poniedziałek, 23 grudnia 2013

sobota, 21 grudnia 2013

Janina Porazińska "I w sto koni nie dogoni"

Dawne to, bardzo dawne lata. Odbiegły i nie dogonisz ich ani na rączym koniu, ani na skrzydłach, ani rakietą księżycową. Tylko myśl ludzka, najszybsza, może się tam znaleźć.
I właściwie tym pojemnym cytatem ze wstępu książki mogłabym zakończyć jej omawiane, bo idealnie oddaje jej naturę, ale przecież tak uczynić nie wypada...
„I w sto koni nie dogoni” to zapiski znanej, wspaniałej pisarki dla dzieci, plik luźno powiązanych ze sobą wspomnień z najdalszego dzieciństwa Porazińskiej.  Z czasów kiedy, jak sama pisze: I ja miałam kiedyś 6 lat i marzenie, aby zostać dorożkarzem. To taka fotograficzna niemalże kronika z mieszczańskiej kamienicy w Lublinie początku wieku, gdy nie było jeszcze elektryczności, a po ulicach jeździły dorożki; i potem z majątku ziemskiego w Chrustach, gdzie mała Janinka spędzała każde wakacje. Kalejdoskop ludzkich typów, zabawnych historii, dawnych i zapamiętanych przez dziecko opowieści dziadków. Jednym słowem świat, którego już nie ma i nie będzie. Właśnie dlatego warto sięgnąć po ten pliczek wspomnień. Dla tego minionego świata. Przyznam się szczerze, że dawno nie czytałam wspomnień tak archaicznie – i w leksyce i w sposobie obrazowania – napisanych, ale właśnie w tym kryje się cały ich urok. To co najbardziej trąci myszką, okazuje się nośnikiem poszukiwanych w literaturze wartości. Lubię takie starocie.
Jeśli zaś spojrzeć na tę książkę pod kątem historii literatury dla dzieci, to znakomicie widać w niej co i jak ukształtowało późniejszą autorkę „W Wojtuiowej izbie”. Daje też w przepiękny sposób, mimowolnie, odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie byli kiedyś zdrowsi i szczęśliwsi…

Wydanie, które czytałam, również jest bardzo interesujące. Niby niepozorne, ale tekst posiada obszerne marginesy, które są jednocześnie miejscem na maleńkie, czarno-białe ilustracje. Wyglądają one trochę jak stare drzeworyty.  To książka, do której – ze względu na treść i graficzną oprawę – można się przywiązać, co też z chęcią uczyniłam…

niedziela, 15 grudnia 2013

Eduard Uspienski "Troje z Prostokwaszyna"



„Troje z Prostokwaszyna” to książeczka skierowana do młodszych dzieci, autorstwa rosyjskiego pisarza Euarda Uspienskiego. Na początku jakoś nie mogłam tego dziwnego świata załapać, potem jednak zaczął mnie bawić i śmieszyć. Książeczka opowiada o 4-letnim chłopcu, przez swą wyjątkową dojrzałość nazwanym wujaszkiem Fiodorem. Znajduje on pewnego razu mówiącego kota, a że mama nie chce słyszeć o przygarnięciu zwierzęcia, wujaszek ucieka z domu i osiada na jednej z wsi. Dołącza się do nich zwariowana kompania: pies Szarik, który zajmuje się… fotoplowaniem, kawka Łapaczka, mówiąca krowa i traktor napędzany ludzkim jedzeniem. Od czasu do czasu mieszkańców dziwnego domku odwiedza niezdarny listonosz Piecuś – i to on najczęściej jest źródłem humoru i sytuacyjnego, i słownego – tego drugiego tym bardziej, że postać jego jest żywcem wzięta z najlepszych przykładów literatury absurdu. A ja uwielbiam takie znaleziska w literaturze dla dzieci. Uwielbiam elementy absurdu… Dla przykładu soczysty dialog z Piecusiem  w roli głównej, z którego i Lewis Carroll byłby dumny:
Listonosz przemókł do suchej nitki. Tacie zrobiło się go nawet żal.
- Co też pan będzie roznosić listy w taką brzydką pogodę? Niech lepiej pan je wyśle pocztą.
Listonosz przyznał mu rację:
- Słusznie, słusznie. Dlaczego ja je muszę roznosić w taką pluchę? Ma pan dobry pomysł. Jeszcze dziś przedstawię go kierownikowi.
Ale absurd osadza się nie tylko na dialogach. Nikogo tu nic nie dziwi, żadne dziwactwo. Wszyscy przyjmują ten zwariowany świat mówiących zwierząt i napędzanych jedzeniem traktorów jakby nigdy nic.

I tylko dorośli czytelnicy domyślać się mogą, że fabuła książki to raczej i tylko - projekcja marzeń dziecięcych. Wujaszek Fiodor ucieka z domu i znajduje opuszczony domek. Chce znaleźć skarb – idzie i znajduje, chce mieć traktor trochę prawdziwy a trochę nie – przysyłają mu. Grunt, że te dziecięce marzenia kończą się dobrze – rodzice wkraczają do akcji, gdy robi się niebezpiecznie. Cały czas są obok i poszukują synka –  jak w dobrych i pożytecznych książkach dla dzieci przystało. Subtelny humor, sympatyczni zwierzęcy bohaterowie, miłość rodziców i przyjaźń dzieci ze zwierzętami. Czego chcieć więcej. Książka dodatkowo pięknie wydana – z niebanalnymi, trochę „rozmytymi”, ciepłymi ilustracjami, ładnie wykończona typograficznie. 

sobota, 7 grudnia 2013

Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały...

Tej książki szczególnie reklamować nie trzeba. Od lat jest obecna na rynku wydawniczym i wychodzi w tej samej szacie graficznej. Nie krzyczy rzucającą się w oczy okładką, nie nęci kolorem. Jest. Proponuje. Nie obiecuje, że po jej przeczytaniu nie będzie już żadnych problemów, nie obiecuje Bóg wie czego – jak inne podobne propozycje (choć trzeba przyznać, że nawet te, które obiecują i napisane są w konwencji: przeczytaj mnie a odmienię twoje życie, bywają czasami w finale wartościowymi i godnymi polecenia pozycjami). Wręcz przeciwnie, ostrzega, że to nie lektura jest najtrudniejsza, a późniejsza praktyka. Jest tu jednak skarbiec wskazówek, które mogą faktycznie usprawnić komunikację z małymi ludźmi (myślę, że także z większymi) i podnieść poziom szacunku do nich. Pozycję przystępnie napisały dwie kompetentne osoby; dużo tu wartościowej wiedzy z zakresu psychologii dziecka. I co najważniejsze; wiele kwestii zostało tu pokazanych za pomocą… rysunków. Bardzo dobry pomysł! Najprostsze zilustrowanie zagadnienia bardzo pomaga w utrwaleniu. Nie jest to bowiem książka, którą po przeczytaniu odkłada się na półkę. Trzeba do niej wracać, kartkować, czytać sobie od czasu do czasu te „komiksy” i... próbować. Życzę Wam i sobie – powodzenia! 

niedziela, 1 grudnia 2013

Stanisław Pagaczewski "Porwanie Baltazara Gąbki"

Do sięgnięcia po książkę nieświadomie zachęciła mnie córeczka, która uwielbia oglądać starą bajkę na podstawie powieści (pamiętacie na pewno: Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pieruszka – mama mia i tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców – carramba). Ta stara bajka jest zresztą świetnie zrobiona. Teraz mam porównanie z powieścią i z radością stwierdzam, że twórcy kreskówki co prawda pozbawili uczestników wyprawy do Krainy Deszczowców jednego bohatera – Doktora Koyota, za to tajemniczy Don Pedro zyskał jeszcze bardziej na tajemniczości i wyrazistości. W książce zbyt szybko porzuca stronę ciemności i staje się przyjacielem ekspedycji, tutaj trochę dłużej szpieguje i knuje:-)
Powieść Pagaczewskiego jest po prostu… kapitalna. Przede wszystkim jest na wskroś polska. Autor świetnie oddaje klimat Krakowa – robiąc istne pomieszanie z poplątaniem: z jednej strony jest to jeszcze Gród Kraka, w Smoczej Jamie mieszka zaprzyjaźniony już ze wszystkimi Smok Wawelski, kocie łby na ulicach to szczyt nowoczesności, z drugiej zaś smok robi zdjęcia, ma nowoczesny sprzęt itd. Jednak najfajniejsze jest w książce to odwrócenie tradycji: Smok Wawelski żyje w przyjaźni z mieszkańcami grodu, na swojej drodze spotyka Antyzbójców itd… Największa czytelnicza uciecha kryje się jednak przede wszystkim w onomastyce tej książki. Pagaczewski znakomicie powymyślał i ponazywał wszystkie te krainy, przez które podróżuje smocza ekspedycja: od Krainy Psiogłowców, przez Słonecję, Krainę Gburowatego Hipopotama, na Krainie Deszczowców skończywszy. Przy tej ostatniej autor osiągnął prawdziwe mistrzostwo w nazewnictwie związanym z wodą i deszczem. Ale to nie wszystko, autor stworzył fantastyczną faunę i florę – tak w nazewnictwie, jak i „cechach gatunkowych” – której nie powstydziłaby się sama J.K. Rowling!!! Zresztą ona by się i wszystkich tych krainy nie powstydziła (dlaczego my tak chętnie sięgamy po zachodnie produkty, mając na bibliotecznych półkach takie cacka!!!!). Niektóre te wytwory mogłyby spokojnie wejść do najbardziej fantastycznych bestiariuszy:-) Myślę tu głównie o Okropnikach i Bagiennikach Purpurowych.
Ale najważniejsze w książce jest to, że wszystko kończy się dobrze, a system wartości wyznawany przez Smoka Wawelskiego pozostaje niezachwiany: kiedy smok łapie okrutnego władcę Deszczowców, ten prosi go o wypuszczenie i obiecuje tyle skarbów, że ci oko zbieleje. Smok odpowiada na to:
- He,He, widzisz mój drogi, skarbów, które masz na myśli, wcale sobie nie cenię. Moje skarby to zdrowie, optymizm i poczucie humoru”.  I to mogłoby być motto tej cudownej książki…

Na zdjęciu powyżej egzemplarz, który należał do mojej mamy i ukochana figurka, którą bawi się moja córka. A więc historia „pokoleniowa”:-)
Zresztą widziałam na bibliotecznej półce, że nie taka zapomniana, że wznowiona i to z kolorowymi ilustracjami. Te czarno-białe są bardzo klimatyczne, ale to nic, ważne, że jest szansa, że trafi do młodych ludzi wychowanych na zachodniej fantastyce. W przypadku małej Oli dopilnuję tego osobiście:-)



piątek, 22 listopada 2013

Angelika Kuźniak "Papusza"

Wydawnictwo Czarne zaczęło wydawać serię Reportaże. I dobrze, bo to literackie „pewniaki” – tylko brać i czytać…  Zaczęłam od „Papuszy”. Bardzo sprawnie i dobrze skonstruowany reportaż. Pozbawiony zbędnej, jednostronnej oceny rzeczywistości, zwięzły, poruszający. A to dlatego, że autorka oparła go w przeważającej części na wspomnieniach samej Papuszy – czy to zapisach z zachowanych na nagraniach rozmów, czy listach do Ficowskiego i Tuwima. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie, że cygańska poetka mówi bezpośrednio do niego – tym bardziej, że zapisy rozmów i listy przedrukowane zostały z zachowaniem żywej mowy i oryginalnej pisowni. To wielka wartość tej książki, małej objętościowo, ale prostej, rzeczowej, obiektywnej i wcale nie pozbawionej emocji – te emocje płyną jednak głównie z tego, co mówi sama Papusza.  Film, który ma wejść do kin na pewno nie odda tego, czego doświadczyć można obcując bezpośrednio z jej słowem.  Autorka pokazuje jej postać na tle najważniejszych wydarzeń w historii, tłumaczy pewne zjawiska w kulturze Cyganów, pokazuje mechanizmy przemian w tym środowisku. Także dlatego lektura tego reportażu jest bardzo wartościowa.

No i sama bohaterka, z tak nieprawdopodobnie prostym, ale ciężkim życiem, z tym umiłowaniem lasu, natury… Istota tak dramatycznie rozdarta i odrzucona… Warto pochylić się nad jej życiem. Chociażby na czas lektury…

poniedziałek, 18 listopada 2013

Joanna Papuzińska "Mój tato szczęściarz"

Czytaliście sami lub swoim dzieciom „Asiunię”, przeczytajcie i tę propozycję prof. Papuzińskiej. A potem wybierzcie się na spacer po Warszawie, koniecznie z książką. Uwielbiam takie wydawnictwa dla najmłodszych, które uwrażliwiają i pozwalają spojrzeć na otaczającą rzeczywistość z innej – czyjejś – perspektywy. I chociaż nie jestem już dzieckiem  to jednak bardzo wzruszyły mnie słowa autorki zawarte w posłowiu: „No i oczywiście pamiętamy te jesienne spacery, podczas których słuchaliśmy o Powstaniu Warszawskim. Takie spacery były ważnym zwyczajem wielu warszawskich rodzin w czasach, kiedy nie wolno było w Polsce świętować rocznicy powstania, wywieszać tym dniu narodowych flag ani składać wieńców. To dzięki nim dzieci dowiadywały się od rodziców o historii swojego miasta”. To właściwie podsumowanie tej niezwykłej książeczki, relacjonuje ona bowiem jeden z takich spacerów, kiedy prof. Papuzińska, jako mała dziewczynka, razem z bratem i swoim ojcem szła jego dawnymi powstańczymi śladami. Ojciec opowiadał im wówczas swoje wojenne dzieje. Papuzińska opisuje je językiem dziecka (co widać szczególnie w charakterystycznej, nie zawsze poprawnej składni typowej dla dzieci), ale bez uładzania i wymijania najboleśniejszych spraw. Przybliża czasy powstania – takie jakimi były naprawdę. Tę dostosowaną do percepcji dziecka PRAWDĘ podkreśla warstwa graficzna książki. W ilustracje wkomponowane są także fragmenty mapy Warszawy, z zaznaczonymi na niej miejscami, w których działy się opisywane wydarzenia. W posłowiu natomiast autorka opisuje i wyjaśnia np. czym były barykady, poczta polowa itd… (szczerze mówiąc sama dowiedziałam się kilku rzeczy, które nie były mi znane!). Jednym słowem to bardzo przemyślana, wartościowa propozycja dla małych dzieci.

niedziela, 10 listopada 2013

Antoni Libera "Godot i jego cień"

Przywiozłam tę książkę, razem ze skromną dedykacją autora, z targów książki kilka lat temu, ale dopiero teraz znalazł się może nie odpowiedni czas i miejsce, ale odpowiedni stan umysłu – aby ją przeczytać… „Madame” byłam zachwycona – nie mogło być inaczej, przez Becketta również przeszłam podczas studiów bezboleśnie i z satysfakcją– dlatego z radością kupiłam „Godota i jego cień”…

Libera pisze na początku swoich wspomnień znamienne słowa: Jeżeli słyszy się czasem lub czyta w opowieściach, że książka czy czyjeś słowo, wizja zaklęta w języku – potrafi kogoś odmienić, wpłynąć na czyjeś życie i to do tego stopnia, że staje się on kimś innym albo pojmuje sam siebie, to wolno mi powiedzieć, że nie są to czcze legendy, lecz istotnie tak bywa. Te słowa to właściwie kwintesencja tej arcyciekawej książki. Libera zabiera bowiem czytelnika w fascynującą podróż, w której życie przeplata się z literaturą, którego literatura jest motorem. To wspaniałe odnaleźć swoją – w niej – drogę…  „Godot i jego cień” to „relacja” autora z fascynacji Beckettem i zapis wędrówki "przez" i "do" jego twórczości, a przez to i do samego siebie. Narracja przeplatana jest oczywiście wieloma refleksjami związanymi  z twórczością Becketta i próbami analizy – których zrozumienie zależne jest od stopnia znajomości twórczości samego Becketta (pobieżna lektura Godota i Końcówki, obawiam się, nie wystarczy…) ale samą warstwę wspomnieniową czyta się – podobnie jak „Madame” – jako fascynującą spowiedź „dziecięcia wieku”. Libera pisze o realiach, które dla młodych ludzi urodzonych w latach 80. i później są już jedynie martwą, choć przerażającą i zadziwiającą dekoracją…  Im zaś autor bliżej jest samego Becketta – napięcie rośnie niczym w powieści sensacyjnej. Sama złapałam się na tym, że z czytelniczą naiwnością przekartkowałam kilka stron do przodu, żeby upewnić się czy do spotkania z autorem faktycznie dojdzie. Kibicowałam jak nigdy… I wciąż jestem też pod przeogromnym wrażeniem zapisu rozmowy Becketta z Liberą. I samego Becketta. Jednym słowem fascynująca lektura, bardzo osobisty zapis drogi, takie – jak się domyślam – prywatne, szczere do bólu katharsis. Życie zbudowane na literaturze. Tylko – również naiwnie – pozazdrościć tej życiowej włóczęgi i celu. Wspaniała, niezwykle mądra życiowo, przemyślana książka.   

niedziela, 3 listopada 2013

Eric-Emmanuel Schmitt "Kiedy byłem dziełem sztuki"

Uwielbiam fabuły dziwne, wydumane, wyrafinowane. Uwielbiam fabuły, których życie raczej by nie wymyśliło – choć niczego nie można być już przecież pewnym. Uwielbiam jednocześnie zanurzenie takich fabularnych dziwadeł w tradycji kulturowej i odczytywanie tych samych motywów i toposów wciąż na nowo. To wszystko znalazłam w książce Schmitta – ku mojemu zdziwieniu, bo jest to przecież autor tyleż ambitny, co JEDNAK nastawiony na masowe czytelnictwo a nie czytelniczą elitę.  Podczas lektury książki narastało więc moje i tak ogromne zdziwienie. „Kiedy byłem dziełem sztuki” to historia współczesnego Fausta. Uwielbiam ten motyw, ciągle aktualny i ciągle wypływający na powierzchnię literackich losów. Ale to nie koniec! Mary Shelley też puściłaby oczko współczesnemu Frankensteinowi, którym staje się bohater. Jednym słowem  znalazłam u Schmitta i mieszankę wybuchową – mix dwóch motywów-gigantów.

„Kiedy byłem dziełem sztuki” to – mówiąc w telegraficznym skrócie – historia niedoszłego samobójcy, który zgadza się oddać pod opiekę diabolicznemu artyście Zeusowi Peterowi Lamie. Ten tworzy z niego żywą rzeźbę, traktując jego ciało jako materiał rzeźbiarski. Ale to dopiero początek niezwykłej historii, która tak naprawdę jest odwiecznym – jak w przypadku motywów faustycznych – traktatem o próżności, ale też traktatem o sztuce – jej roli, wpływie na życie ludzkie itd., itd… I mimo że w momencie pojawienia się wyidealizowanej postaci Fiony fabuła staje się jeszcze bardziej wydumana i nierealna, naprawdę warto przeczytać tę niezwykłą historię.  Pikanterii dodaje fakt, że autor nie opisuje wcale, jak wyglądała żywa rzeźba, którą zachwycał się cały świat, a która stała się więzieniem dla lekkomyślnego młodzieńca. Kiedy natomiast zaczyna ona być sprzedawana i licytowana – czytelnik sam już nie wie, czy autor nie robi sobie – mówiąc bardzo kolokwialnie – jaj z czytelnika. Na pewno wystawia na próbę jego literacki gust i dystans do świata. Poddajcie się tej próbie!!!

czwartek, 31 października 2013

Wchodzę do osiedlowego domu kultury, a tam na drzwiach do świetlicy Alicja i jej Kraina Czarów. Trochę disneyowska co prawda, ale co tam...

sobota, 26 października 2013

Grzegorz Bartos "Opowieść o dwóch meczach i morderstwie"

Kilka lat temu pisałam przy okazji zbioru opowiadań Bernarda Gotfryda „Widuję ich w snach”, że to jedyny znany mi przykład literackiego Radomia. W ostatnich latach namnożyło się tych literackich portretów miasta – i dobrze. Bo wśród nich znalazłam prawdziwą perełkę. Oj długo nie będę mogła otrząsnąć się po tej lekturze, długo…
Powieść Bartosa przebiega dwutorowo i w dwóch czasowych przestrzeniach. Jedna, właściwa opowieść, to żydowski Radom początku lat 30. Kluczowym wydarzeniem jest przypadkowe morderstwo, którego dokonuje młody Żyd po jednym z rozegranych meczy. Autor, podobnie jak to miało miejsce w przeczytanym przeze mnie ostatnio „Żarcie” Kundery (czyli budowa tekstu nie najoryginalniejsza, ale za to dobrze i przez najlepszych sprawdzona) w kolejnych rozdziałach dopuszcza do głosu poszczególnych bohaterów – młodych ludzi, którzy w swoich monologach lub pozornych dialogach opowiadają o swoim życiu i relacjach w wielokulturowym Radomiu. Słuchamy m.in. romansującej z  Żydem Gerszonem gojce Krysi, zakochanej w nim Róży, zakochanego w Krysi Antka i innych (tak, tak – wątek romansowy bierze tu górę…).  Każde z nich  ma odmienny ogląd tej samej rzeczywistości. Autor znakomicie oddaje językowo różnice między postaciami, te monologi to prawdziwy językowy majstersztyk! Ale to nie wszystko – drugi tor powieści to współczesny Radom i monolog porte parole samego pisarza, który poznaje przypadkowo trójkę amerykańskich Żydów.  Szuka dla nich informacji o ich rodzinie. Wszystko się komplikuje, gdy do Polski przyjeżdża wnuczka Susan. Ta „druga” opowieść to taki swoisty metatekst do faktycznej opowieści. Dużo tu informacji o tym, jak autor zdobywał wiedzę z historii radomskich Żydów, bardzo dużo refleksji nie tylko o historii, ale o egzystencji każdego z nas. To, paradoksalnie, bardzo egzystencjalna książka… Trochę taka kunderowska właśnie (erotyzm też jest, a jakże… zieje z niej erotyką!!! Ale to również kunderowska erotyka!).
Ciężko jest sensownie streścić tę powieść – mimo pozornie prostej fabuły, tak naprawdę jest tu bardzo dużo mikrowątków, powieść urasta wręcz do jakiegoś swoistego labiryntu motywów, wątków, refleksji… Tak, labirynt to bardzo dobre określenie.
Sama zaś ocena historii wyłożona w tej właśnie „metatekstowej” części książki jest porażająca. I wynika ona nie tylko z ogromnej wiedzy, ale też wielu lat przemyśleń. Porażająca – kolejne trafne słowo dla tej książki.

No i jest jeszcze jeden aspekt lektury „Opowieści o dwóch meczach i morderstwie”. Autor zabiera nas na spacer po nieistniejącym już, żydowskim Radomiu. W nieprawdopodobnie plastyczny sposób ożywia to, co już dawno minęło. Po lekturze książki spojrzałam na to miasto zupełnie inaczej. Omijane zaułki nagle stały się interesujące. Zupełnie zmieniło się moje postrzeganie Radomia. Ta książka to głęboka refleksja o kondycji tego miasta – także współczesnej kondycji. Tylko wziąć i – czytając – podążać śladami bohaterów. Choć opis jest momentami chaotyczny, choć okropnie gubiłam się w tym literackim labiryncie, nie żałuję czasu poświęconego tej – wcale nie takiej łatwej i przyjemnej, jak by się mogło wydawać – książce. Dużo zmieniła w moim oglądzie rzeczywistości – nie tylko tej najbliższej, a wszak po to czytamy książki…

wtorek, 22 października 2013

"Księga straszliwej niegrzeczności"

„Księga straszliwej niegrzeczności…” to nic innego jak zbiór listów małego wilczka, który miał problemy z grzecznością, a w zasadzie z… niegrzecznością. Z opanowaniem tej drugiej wystąpiły i niego problemy na tyle poważne, że rodzice wysłali go samego do Szkoły Złości i Chytrości, co się w Strasznolesie Mości. Listy są dramatycznym zapisem samotnej wędrówki do owej szkoły, postępów w nauce i przygód wilczka. Jak można się łatwo domyśleć, grzeczność zwycięża, a wilczek dostaje odznakę zucha a nie złego wilka. W tej uroczej książeczce następuje kapitalne odwrócenie konwencji, wszystko wydaje się na opak, aż do wielkiego finału. Przygody naiwnego wilczka zabawią z całą pewnością i dzieci, i dorosłych. Sam bohater został obdarzony Mikołajkowym (tak, tak, dogadałby się z łatwością z Mikołajkiem Sempego) postrzeganiem i analizowaniem świata. Wilczuś jest tak naiwny i uroczy, że z pewnością spodoba (czytaj: podoba, o czym świadczy ilość wypożyczeń tej książki w mojej bibliotece) się dzieciom – tak bardzo do niego podobnym. Ale książka zachwyca też w warstwie językowej. Główny jej humor językowy opiera się  na kapitalnych  tautologiach i pleonazmach. Nazwy własne są równie udane i tworzą niepowtarzalny świat na opak, taką dziecięcą krainę a rebous (której mapka, zgodnie z literacką i wydawniczą tradycją znajduje się na początku książki). Wystarczy wymienić: Powiat Ciemnicki, Strasznolas, Stryjca Złyjca, Złowilka, czy nazwy typu: Wilczookrutny, Wilczomilczy, Brudnopysk i inne. Jednym słowem – kapitalna lektura, pełna śmiechu, tkliwości, pozytywnych emocji, zdrowego językowego kolokwializmu i wilczkowej złości, która obraca się na dobre…

czwartek, 10 października 2013

Zofia Urbanowska "Gucio zaczarowany"

Czy nie dziwi nikogo, że sięgnęłam po takie wykopalisko archeologiczne? Pewnie dziwi, ale lubię czasami wracać do tego co zapomniane i – na pierwszy rzut oka – nieaktualne. Choć Gucio taki zupełnie zapomniany nie jest. Tytuł książki co i rusz przewija się i we wspomnieniach starszych pokoleń i w opracowaniach z zakresu literatury dla dzieci i młodzieży. Więc sięgnęłam, przeczytałam, pocieszyłam się tym mocno trącącym już myszką językiem – właśnie dlatego tak wartościowym, i jestem zadziwiona. Mimo naiwnej już dzisiaj pozytywistycznej programowości powieść Urbanowskiej nadal nadaje się do wieczornego czytania i mam nadzieję, że niedługo już razem z Oleńką będziemy raz jeszcze przeżywać przygody chłopca zamienionego przez wróżkę (nietypowego wyglądu dodam – ale przeczytajcie sami) w muchę. Gucio ma na sobie czerwoną czapeczkę – dzięki temu inne owady wiedzą, że nie jest jednym z nich a „duszą pokutującą” za próżniactwo. Gucio nabiera przekonania, że nawet najmniejsze żyjątko jest potrzebne światu, uczy się szacunku do otaczającej przyrody i swoich bliskich. A mali czytelnicy razem z nim. I właśnie dlatego trzeba cierpliwie znieść tę pozytywistyczną programowość, tę powtarzaną jak mantra tezę, że wszystko co żyje musi być użyteczne i czytać dalej, bo sama fabuła książeczki została skonstruowana sprawnie i atrakcyjnie. Jej atutem jest też to, że autorka przekazuje dzieciom bardzo dużo cennych informacji na temat świata przyrody, uwrażliwia na nią. Pokazuje nasz świat z zupełnie innej perspektywy, rozszerza wyobraźnię małego odbiorcy.

„Czytałem tę książkę, kiedy byłem mały, i tak mocno zachowałem ją w pamięci, że później już jako człowiek dorosły nieraz próbowałem sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy ktoś zostanie muchą. Właściwie dlaczego nie mielibyśmy się to zwiększać się, to zmniejszać, żeby oglądać świat w coraz to nowy sposób?” – pisał Czesław Miłosz w przedmowie wydania, które przeczytałam. Wierzę mu. Ta powieść może zrobić na dziecku wrażenie i może zapaść w pamięć. A poza tym warto ją przeczytać, żeby choć trochę poczuć, jak kiedyś dla dzieci pisano i o czym pisano…

poniedziałek, 7 października 2013

Milan Kundera "Żart"

Przy okazji „Księgi śmiechu i zapomnienia” pisałam, że pisarstwo Kundery boli i że… nie umiem o nim pisać. Nic się nie zmieniło w moim odczuciu po przeczytaniu „Żartu”, nie wiem co napisać, a boli jak cholera… Ależ ten facet grzebie, ależ grzebie w najgorszych, najbardziej wstydliwych ludzkich kompleksach, instynktach. Często pojawia się w jego prozie motyw odbicia w innym człowieku, uczynienia z niego lustra. Tak jest też z całą prozą pisarza. Genialne w pisarstwie Kundery jest też to, że to ludzkie uniwersum, tę „nieznośną lekkość bytu” umiejscawia w konkretnym czasie historycznym, który w dodatku tak mocno na to uniwersum wpływa. To mnie najbardziej zawsze zadziwia w jego książkach, że socjalistyczna rzeczywistość jest bodźcem do ujawniania najbardziej drażliwych kompleksów (apogeum tego zjawiska występuje właśnie w „Nieznośnej lekkości bytu”).  „Żart” jest chronologicznie pierwszą powieścią Kundery – i czuje się tutaj ten zawiązek tematów i motywów, które potem buchną z niebezpieczną siłą. Powieść jak zwykle o tym samym: o kompleksach seksualnych, rozdźwięku między ciałem i duszą, o lekkości bytu, o tym jak socjalizm wdziera się w ludzkie słabości i namiętności. Na to czytelnicy czekają i na to liczą. Podoba mi się ta egzystencjalna koncepcja powieści. Bardzo podoba… W „Żarcie” zachwyciła mnie także budowa powieści. Autor korzystając z narracji pierwszoosobowej pozwala dojść do głosu kilku bohaterom – na czele z Ludwikiem, wokół którego kręci się akcja. Wszyscy ci bohaterowie w którymś momencie zetknęli się z Ludwikiem i jego osoba pozostawiła na nich niezatarte piętno. Kiedy „słuchałam” kolejnych monologów bohaterów, myślałam sobie… a co z tymi, których autor nie dopuścił do głosu? Co oni mogli by nam, może chcieliby nam powiedzieć?… Pod koniec książki tempo przyspiesza. Kolejni bohaterowie nie otrzymują już dla siebie całych rozdziałów, a jedynie przeplatane ze sobą fragmenty, coraz krótsze, trwa kakofonia wewnętrznych monologów aż do finału powieści. Znakomite!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Choć przecież samo zawiązanie fabuły (ba! ona sama!) jest banalne. Ale nie o to tu chodzi aby się działo, nie o to…
Nie umiem pisać o Kunderze, nie umiem go nawet szybko czytać, muszę powoli, bo inaczej nie zniosłabym swojego odbicia… I tak jest z każdą jego książką…

Jeszcze dwa słowa o samym wydaniu. Państwowy Instytut Wydawniczy kilka lat temu zdecydował się heroicznie (i chwała mu za to) wydać wszystkie teksty Kundery. Dostępność ich w bibliotekach (słaba, jak się domyślacie) nie jest oczywiście winą wydawnictwa (choć cena książek była w moim odczuciu zbyt wysoka, by lekką ręką uzbierać całość, choć ta całość musiała się rozejść, bo nie doświadczyłam tej serii w tanich książkach). Winą jest natomiast złożenie tekstu tak małą czcionką, że przebrnięcie przez te teksty wymaga nie lada wysiłku. Czytanie Kundery jest już wystarczającym wysiłkiem umysłu i serca, żeby utrudniać to jeszcze tak fatalnym składem. Amen.

czwartek, 3 października 2013

Mariusz Urbanek "Brzechwa nie dla dzieci"

Zacznę od tego, że kiedy zobaczyłam biografię Brzechwy wystawioną w witrynie księgarni, pomyślałam od razu – aha, kolejna biografia „non fiction”, tropiąca sensację za wszelką cenę. Przyznacie przecież, że tytuł NIE DLA DZIECI nasuwa od razu jednoznaczne skojarzenia. Tytuł okazał się jednak tylko chwytem marketingowym, bo oto właśnie skończyłam jedną z najlepiej napisanych biografii jaką czytałam. Urbanek przeprowadza nas przez dzieciństwo i młodość Brzechwy w gawędziarskim, barwnym stylu. Mnóstwo tu ciekawych i nieznanych faktów, mnóstwo humoru, ciepła i anegdoty. Właśnie – ciepła i serdeczności – w takiej atmosferze mamy okazję poznać człowieka, o którym tak naprawdę niewiele wiemy. Po lekturze książki pomyślałam sobie – fajny musiał być z niego facet, dobry człowiek. Ot co. Urbanek – zdaje się – pisze tak jak było – bez udziwniania, bez rozgrzeszania, bez zajmowania jakiegokolwiek stanowiska. Ten obiektywizm cały czas się wyczuwa i bardzo mi się to podoba. Wątek prostalinowskiej przygody Brzechwy też jest – a jakże – autor poświęcił mu sporo miejsca w książce i całe dwa rozdziały końcowe. Jednak nie wyczuwa się w tym opracowaniu jakiejś sztucznej pogoni za sensacją, Urbanek daleki jest od jakiejkolwiek oceny sytuacji. A tym samym udowadnia, że człowiek nigdy nie jest tylko czarno-biały. Właśnie taką postawą zmusza do refleksji nad tamtymi czasami. I może właśnie dlatego czytelnikowi wydaje się w trakcie lektury, że Brzechwa fajnym gościem był…       I pewnie czytelnik się wcale nie myli…

Ale z tego bogatego opracowania dowiemy się dużo nie tylko o autorze „Kaczki Dziwaczki”, ale także o wielu wydarzeniach z historii narodu i literatury. A ponieważ Brzechwa był adwokatem wyspecjalizowanym w prawie autorskim, Urbanek szeroko opisuje jego najważniejsze sprawy sądowe, uświadamiając czytelnikom wiele zjawisk, o których zapewne nie mieli nawet pojęcia (np. kwestie umów wydawniczych zawieranych podczas wojny). Naprawdę wartościowa książka! Brawo dla autora za to że w całym tym nurcie „non fiction” w jego biografii ocalał prawdziwy człowiek.

niedziela, 29 września 2013

Agnieszka Frączek "Rany Julek!"

Uwielbiam (tak ja, jak i Oleńka) rymy Agnieszki Frączek. Znamy co prawda obie jej twórczość z małych książeczek dla najmłodszych dzieci, ale chyba czas zaopatrzyć się w jakiś konkretny tomik. Ta autorka naprawdę nie czuje, że jej się rymuje, a rymuje jej się znakomicie. Dlatego też i ja znakomicie ubawiłam się, czytając książkę „Rany Julek!” i bardzo bym chciała, aby w przyszłości przeczytała ją Oleńka.
Książeczka opowiada bowiem o dzieciństwie Tuwima, o jego wszystkich „bzikach”. Od pirotechnicznego do lingwistycznego. O jego nietypowych kolekcjach, zainteresowaniach. Opowiada o przeciekawym chłopcu, tak bardzo ciekawym świata, że zaprowadziło go to do poezji. Dzieci mogą się utożsamić z małym Julianem – to nie jakiś wielki poeta z pomnika i lektur szkolnych, ale Julek – niezwykły chłopiec, z którym każdy chciałby się zaprzyjaźnić. I za to Agnieszce Frączek wielkie dzięki, że odheroizowała wielkiego poetę. Teraz jest moda na podobne teksty dla dzieci, i dobrze. Bardzo dobrze.

Książeczka napisana jest z niebywałym humorem. Tekst przeplatają partie wierszowane – zarówno autorskie wierszyki Frączek, jak i humorystyczne parafrazy wierszy Tuwima. Ale prawdziwym hitem są… przypisy. Partie tekstu zaznaczone są gwiazdką, a na dolnym marginesie  książki umieszczone są fiszki z kapitalnymi (naprawdę, przy niektórych myślałam, że padnę ze śmiechu) komentarzami, pełnymi gier słownych i specyficznego humoru. Jednym słowem ze wszechmiar udana książka, którą warto mieć w zbiorach, bo takiej książki o Tuwimie zapewne nigdy wcześniej nie było, i długo po niej nie będzie. 

poniedziałek, 23 września 2013

Subiektywny przegląd książeczek dla maluszków

Irena Słońska w starej już, ale (w części teoretycznej) nadal aktualnej książce "Psychologiczne aspekty ilustracji dla dzieci" pisze, że oglądane w dzieciństwie ilustracje kształtują "wzorce wyobrażeniowe". Kiedy jednak przyjrzeć się temu co proponują najmłodszym "kioskowe i marketowe" tytuły, to włos się jeży na głowie. Chciałam zaproponować przegląd najpopularniejszej formy książeczki dla najmłodszych - kwadrat, sztywne kartki, jeden tekst w jednej książce. Dzieci lubią je otwierać, przerzucać, bawić się nimi w najróżniejszy sposób (do budowania wieży też dobrze się nadają:-). Sprawdzają się u maluchów lepiej, niż całe tomy wierszydeł. 
Najpowszechniejsza jest bezwzględnie seria Biblioteczka niedźwiadka Wydawnictwa Sara, a w ramach niej klasyczne i zupełnie nowe teksty - w okropnej oprawie graficznej. Ilustracje Anny i Lecha Stefaniaków (oni chyba mają monopol na tę serię) - z całym szacunkiem dla autorów - dobrych estetycznych wzorców kształtować w stanie nie są:



Nie mówiąc już o tak dramatycznych w skutkach wpadkach jak ta:



Jeśli kaczątek w tekście jest pięć to, na Boga, dlaczego na ilustracji brakuje dwóch?! Dzieci liczą!!! Albo wymagają tego od dorosłych!
Same adaptacje baśni w tej serii również pozostawiają wiele do życzenia, ale tu nie o języku mowa. Zaletą jest zresztą to, że wydawnictwo publikuje również w serii autorów współczesnych (np. genialne wierszyki Doroty Gellner). Odgrzebuje też wykopaliska archeologiczne, np Władysława Bełzę. I za to ukłon.
*
Druga popularna seria to Klasyka polska wydawana przez Wydawnictwo Wilga. Tu już nieco lepiej z ilustracjami, choć i tak wszystko to jakieś zlane ze sobą, szczegóły trudne do jednoznacznej identyfikacji, a Disney puszcza z góry oczko do autorów...



Chociaż i w tym szaleństwie jest metoda... Znalazłam w serii bardzo sympatycznie ilustrowaną książeczkę. Jest owszem, pełna szczegółów i szczególików, ale bardzo klarownie i przejrzyście rozmieszczonych - co sprawdziła i zaakceptowała sama Ola (a przyznacie, w kwestii ilustracji książkowej dla najmłodszych jest lepszym krytykiem niż najmądrzejsi tego świata):



Zresztą nawet w zalewie kiczu zdarzają się małe lub większe perełki. Chociażby świetny Murzynek Bambo, malowany jakby farbkami plakatowymi  (il. Jolanta Marcolla) czy ilustracje Magdaleny Nowak-Kozieł do Zagadek (Wydawnictwo Aksjomat). Można? 

Można i to jeszcze jak.! Jeden w wydawców masówek dla najmłodszych bardzo dba o oprawę graficzną. To Book House! Przykład poniżej: 



Nie trzeba rezygnować z walorów estetycznych, żeby podać dziecku ilustrację, która jest interesująca i czytelna. Sowa autorstwa Artura Nowickiego jest genialna!
I kolejna sympatyczna seria marketowa, również Wydawnictwo Aksjonat.  Wydało ono serię sześciu książeczek z wierszami Brzechwy i bardzo ciepłymi, dziecięcymi ilustracjami Doriny Maciejewskiej:



Jeśli jednak chodzi o stopień  przystosowania ilustracji do percepcji najmłodszych, to tutaj popisała się Wilga. Serię z ilustracjami Agaty Nowak kupić można głównie w Pepco. Mnie przekonuje ona trochę dziecięcymi, uroczo niezgrabnymi ilustracjami o mocnych konturach i natężeniu kolorów. No i nie ma "ściemy": żaba jest zielona, muchomor czerwony...





Na koniec jeszcze kilka fajnych rozwiązań. Dla dzieci świetnie sprawdza się połączenie ilustracji z fotografią. Szkoda, że nie ma na rynku dużo takich książek jak seria "Maluch poznaje" wydawnictwa Aksjomat:



Kapitalną rzecz wypuściło także bliżej mi nieznane Wydawnictwo Polkart. To obrazkowa książka, najgrubsza ze wszystkich w kolekcji Oli z tego formatu, pokazująca dzieci różnych narodowości. Ilustracje Blanki Jakubowskiej nie zachwycają może jakimś szczególnym smakiem, ale bardzo dobrze oddają szczegóły strojów narodowych na dwudziestu ilustracjach.




Jeśli już jesteśmy przy tym typie wydawnictw, to chciałam pokazać jeszcze dwa przykłady. Tym razem nie o  ilustracje chodzi, jakie by one nie były, dobrze, że takie książki są i są wydawane. "Pogotowie ratunkowe" to  wierszyk autorstwa Wiesława Drabika uczący dzieci wzywać karetkę (Wydawnictwo Skrzat). Nawet przy pobieżnym przeglądaniu książeczki dziecko utrwala numer telefonu. Zalet "Dinusia na drodze" reklamować nie trzeba. W środku znaki drogowe!!!!




A na koniec prawdziwa perełka i jednocześnie ciekawostka Wydawnictwa Muchomor. Książka obrazkowa z wycinankami nawiązującymi do motywów kurpiowskich  łowickich i sannickich:



Kapitalny pomysł. Choć krowa jest czerwona, można odważnym wydawcom wybaczyć, bo o właśnie estetykę tu głównie chodzi! Amen

piątek, 13 września 2013

Aleksander Kościów "Lecą wieloryby"

„Lecą wieloryby” to faktycznie dziwna książka. Przeczytałam kilka recenzji, przejrzałam blogi czytelnicze  zanim, nie bez oporów, sięgnęłam po tę powieść. Po kilku pierwszych stronach wydawało mi się, że znajdę w niej to, czego szukałam po lekturze recenzji z okładki – realizm magiczny. Kiedy jednak główny bohater, Jon, trafił do Peronii – dziwnego miejsca, będącego nieskończonym (w opinii jego mieszkańców) Torowiskiem, a potem akcja książki robiła się coraz bardziej mroczna, niejasna i alogiczna – wiedziałam już, że trafiłam raczej do świata Kafki, niż Marqueza, choć dobre i to, bo takich odważnych i jawnych inspiracji Kafką w literaturze już dzisiaj mało. Niestety za szybko, stanowczo za szybko pojęłam, jaki chwyt konstrukcyjny zastosował Kościów w swojej powieści. Tym bardziej, że już to znałam… w dodatku z książki wydanej w tym samym roku. Z powieści dla młodzieży „Za niebieskimi drzwiami” Marcina Szczygielskiego. Tam również akcja powieści rozgrywa się w podświadomości chłopca, który zapadł w śpiączkę. I w niczym nie pomogła oryginalna wyobraźnia autora. To już dla mnie było w innej książce i koniec… Kościów zaoferował mi więc pusty postkafkowski świat bez zaskoczenia.  Mimo to nie żałuję czasu poświęconego na lekturę tej, bądź co bądź bardzo bogatej w możliwości interpretacyjne książki. Niektórzy dostrzegli w niej nawet elementy powieści inicjacyjnej (gdzie?). Ja troszkę pozachwycałam się soczystymi obrazami wyobraźni (chociażby tą straszną Peronią – chyba już zawsze będę patrzeć inaczej na dworce kolejowe… – czy tytułową sceną przelotu wielorybów).  Z dwóch prób literackiego wniknięcia w umysł człowieka pozostającego w śpiączce bezwzględnie bardziej podobała mi się propozycja Szczygielskiego. U Kościowa za dużo było zagadek, za dużo scen żywcem wziętych z sensacyjnych filmów. Momentami myślałam nawet, że już nie dam rady. Ale dobrnęłam do tytułowego przelotu wielorybów. Czego innym odważnym, którzy sięgną po książkę, również życzę.

środa, 11 września 2013

"Pan Pierdziołka spadł ze stołka"

Ohydna ohyda – chciałoby się powiedzieć o tej książce, a konkretnie o prymitywnych ilustracjach. Ale w tym szaleństwie jest metoda!!! „Pan Pierdzołka spadł ze stołka” to zbiór „powtarzanek i śpiewanek”. Ale nie wszystkich. Tych, które pamiętamy z dzieciństwa my, nasi rodzice a może i dziadkowie. Tych, które stanowią relikty folkloru dziecięcego. W dodatku tych najbanalniejszych, najohydniejszych i najbardziej absurdalnych!!! A przez to najlepiej zapamiętanych, bo dzieci takie okropności przecież bardzo lubią. Pamiętacie babę, co siedzi na cmentarzu i trzyma nogi w kałamarzu? Albo zająca co siedział na kołku (Było morze, w morzu kołek…) albo doktora co był pijany i przykleił się do ściany? Musicie je pamiętać, a nasze dzieci muszą je poznać, bo jak pisałam – to relikty słownego folkloru dziecięcego, tak szlachetnie ocalonego w tej kapitalnej, do bólu kiczowatej i „ohydnej” książeczce. Musiałam, po prostu musiałam kupić Oli to dziwadło!  

sobota, 7 września 2013

Zenon Harasym "Ze starego albumu"


Kolejne wspaniałe wydawnictwo o historii fotografii (drogie! Na okładce widnieje cena… 79 zł, można kupić taniej w księgarniach internetowych) – tym razem produkcja BOSZA. Znowu przypadek niezwykłego połączenia piękna albumowego wydania z wysoką wartością merytoryczną. Zenon Harasym omawia tym razem historię starych fotografii powielanych w dwóch najpopularniejszych naówczas formatach. Ale nie tylko to, zanim bowiem przechodzi do omówienia tematyki tych fotografii, zagadnień ich identyfikacji i konserwacji, przeprowadza czytelników barwnie przez historię najstarszych zakładów fotograficznych. Dużo tu bezcennych informacji o – nazwijmy to – obyczajowości wokół XIX wiecznej fotografii – czyli o tym co, jak i w jakich warunkach utrwalano na materiale światłoczułym. Uwierzcie mi, podobnej porcji wiedzy szukać ze świecą w literaturze przedmiotu (lub, już bez świecy, w starych archiwalnych numerach pism fotograficznych, co łatwym zadaniem nie jest). Harasym scala tę wiedzę, podając ją w pigułce. Jednym słowem oddaje miłośnikom fotografii (nie tylko kolekcjonerom, choć do tych – głównie początkujących– adresowana jest książka) kolejną perełkę. W dodatku w jakiej oprawie… mój Boże, ta książka i wcześniej omawiany poradnik „Stare fotografie”, to jedne z najpiękniejszych książek w moim księgozbiorze. Wszystko tu typograficznie przemyślane, dobrane i oryginalnie wprowadzone. Ciekawostką jest, że tekst znajduje się tylko na nieparzystych stronach, parzyste strony wypełniają wysokiej jakości reprodukcje starych fotografii, rozmieszczone z rozmysłem i bez przepychu. Warto przypomnieć, że BOSZ wydał swego czasu również antologię poezji inspirowanej fotografią „Pisane światłem”. Harasym był jednym ze współtwórców książki. Perełki są więc aż trzy. No – cztery – jeśli dodamy do tego… mój ukochany  „Fotoplastikon” Dehnela. Szkoda tylko, że książki Harasyma zostały wydane w różnych formatach. „Ze starego albumu” koresponduje raczej z przywołaną antologią poezji o fotografii, niż wydanym przez ARKADY poradnikiem „Stare fotografie”.

wtorek, 3 września 2013

Jamse M. Barrie "Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich"


