sobota, 29 grudnia 2012

Hanna Kowalewska "Przelot bocianów"

Ostatnia odsłona życia Matyldy i ostatnie zaproszenie do Zawrocia. Szkoda. Przywiązałam się do tej bohaterki – w końcu spędziłam z nią trochę czasu, a cykl o jej losach uważam za jeden z najlepszych. Chociaż ostatnią część czytałam trochę inaczej. Wszystko za sprawą spotkania autorskiego z Hanną Kowalewską w mojej bibliotece. Autorka zdradziła tyle tajemnic Zawrociańskiego cyklu „od kuchni”, że aż za dużo i świadomość warsztatu nie pozwalała mi zatopić się bezkrytycznie i beztrosko w świat Matyldy. Spotkanie było zresztą niezwykle udane i treściwe. Nie uważam cyklu o Zawrociu za „literaturę środka” – jak określała go autorka. Swoją polonistyczną i czytelniczą intuicją wyczuwam naprawdę dobrą polską prozę. Tak jest też z częścią piątą – choć nie powiem, momentami raziła mnie nieco kolokwialnym językiem. W pewnym momemcie, widząc przeczytane strony i niewyjaśniającą niczego akcję, czułam też narastające napięcie czy wielki finał mnie nie zawiedzie. Nie wiem czy zawiódł czy nie. Przyjęłam go – po prostu. Czuje się trochę, że autorka nieco sztucznie, trochę zbyt teatralnie rozwiązuje pewne wątki – bo tak trzeba. Nie wiem też, czy takiego losu chciałam dla mojej ulubionej bohaterki. Niech jednak tak będzie. Podobała mi się w ostatniej części ta „ciążowa” perspektywa, te skomplikowane, niejednoznaczne relacje Matyldy z nienarodzonym jeszcze dzieckiem, mimo wszystko przepełnione optymizmem. Matylda zaskoczyła mnie też kilka razy swoją postawą. Szkoda, że już się z nią nie spotkam, że nie dowiem się jak się ma… Autorka zostawia furtkę – jeszcze jedną tajemnicę Zawrocia. Może jednak skusi się na napisanie szóstej części... 

piątek, 21 grudnia 2012

Maria Pruszkowska "Życie nie jest romansem ale..."

Tych, którzy znają cykl Pruszkowskiej nie zdziwi zapewne fakt, że po zdobyciu (oj ciężko było. Kiedy już bowiem upolowałam egzemplarz na allegro, paczka szła do mnie… trzy miesiące!!!!) i przeczytaniu drugiej części czułam się tak, jakbym wpadła w odwiedziny do starych znajomych. Jakiż to talent stworzył takie postacie, które wita się jak bliskich! Tym bardziej, że nic się u nich od pierwszej części nie zmieniło i bibliofilska rodzinka nadal żyje przeczytanymi książkami. Życie nie przepływa już jednak beztrosko obok nich – doświadczają wojny, poniewierki, ruin Warszawy i ponownego zakorzeniania. Mimo to ich „książkowa” postawa pozostaje niezachwiana i wcale nie razi sztucznością i literackością. Chciałabym TAK żyć. Pozwolić życiu, aby przepływało obok a jednocześnie tak mocno jak bohaterowie Pruszkowskiej w nim uczestniczyć.
Druga część cyklu napisana jest z równie wspaniałą wirtuozerią słownego i życiowego humoru i pogody ducha. Sposób pisania o wojnie przypomina klimatem „Cafe pod Minogą” Wiecha – i przyznać muszę, nigdy nie znalazłam innych przykładów takiego o tych okrutnych czasach sposobu pisania. Wojna staje się tu jedną wielką anegdotą, przegrywa z pędem życia. Przegrywa z czytaniem… Właśnie. Ta niezłomna postawa, to ratowanie się w każdej sytuacji książkowym cytatem – sztandarowy przykład tego, że literatura ocala…
Polecać nie będę. Nie muszę. Wszyscy wiedzą... Poluję na część trzecią, bo bardzo bym chciała wpaść jeszcze raz w odwiedziny do mojej ukochanej bibliofilskiej rodzinki.

niedziela, 16 grudnia 2012

Kilka słów o czytelnictwie niemowlaka:-)

Już wiem, że hasło "Czytaj dziecku 20 mintu dziennie, codziennie" nie sprawdza się w konfrontacji z niemowlęciem, a nawoływanie autorek książki "Wychowanie przez czytanie" aby czytać dziecku od urodzenia jest nieporozumieniem. O ile bowiem trzymiesięczne maleństwo wyboru nie ma i słucha, o tyle starszy niemowlak  sam "czyta" jak chce, kiedy chce i co chce. Pierwszy rok życia to nie czas na lektury tylko szaloną radochę i zabawę z samej formy książki. Jako młoda mama mam już za sobą fazę czytania 50 razy dziennie zachwyconemu maleństwu "Lokomotywy". Mam też z sobą okres bezkrytycznego i bezrefleksyjnego zjadania (czy to Tomcio Paluszek czy Anna Karenina nie ma to większego znaczenia) woluminów. Przechodzę teraz tę strategiczną fazę zainteresowania formą książki, z której zapewne niedługo wykluje się mały czytelnik. Ola ma już kilka ulubionych książeczek, ale niedawno zauważyłam u niej tendencję sugerowania się w wyborze literatury... formatem. Najbardziej ulubiła sobie kwadratowe książeczki z zaokroąglonymi bokami i miękkimi okładkami (jak na zdjęciu). Za serią "Książeczka maluszka" po prostu zaś szaleje. Książeczki te są bardzo sprytnie pomyślane. Jest tu i rysunek i fajny, o świecie niemowlęcym mówiący tekst i zdjęcia innych dzieci. Strzał w dziesiątkę! Kiedy Ola ogląda te książeczki - nie ma dziecka. Serdecznie je polecam wszystkim rodzicom.
Rady i porady autorek "Wychowania prze czytanie", tej de facto mądrej i wartościowej książki, wypadają w praktyce różnie, jednak w kontekście fenomenalnego rozdziału i nauce czytania chciałam jeszcze pokazać dwa fajne przykłady tego, jak w praktyce - i na przekór praktyce szkolnej - stosować zasadę od  "ogółu do szczegółu". Pierwsza książeczka z piszczącym słoniem; dziecko ma naciskać na niego gdy słyszy w tekście słowo słoń. Druga z obrazkami zamiast słów - aby mogło czytać z rodzicem.


Takich pomysłów jest oczywiście dużo i dostępność do nich łatwa (towary marketowe) ale dobrze, że można je kupić i stosować. Ola oczywiście jeszcze za mała, ale niedługo, niedługo...

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Historia fotografii od 1839 roku do dziś


Ciężko jest znaleźć  współcześnie wydaną, DOBRĄ historię fotografii. Wydawnictwa z tej dziedziny obliczone są na ilustracyjny rozmach i legitymują marną, ubogą, powtarzaną wszędzie tą samą treścią. Bałam się trochę, że tu będzie podobnie. Nie było. Wydawnictwo Taschen zabrało mnie na kilkanaście dni w fascynującą podróż w czasie.  Książka ta nie jest bowiem typową historią fotografii. Nie znajdziemy tu zdjęć, które wstrząsnęły światem i sztuką, a przynajmniej nie – jeśli nie ma ich w zbiorach muzeum George Eastman House. Na książkę składają się bowiem reprodukcje zdjęć z kolekcji muzeum, które układają się w historię fotografii. Trzeba jednak zaznaczyć – głównie amerykańskiej, w pewnym momencie bowiem autor tekstu szkicuje raz za razem sylwetki amerykańskich artystów (nie tylko oczywiście ale w przeważającej części). Reprodukcje są bardzo dobrej jakości, tekst ułatwia ich identyfikację,  a interpretacja fotografii pomaga w zrozumieniu wielu zjawisk. Historia tych zdjęć koncentruje się bowiem głównie na ich społecznym i socjologicznym bycie.  Zabrakło mi trochę  informacji czysto technicznych (a słownik terminów jest nieco za ubogi), ale nie można mieć wszystkiego. Już i bez tego publikacja ma 766 stron a temat zaledwie sygnalizuje. Dodać należy, że jest bardzo dobrze złożona. Dla pasjonatów fotografii znakomita lektura/prezent (książka kosztuje 50 zł – myślę, że nie tak drogo porównując z innymi pozycjami z tej dziedziny). I mimo, że w 2/3 (albo i więcej) złożona została z reprodukcji fotografii, pochylałam się nad nią kilkanaście wieczorów. Może dlatego, że autor tekstu zachęcał do „czytania” przede wszystkim tych niezwykłych zdjęć, a to, przyznacie, jest jeszcze trudniejszym, choć pasjonującym zadaniem…