wtorek, 3 stycznia 2012

Astrid Lindgren "Emil ze Smalandii"

… czyli kolejne spotkanie z dziecięcym bohaterem Astrid Lindgren. Tym razem urocze opowiadanie o niezwykle sympatycznym, choć rozbrykanym chłopcu. Emil nie jest oczywiście TAK rozbrykany jak Pipi, ma jednak uroczą cechę – skłonność do wpadania w małe drobne tarapaty utrudniające rodzicom funkcjonowanie. Jednym słowem to literacki brat francuskiego Mikołajka, choć bardziej świadomy swoich wybryków. Wybryków typowych dla dzieciństwa każdego z nas, takich, które wspominamy potem ze śmiechem, choć gdy miały miejsce, do śmiechu nie było. To właśnie jest urzekające w twórczości Lindren – pozwala dzieciom być sobą, z całym asortymentem absurdalnych pomysłów i nietypowego systemu wartości. Pokazuje dzieciństwo sielskie i anielskie, pozwala dzieciom… być dziećmi. We współczesnej literaturze dla dzieci nie jest to już przecież oczywiste. Dzieci muszą mierzyć się z przekraczającymi często ich możliwości trudnościami, tutaj mierzą się po prostu z tym, do czego mają pełne prawo. W dodatku w przeciwieństwie do Pipi Emil ma szczęśliwą, trochę zakręconą rodzinę, a jego rzeczywistość – wiejskie życie, pełna jest poczucia bezpieczeństwa. Dlatego wspaniale się to czyta. No i, przyznacie, kapitalna „filmowa” okładka Emila z 1971 roku. 

4 komentarze:

  1. Pamiętam Emila z niedzielnych poranków!
    Razem z moim Tatą śmialiśmy się z hasła: Emil do drewutni!

    OdpowiedzUsuń
  2. Otóż to! Magia książek Lindgren!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też pamiętam. Uroczy był :)

    OdpowiedzUsuń
  4. No nie, a ja kompletnie nie kojarzę tego serialu. Nawet jak dokonuję próby penetracji pamięci z pomocą YOUtube,nie mogę sobie przypomnieć, żebym to oglądała:-(

    OdpowiedzUsuń