Najpierw dwa słowa wyjaśnienia na temat wydania. Choć tytuł brzmi znajomo, tak naprawdę jest to tłumaczenie „Piotrusia Pana w Ogrodach Kensingtońskich”. A czym jest ta część Piotrusia Pana - nie wiem… Nie znalazłam wyjaśnienia, jak obie części mają się do siebie, Wikipedia pisze o tym tak:
„W 1906 roku fragment The Little White Bird z Piotrusiem jako głównym bohaterem opublikowano pod tytułem Peter Pan in Kensington Gardens (Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich) z ilustracjami Artura Rackhama. Później Barrie zaadaptował sztukę na powieść wydaną w 1911 roku pt. Peter Pan and Wendy.”
Faktem jest,  że „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich ” jest niejako prologiem do znanej wszystkim powieści, rozdzielonym z nią okrutnie i rzadko publikowanym razem. Tytuł książki, którą mam przed sobą również w błąd wprowadza, bo to przecież zupełnie inny tekst, pod tym samym tytułem. Szkoda, że części te są rozdzielane  (ale też tak naprawdę nie wiem dlaczego. Może ktoś wie więcej na ten temat?). Warto przeczytać ten niezwykły prolog zanim pozna się przygody Piotrusia w Nibylandii.
Bo oto tutaj Piotruś Pan nie jest latającym niesfornym chłopcem ubranym w zielone liście ale… siedmiodniowym niemowlęciem, które „przyfrunęło” do Parku Leśnego i które w samej koszulce nocnej trafia na Ptasią Wyspę. Barrie snuje smutną teorię, że wszystkie dzieci były kiedyś ptaszkami zanim się urodziły i to ptaki wysyłają je ludziom jako dzieci. Smutną, bo na przykład jaskółki są duszyczkami zmarłych dzieci, które wracają lepić gniazdka pod swoje okna. Książka opowiada więc o początkach Piotrusia, który jest „ni tym, ni owym” – jak nazywa go jeden z ptaków. Opowiada także o tym, co dzieje się w Leśnym Parku „po dzwonku” – czyli po zamknięciu bram. A to już świat pełen fantastycznych stworzeń i magii. Barrie tworzy przed naszymi oczami cały wspaniały świat elfów, wyposażając go nie tylko w cudne rekwizyty (grzybki jako krzesełka na balu) ale i swoistą „teorię” tego elfiego świata. Książka ma niepowtarzalny klimat, w który warto wejść odważnie i z dziecięcą ufnością, tak jak to czynią spacerowicze w Leśnym Parku. Warto, tylko nie można zapomnieć, że historia Piotrusia Pana to przede wszystkim historia o śmierci. ŚMIERCI DZIECKA. Tak ją odczytałam przy lekturze „Pioturisa Pana i Wendy” i tak ją, po stokroć, odczytałam teraz. Dlatego to bardzo smutna książka. I BARDZO nie dla dzieci.
Nie da się też ukryć, że klimat powieści narzuciły mi (i dobrze, bo to było niezwykłe doświadczenie) ilustracje Artura Rackhama. Znalazłam tę książkę (Wydawnictwo Wrota, Warszawa 1991, Wydanie II) w antykwariacie i kupiłam za grosze, porwana właśnie tymi niezwykłymi ilustracjami, nie wiedząc jeszcze nawet, że są to ilustracje z pierwszego wydania i pierwsze tłumaczenie – Zofii Rogoszówny. O tym JAKIE są, napisać nie umiem, trzeba je zobaczyć, dać się wciągnąć w ten tajemniczy, trochę straszny świat. Widok Piotrusia Pana jako bobaska w nocnej koszuli, siedzącego na drzewie i rozmawiającego z krukiem jest niezapomniany. Warto zapoznać się i z tekstem, i z ilustracjami także dlatego, że rozszerzają nasze postrzeganie kultowej już przecież postaci, tak strasznie zdominowanej przez Disneyowską kreskówkę, na której i ja się wychowałam.

środa, 28 sierpnia 2013

Grażyna Lewandowicz-Nosal "Książki dla najmłodszych. Od zera do trzech. Poradnik"


Bardzo wartościowe opracowanie. Po pierwsze dlatego, że pisane na poły z perspektywy bibliotekarza, na poły po prostu rodzica – co odzwierciedla się w przystępnym języku i bardzo praktycznym podejściu do tematu. Po drugie dlatego, że omawia literaturę często pozostającą poza zainteresowaniem literaturoznawców. Lewandowicz-Nosal wiele uwagi poświęca bowiem budowie i treściom książek obrazkowych dla najmniejszych dzieci – m.in. znanej i popularnej serii Olesiejuka „Obrazki dla malucha” (tej z modelinowymi ilustracjami). Pisze o tym jak powinna wyglądać i jakie wymogi spełniać taka książeczka. Gdyby tak przyjrzeć się księgozbiorowi mojej Oli – okazuje się, że niewiele książeczek stawia tym warunkom czoło. Dlatego opracowanie to jest szczególnie wartościowe dla rodziców – uczula na wiele niuansów. Sama nie miałam dotąd refleksji o tym, że może żaby powinny być jednak zielone, a nie żółte i co z tego wynika… W książce znaleźć można także omówienie najpopularniejszych serii dla najmłodszych (niestety większość to importy zagraniczne) czy też książek, które poruszają konkretne problemy dziecka (przedszkole, rozstanie, zęby, kupa itd…). Na końcu każdego rozdziału autorka wyodrębnia w bibliografii omawiane tytuły, zaś w aneksie umieszcza listy książek polecanych maluszkom. Dużo w tej książce praktycznych rad, dużo wartościowych tytułów. Jednym z nich jest prawie nieznana książeczka „O wędrowaniu przy zasypianiu”. Dla mnie główną wartością opracowania jest to, że autorka apeluje o wzmożenie czujności nad tym co oglądają w książeczkach najmłodsze dzieci. Dużo w tym apelowaniu szacunku dla początkujących czytelników.
A jak jest u Was? Czy faktycznie dokładnie przeglądacie książki obrazkowe zanim podacie je dziecku? Czy sprawdzacie je pod kątem poprawności merytorycznej? Czy myślicie o stopniu kiczowatości ilustracji?  Ja patrzę teraz na księgozbiór Oli i ogarnia mnie przerażenie. Najpiękniejsze, autorskie książki leżą na razie na półce, Ola karmi się natomiast pseudodisneyowskimi wytworami. Czy to źle? Odpowiedź znajdziecie w książce Nosal…

środa, 14 sierpnia 2013

znalezione w książce




Spotkałam się z wieloma, także bardzo dziwnymi znakami własnościowymi w książkach. Staram się je fotografować, jeśli nie mogę "posiąść" książki na własność. Mam już spory zbiór osobliwości. Dopiero teraz jednak trafił mi się podobny exlibris. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że został zrobiony... z ziemniaka. Bez względu na rodzaj produkcji autor książki swe kochać musiał, bo oznaczył podobnym znakiem wiele egzemplarzy, które potem trafiły na bookcrossingowe półki. Niektóre różnią się minimalnie od siebie, co by oznaczało, że naprodukował więcej ziemiankowych ekslibrisów. A może to nie z ziemniaka? Sama nie wiem, ale i tak urocze.

sobota, 10 sierpnia 2013

John Stephens "Szmaragdowy atlas. Księgi początku"


Wszystko jest tu trochę „potterowe”: opuszczone przez rodziców rodzeństwo, nad którym wisi proroctwo, świat ludzi współistniejący ze światem magii, Magnus Straszliwy – daleki kuzyn lorda Voldemorta, tajemniczy doktor Pym, który z pewnością siedział w jednej ławce z Dumbledorem, no i Jazgule – podróbka (wcale nie taka kiepska) Dementorów. Podobieństwa są tak wyraźne, że nie da się tych skojarzeń uniknąć. Ale mimo to John Stephens stworzył kolejny fantastyczny świat, w który warto się zanurzyć. Dużo tu typowych dla tego gatunku schematów powieściowych, lejtmotywów (np. magiczna księga), dużo jednak wspaniałej i godnej podziwu wyobraźni. Ta powieść jest po prostu bardzo dobrze skrojona, napisana z dużym polotem literackim, wyczuciem, subtelnym poczuciem humoru. Nie ma tu dłużyzn, akcja zmienia się na tyle szybko, że nie można oderwać się od przygód Bogu ducha winnego rodzeństwa, które w pewną wigilijną noc zostaje rozdzielone z rodzicami i od tej pory tuła się po sierocińcach. Bohaterowie trafiają do przedziwnego miasteczka, w którym brakuje dzieci, a potem akcja rozkręca się niebywale szybko: magiczna księga, za pomocą której przenoszą się w przeszłość, walka o Wymarłe Miasto, spotkanie z magiczną stroną świata. Autor wykorzystuje bardzo wytarte wydawać by się mogło motywy księgi i podróży w czasie. Czyni to jednak w  oryginalny i interesujący sposób. Bardzo podobały mi się te wędrówki w czasie za pomocą fotografii położonych na atlasie. To co urzekło mnie jednak w tej powieści najbardziej to relacje między kochającym się rodzeństwem – opisane  bardzo subtelnie i jeszcze bardziej prawdziwie. To – podobnie jak Harry Potter – historia o walce dobra ze złem i pokonywaniu własnych słabości. Godna polecenia młodym czytelnikom. Myślę sobie, że Rowling dała światu nie tylko Harrego. Dała schematy i pomysły na kolejne wspaniałe, magiczne światy. To chyba nie do końca takie złe, gdy w kolejnej i kolejnej książce spotykamy kuzynów ulubionego bohatera…

niedziela, 4 sierpnia 2013

Zenon Harasym "Stare fotografie. Poradnik kolekcjonera"

Książka, która łączy piękno albumowego wydawnictwa i wysoką zawartość merytoryczną. Piękno – bo faktycznie zarówno reprodukcje fotografii jak i graficzne „wykończenie” tekstu: skład, rozmieszczenie rozdziałów, ozdobniki są na bardzo wysokim poziomie (no może korekta mogłaby być nieco lepsza). Wysoka zawartość merytoryczna – bo autor w sposób niezwykle uporządkowany, w formie kompendium, podaje czytelnikom wiedzę z zakresu technik fotograficznych, rodzajów fotografii, konserwacji i identyfikacji zbiorów. Wydawnictwo to wypełnia lukę literaturze z zakresu historii fotografii. Z tego co wiem, nie było nigdy wydane podobne kompendium. Choć to adresowane jest przede wszystkim do kolekcjonerów, stanowi gratkę dla miłośników fotografii w ogóle. Są tu oczywiście podstawowe, skrótowe informacje, ale SĄ – a niełatwo o nie w jednej, tak przystępnie i przejrzyście zaprojektowanej książce. Wartościowy jest także aneks, obejmujący m.in. spis ośrodków i instytucji zbierających stare fotografie, bardzo dobrze „zmontowany” spis najważniejszych wydarzeń w historii fotografii i bogata bibliografia. Naprawdę znakomita książka, podająca niemalże na talerzu to czego ze świecą szukać gdzie indziej. Ponieważ zaś jest pisana z perspektywy kolekcjonera, zawiera wiele ciekawostek i precjozów. Autor wyjaśnia dużo zawiłej chemicznej terminologii, a w ostatnim rozdziale hasłowo podsumowuje omówione techniki. Tak jak pisałam – piękno połączone wysoką użytecznością książki (wszak to albumowo wydany, ale jednak poradnik!!!). Jego cena jest bardzo wysoka (choć książkę można nabyć sporo taniej niż u wydawcy, mnie udało się to w jednej z księgarń internetowych). Jaka by jednak nie była, książka jest jej warta!!!!! 

czwartek, 1 sierpnia 2013

Liliana Bardijewska "Księżniczka Koronka i książę Hafcik"


Z takimi „materiałowymi” ilustracjami spotkałam się pierwszy raz u Elżbiey Wasiuczyńskiej. Widziałam nawet „na żywo” jej wyszywane prace do „Mojego pierwszego alfabetu” na wystawie w bibliotece. Potem zobaczyłam prace Ewy Kozyry –Pawlak i zakochałam w nich, choć to już oczywisty bieg rzeczy. Dlatego nie mogłam nie kupić Oli tej przepięknej książeczki, choć po części kupiłam ją do tak naprawdę wspólnych zbiorów. J
Zastanawiam się jak powstało to wydawnictwo. Czy to Liliana Bardijewska zainspirowała się twórczością Kozyry-Pawlak i postanowiła zakląć w słowa te cudne koronkowe światy, czy to ilustratorka odnalazła swój świat wśród dwóch bajkowych królestw – Koronek i Haftów?  Na pewno jeden pomysł pociągnął drugi, bo treść książki i „materia” ilustracji splatają się w niezwykły, oryginalny, niepowtarzalny  i tak nierozerwalny sposób, że czynią tę książkę naprawdę wyjątkową. Ale od początku. Ta cudowna autorska baśń opowiada o dwóch walczących ze sobą królestwach. Ich losy splatają wreszcie ze sobą zakochani w sobie potomkowie władców. Historia tyleż baśniowa, co bardzo typowa. Ale za to JAK napisana. Przeczytajcie początek historii:
Dawno, dawno temu, a nawet jeszcze dawniej, na północ od południa rozciągało się Królestwo Koronek, białe bielutkie, zimne zimniutkie. Królowała w nim królowa Bielissima, calutka cała bielutka biała.
Zaś na południe od północy ciągnęło się wzdłuż i wszerz Królestwo Haftów, ciepłe, cieplutkie, barwne barwniutkie. A królowała  nim królowa Bawrinessa, cała barwniutka, barwna calutka.
No i jak? Czujecie, widzicie? Cała ta baśń jest tak napisana, oddziałuje na zmysł wzroku, dotyku. To językowy majstersztyk, proza pełna wewnętrznych rytmów, powtórzeń, paralelizmów. Ja uwielbiam paralelizmy – zarówno w świecie przedstawionym jak i w konstrukcji tekstu. Uwielbiam tak skrojone teksty – określenie „skrojone” nabiera tu nowego znaczenia J
Materiałowo-dziergane ilustracje również pełne są „graficznych” paralelizmów. Po prostu znakomite. Brakuje mi słów na urodę tej książki, na wirtuozerię słowa i obrazu.

Oleńka dostała ją ode mnie na dzień dziecka. Z życzeniami, aby otaczała się tylko pięknymi książkami. Takimi jak ta.

wtorek, 23 lipca 2013

Athol Furgard "Tsotsi"



Rzadko kiedy, jeśli w ogóle, porównuję książki z ekranizacjami filmowymi, z prostego powodu – nie oglądam filmów. „Tsotsiego” jednak zupełnym przypadkiem obejrzałam i film zapadł mi w pamięć – co też nietypowe dla mnie – na tyle głęboko, że kiedy zobaczyłam w taniej książce powieściowy pierwowzór, kupiłam go bez wahania za całą złotówkę. No i co się okazało? To co zwykle. Słynna oskarowa ekranizacja i wstrząsająca historia murzyńskiego bandziora niewiele mają ze sobą wspólnego. To dwie różne historie różnych osób. Ale od początku. „Tsotsi” to historia mieszkającego w getcie murzyńskim (akcja dzieje się w RPA) przywódcy gangu, który zatarł przed sobą i światem swoją tożsamość i historię. Dziwne wydarzenia w jego życiu (głównie przypadkowe „wejście w posiadanie” niemowlęcia, którego nie chciała własna matka i raczej nie szykowała mu dobrego losu oraz spotkanie z bezdomnym kaleką) sprawiają, że ma odwagę wrócić do swojej przeszłości i odzyskać tożsamość. A to wszystko w realiach niszczonego przez białych getta, w atmosferze beznadziei, rynsztoku, między codziennymi napadami i rabunkami, w których ktoś prawie zawsze traci życie. Jest to więc głęboko inicjacyjna powieść, bardzo metafizyczna i „teologiczna”, choć na pozór do bólu realna. Przypowieść, metafora – zwijcie ją jak chcecie. Ja nie mogłam oderwać się od tych rynsztoków getta; niemowlaka, którego oblazły mrówki; kaleki z dwoma kikutami zamiast nóg i kobiety, która żałowała swojego mleka. Kiedy zaś przeczytałam ostatni akapit, wystrzelony jak z karabinu – krótko i celnie – siedziałam jeszcze DