niedziela, 8 stycznia 2012

Roma Ligocka "Księżyc nad Toarminą"

Miniaturki Romy powinno się smakować spokojnie, powolutku, jak pyszne ciasteczko. A jednak ja wchłonęłam najnowszą książkę pisarki szybko i jednym tchem – spragniona nowych treści. I jak zwykle spotkałam się z niebywałą wrażliwością na świat i ludzi, i z życiową mądrością, której szukam u Romy od pierwszej przeczytanej miniaturki. „Księżyc nad Taorminą” to kolejny kalejdoskop codziennych ale wartych utrwalenia sytuacji, ludzkich losów i specyficznego, niełatwego zachwytu nad światem. Balsam dla duszy. Mimo to wydaje mi się, że niektóre z miniaturek napisane były  naprędce, bez dostatecznej puenty, pospiesznie zredagowane. Wydaje mi się, że najlepszym zbiorem pozostaje „Kobieta w podróży” choć i tu nie brakuje maleńkich perełek. Nie brakuje też obiegowych treści. Mam nadzieję, że formuła się nie wyczerpuje…
Podoba mi się okładka książki, ten ciepły niebieski zestawiony z charakterystycznym dla Romy różem. Grzbiet książki wyróżnia się dzięki temu pozytywnie wśród innych książek, ciepło pastelowego niebieskiego koloru zachęca do wyciągnięcia ręki. Cieszę się też, że wszystkie książki Romy składane są według tych samych zasad typograficznych, czytelnik szybko przywiązuje się do ich układu i tego oczekuje. Zawiodła mnie natomiast warstwa ilustracyjna najnowszej książki. Zamiast pięknych, specyficznych rysunków autorki, banalne i ograne w wydawnictwach wspomnieniowych fotografie. Nawet jeśli elementy twórczości Romy pojawiają się gdzieniegdzie, z całą pewnością nie robi im dobrze kolaż z tymi fotografiami. No i tyle krytyki nowej propozycji. Wiecie, że jestem ortodoksyjną miłośniczką twórczości Ligockiej dlatego cokolwiek bym nie napisała i tak nie zmniejsza to mojej fascynacji pisarką i potrzeby obcowania z jej twórczością. Dlatego dziękuję za kolejną dawkę i czekam z utęsknieniem na targi książki i spotkanie z pisarką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz