmakowana, wyrafinowana literacka gra i to gra do ostatniego zdania. Przy całej jej sztuczności to znakomity pomysł, pozostawiający mętlik w głowie i nakazujący refleksję nad tym co czytamy i z czego utkane są powieści, które bierzemy do ręki…

czwartek, 19 stycznia 2012

Alberto Manguel "Moja historia czytania"

Kiedy brałam do ręki ten opasły tom, spodziewałam się pełnej anegdot bibliofilskiej gawędy w stylu „Komedii książki”. Ten typ pisania o książce zasugerował mi zresztą sam tytuł – wszak moja – czyli subiektywna. Dziwne, że w oryginale tytuł brzmi zdecydowanie bardziej neutralnie „A history of reading”. I tak powinien brzmieć po polsku. Nie wiem skąd ta samowolka polskiego wydawcy,  bo opracowanie Manguela to wbrew pozorom bardzo uporządkowany, logiczny wywód! Owszem, lektor samego Borgesa (ten fakt nie pozostaje bez znaczenia dla jego światopoglądu) zaczyna książkę refleksjami dotyczącymi własnych czytelniczych przeżyć i przygód i tak też kończy każdy rozdział – ale jego doświadczenia są jednocześnie naszymi doświadczeniami, mówi więc niejako w imieniu współczesnych czytelników. Poza tymi wstawkami książka jest rzetelnym opracowaniem popularnonaukowym, przywołującym zarówno podstawowe pojęcia i wydarzenia z zakresu księgoznawstwa jak i (w przewadze) te zupełnie nieznane i zapomniane. Najciekawszy jest oczywiście punkt odniesienia – autor naprawdę spisuje historię czytania, udaje mu się to bez zbędnych skoków w bok w historię książki. Niektóre rozdziały są znakomite, poszerzają horyzonty (np. genialny „Tłumacz jako czytelnik”) inne wydają się nieco przydługie i żmudne, ale ogólnie warto zapoznać się z tą lekturą. Skarbnica wiedzy o czytelnikach, mnóstwo soczystych cytatów dotyczących książki i niezwykle bogaty materiał ilustracyjny (szkoda, że tak słabo zreprodukowany). Zgodziłabym się gdyby polski wydawca zmienił tytuł na „Nasza historia czytania”, wszak my czytelnicy odbijamy się w tej książce jak w lustrze.

wtorek, 17 stycznia 2012

Vaclav Ctvrtek "Podróże furmana Szejtroczka. O gajowym Chrobotku i jeleniu Wietrzniku"

Kolejna znakomita propozycja z serii „Cała Polska czyta dzieciom”. Główną zaletą serii jest wyszukanie i spopularyzowanie – obok klasyki – mniej znanych, ale równie wartościowych tytułów dla dzieci w różnym wieku. I tak, chociaż nazwisko Vaclava Ctvrtka znane jest przede wszystkim w kontekście Rumcajsa, fundacja zdecydowała się wypuścić dwie mniej znane propozycje czeskiego pisarza.”Podróże furmana Szejtroczka” są zresztą w Polsce publikowane po raz pierwszy. A warto zainteresować się nimi bo to znakomita lektura do wspólnego rodzinnego czytania. „Przygody furmana Szejtroczka” to zbiór króciutkich  (ogromna zaleta) opowiadań. Sympatyczny i dobry furman zarabia przewożeniem najróżniejszych dziwności, a jego przygody zasadzają się głównie na, często niespodziewanych, kontaktach z fantastycznymi mieszkańcami pobliskich lasów. A jest ich, jest: rusałki (z jedną z nich nawet się żeni), wodnik Czesałek, złośliwe dębowe ludziki, ogniste ludy, olbrzymy i inni przedstawiciele fantazji autora. Mimo częstych kłopotów wynikających z niekoniecznie udanych kontaktów z tą uroczą zgrają, Szejtroczek ZAWSZE pozostaje w zgodzie z przyrodą i tym oswojonym fantastycznym światem. Ci wszyscy (głównie przygłupi starosta Humpal – autor najbardziej absurdalnych pomysłów) którzy zakłócają porządek przyrody, zostają ukarani. Główną zaletą opowiadań jest więc to, że uczą poszanowania przyrody. Podobnie zresztą dzieje się w drugim zbiorze, którego bohaterem jest gajowy Chrobotek. I on żyje w zgodzie z przyrodą, każde naruszenie tej równowagi źle się kończy. Tyle że starostę Humpala zastępuje tu właściciel lasu Krępak, a fantastyczne postaci charakterne zwierzęta mieszkające w lesie.
Jednym słowem wspaniała lektura dla wszystkich. Dorośli też będą mieli się z czego pośmiać. Tylko uważajcie na obłędne czeskie nazwy miast i miasteczek, na których można połamać sobie język!

niedziela, 15 stycznia 2012

Zbigniew Batko "Z powrotem, czyli fatalne skutki niewłaściwych lektur"

O tej wyjątkowej książce przeczytałam w „Buncie czytelników” Leszczyńskiego. Zainteresowały mnie reminiscencje z „Alicji w Krainie Czarów”, którą uwielbiam. No i tak trafiłam na książkę totalnie inną od wszystkich, niepowtarzalną. Przy czym warto od razu dodać, że nie jest to książka dla dzieci, choć tak jest klasyfikowana i nie od razu ulega się jej magii (dobrze uczytać cierpliwie kilkanaście stron). Nie wiem jaką rozrywkę z tej lektury miałby młody czytelnik, bo cały widz polega na wszędobylskich aluzjach literackich, językowych i kulturowych, czyli na rozwiniętej świadomości czytelniczej odbiorcy. Dla takowych powieść Batki to prawdziwa gratka. Historia szukającego tożsamości i przeszłości Królika, mieszkającego w jego uchu krasnoludka, zmieniającego kolor w zależności od pory roku Konia oraz Pingwina, który poleciał w kosmos pełna jest nie tylko baśniowości, oniryczności ale także wszędobylskiego absurdu, którego nie powstydziłby się Ionesco. Ja uwielbiam teatr absurdu, nouveau roman – tutaj dostałam pigułkę w najlepszym wydaniu. Absurd pojawia się tu i w konstrukcji postaci i w warstwie fabularnej, i w językowej. Ponadto książka pełna jest odniesień do literatury, nie tylko tej przeznaczonej dla dzieci i młodzieży. Wprawne oko czytelnika dostrzeże nie tylko fabularne związki z Alicją w Krainie Czarów, nie tylko specyficzną poetykę Kubusia Puchatka, ale także wiele, wiele innych mniej lub bardziej czytelnych aluzji i gier słownych.. No i szereg niesamowicie zakręconych motywów, często a rebous. Spotkamy się i z mającym skłonności do ucieczek domkiem na nogach z fioletowych skarpetkach i ze zwariowanym zegarmistrzem, z prawdziwą kukułką w zegarze, zimą w środku lata ( i co z tego wynikło) i ze sprzedażą baniek mydlanych, i Babcią Alicji z 40 rozbójnikami, i wieloma wieloma cudami i dziwami. I co najważniejsze – z motywem książki w książce. Królik odnajduje bowiem na strychu dziwnego domku książkę pod tytułem „Z powrotem”. Dlaczego taki tytuł nosi i co wynikło z lektury, nie zdradzę. Zdradzę natomiast, że jest to mimo całego tego absurdalnego szafarzu książka jest jednocześnie baśnią o powrocie do dzieciństwa, o szukaniu kontaktu z przeszłością (dedykacja mówi zresztą o tym bardzo wyraźnie: Byłym dzieciom) Jednym słowem perełka.  Nieznana i zapomniana (w moim egzemplarzu bibliotecznym, z którym rozstanę się nie bez żalu, widnieje tylko jedna pieczątka z 1999 r.). Wielka szkoda. Jednym słowem czas na blogowiczów. Czytajmy, popularyzujmy!

piątek, 13 stycznia 2012

Grzegorz Leszczyński "Bunt czytelników. Proza inicjacyjna netgeneracji"

Grzegorz Leszczyński jest dla mnie jednym z największych autorytetów w dziedzinie literatury młodzieżowej. Każde jego słowo jest na wagę złota, a słowa i sądy ma niezwykle odważne. Jego „Magiczną biblioteką” byłam zachwycona. Potem udało mi się posłuchać go na spotkaniu z bibliotekarzami i nauczycielami polonistami na spotkaniu w mojej bibliotece. Widziałam w jakim szoku byli słuchacze, którzy nie znali jeszcze jego podejścia do sprawy czytelnictwa. A Leszczyński odważnie zajuje się czytelnictem najtrudnejszej grupy – nastolatków. I konsekwentnie otwiera oczy bibliotekarzom – tym którym się chce je otworzyć. Właśnie dla nich jest książka „Bunt czytelników”. Znakomita i niezwykle odważna (oczywiście na wielu polach subiektywna) diagnoza współczesnej literatury dla młodych czytelników. Leszczyński przełamuje tabu, opowiada o bolączkach i błędach. Dokonuje dokładnej analizy współczesnej prozy dla młodzieży w kontekście zmian spolecznych i ekspansji mediów elektronicznych. Pierwsza część opracowania to wstrząsające studium przemocy,obrazów destrukcji rodziny i wartości obecnych w prozie realistycznej.  Wielką wartością opracowania jest sięganie wgłąb, czyli umieszczenie tych zjawisk w bardzo szerokim kontekście społecznoliterackim. Zachwyciło mnie w tym opracowaniu także balansowanie między różnymi dziedzinami wiedzy. Autor dokonuje porównania literatury młodzieżowej z teatrem (znakomite), zjawiska współczesnego czytelnictwa obrazuje językiem architektury, pojawiają się także odniesienia filozoficzne. To bardzo rozszerza konteksty. W kolejnych częściach analizuje status książki w dzisiejszych, konsumpcyjnych czasach. Pisze także dużo o roli fantastyki w życiu młodych ludzi. Analizuje powieści postmodernistyczne, nurt antypedagogiki. Opracowanie kipi od mniej znanych, ale ciekawych tytułów i przykładów. Najbardziej kontrowersyjna wydaje się ostatnia część, poświęcona kondycji bibliotek. Leszczyński odważnie wytyka błędy i daje garść bardzo konkretnych propozycji zmian. Obraz biblioteki w tym rozdziale wydaje mi się trochę czarno-biały, ale ciężko ocenić to obiektywnie gdy samemu siedzi się w tym książkowym gnieździe. Tak czy siak z „Buntem czytelników” zapoznać się warto, choć to, podobnie jak „Magiczna biblioteka”, książka dla odważnych. Dla tych, którzy chcą stanąć z prawdą prosto w oczy, którzy chcą odpowiedzi na pytanie dlaczego nastolatek ucieka z biblioteki, dlaczego szkolne omanianie lektur  zabija czytelnictwo i dlaczego nastolatki lgną do nienawidzonej przez bibliotekarzy książki „Dzieci z dworca ZOO”.

środa, 11 stycznia 2012

Olga Tokarczuk "E.E."

Pamiętam, że czytany bardzo bardzo dawno temu „Prawiek i inne czasy” zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ale potem książki Olgi Tokarczuk z niezrozumiałych powodów zniknęły z mapy moich czytelniczych poszukiwań. Dlaczego nie wiem, pewnie przez przeoczenie. Dlatego teraz nadrabiam zaległości a proceder ten zaczęłam od „E.E.” Poziom satysfakcji czytelniczej po lekturze jest porównywalny do lektury „Prawieka” – wszak to kolejny zestaw soczystych, dobrze zakreślonych, literackich do bólu postaci tułających się między światami. Sądzę, że tej znanej książki streszczać nie trzeba, napiszę tylko dla innych zagubionych na literackiej mapie, jeśli tacy istnieją, że opowiada ona o 15-letniej Ernie, która odkrywa u siebie zdolności mediumiczne. Pod płaszczem realistycznego, niemalże pozytywistycznego w poetyce opisu rzeczywistości z  początku wieku, kryje się historia o podświadomości, szukania swojego miejsca na ziemi, egzystencjalnego niepokoju z Freudem w tle. Historia E.E. odczytywana jest jako studium dojrzewania, wchodzenia w dorosłość. Ja zinterpretowałam ją jako studium ludzkich ambicji. Wszak nieszczęsna i Bogu ducha winna dziewczyna otoczona jest sztabem równie nieszczęśliwych ludzi, dla których jej przypadek staje się szansą realizacji ambicji różnego typu. Tych zupełnie świadomych (Artur) i tych nieuświadamianych (matka). Ot co. Dobra, spokojna, sprawdzona proza.

niedziela, 8 stycznia 2012

Roma Ligocka "Księżyc nad Toarminą"

Miniaturki Romy powinno się smakować spokojnie, powolutku, jak pyszne ciasteczko. A jednak ja wchłonęłam najnowszą książkę pisarki szybko i jednym tchem – spragniona nowych treści. I jak zwykle spotkałam się z niebywałą wrażliwością na świat i ludzi, i z życiową mądrością, której szukam u Romy od pierwszej przeczytanej miniaturki. „Księżyc nad Taorminą” to kolejny kalejdoskop codziennych ale wartych utrwalenia sytuacji, ludzkich losów i specyficznego, niełatwego zachwytu nad światem. Balsam dla duszy. Mimo to wydaje mi się, że niektóre z miniaturek napisane były  naprędce, bez dostatecznej puenty, pospiesznie zredagowane. Wydaje mi się, że najlepszym zbiorem pozostaje „Kobieta w podróży” choć i tu nie brakuje maleńkich perełek. Nie brakuje też obiegowych treści. Mam nadzieję, że formuła się nie wyczerpuje…
Podoba mi się okładka książki, ten ciepły niebieski zestawiony z charakterystycznym dla Romy różem. Grzbiet książki wyróżnia się dzięki temu pozytywnie wśród innych książek, ciepło pastelowego niebieskiego koloru zachęca do wyciągnięcia ręki. Cieszę się też, że wszystkie książki Romy składane są według tych samych zasad typograficznych, czytelnik szybko przywiązuje się do ich układu i tego oczekuje. Zawiodła mnie natomiast warstwa ilustracyjna najnowszej książki. Zamiast pięknych, specyficznych rysunków autorki, banalne i ograne w wydawnictwach wspomnieniowych fotografie. Nawet jeśli elementy twórczości Romy pojawiają się gdzieniegdzie, z całą pewnością nie robi im dobrze kolaż z tymi fotografiami. No i tyle krytyki nowej propozycji. Wiecie, że jestem ortodoksyjną miłośniczką twórczości Ligockiej dlatego cokolwiek bym nie napisała i tak nie zmniejsza to mojej fascynacji pisarką i potrzeby obcowania z jej twórczością. Dlatego dziękuję za kolejną dawkę i czekam z utęsknieniem na targi książki i spotkanie z pisarką.

czwartek, 5 stycznia 2012

J.R.R Tolkien "Hobbit czyli tam i z powrotem", "Władca Pierścieni"

Przyznaję się, że dopiero teraz sięgnęłam po Tolkiena. Ale nie wstydzę się tego,  po prostu przyszedł czas (Ewo! Dziękuję za przypomnienie o tym, że nadszedł i że najwyższy). A przyznać musicie, że lektura trylogii to nie lada przedsięwzięcie czytelnicze. O ile bowiem prolog do trylogii, czyli historia niezbyt asertywnego hobbita, wydała mi się niepogłębioną egzystencjalnie acz pomysłową historyjką, napisaną zresztą z subtelnym humorem (co mnie mocno zdziwiło) o tyle z samą trylogią nie było już tak łatwo. Gubiłam wątki, bohaterów i krainy. Momentami wątpiłam w swoją wędrówkę w głąb książki bardziej niż sami bohaterowie. Moja wyobraźnia niebezpiecznie dymiła z wysiłku przy opisach krain i przyrody (Boże ile tam tego było!). Były jednak fragmenty pasjonujące – świat elfów, Toma Bombadila czy Drzewca (chyba najukochańsza kraina), dla których warto było wędrować. Świat Tolkiena zachwyca starannością, bogactwem i ogromem. Zachwyca i przeraża. Dlatego lektura nie była dla mnie łatwa. Podobała mi się jednak warstwa egzystencjalna. Walka dobra ze złem, moralne wybory, zasady honoru, wierność przyjaźni a przede wszystkim tragiczne rozterki bohaterów – Boromira, Eowiny i wielu innych. Przede wszystkim Golluma. I to dążenie do uporządkowania świata. Ale więcej napisać o moich odczuciach i refleksjach nie umiem i nie chcę,  bo nie chcę mierzyć się z klasyką i fanami fantastyki.
Na zdjęciu trzy wydania (w jednym tłumaczeniu Marii Skibniewskiej), tak wyszło, że akurat w ten sposób skompletowałam tomy do czytania. Najlepiej czytało mi się środkową  propozycję ze względu na największe światło i stopień pisma.

wtorek, 3 stycznia 2012

Astrid Lindgren "Emil ze Smalandii"

… czyli kolejne spotkanie z dziecięcym bohaterem Astrid Lindgren. Tym razem urocze opowiadanie o niezwykle sympatycznym, choć rozbrykanym chłopcu. Emil nie jest oczywiście TAK rozbrykany jak Pipi, ma jednak uroczą cechę – skłonność do wpadania w małe drobne tarapaty utrudniające rodzicom funkcjonowanie. Jednym słowem to literacki brat francuskiego Mikołajka, choć bardziej świadomy swoich wybryków. Wybryków typowych dla dzieciństwa każdego z nas, takich, które wspominamy potem ze śmiechem, choć gdy miały miejsce, do śmiechu nie było. To właśnie jest urzekające w twórczości Lindren – pozwala dzieciom być sobą, z całym asortymentem absurdalnych pomysłów i nietypowego systemu wartości. Pokazuje dzieciństwo sielskie i anielskie, pozwala dzieciom… być dziećmi. We współczesnej literaturze dla dzieci nie jest to już przecież oczywiste. Dzieci muszą mierzyć się z przekraczającymi często ich możliwości trudnościami, tutaj mierzą się po prostu z tym, do czego mają pełne prawo. W dodatku w przeciwieństwie do Pipi Emil ma szczęśliwą, trochę zakręconą rodzinę, a jego rzeczywistość – wiejskie życie, pełna jest poczucia bezpieczeństwa. Dlatego wspaniale się to czyta. No i, przyznacie, kapitalna „filmowa” okładka Emila z 1971 roku.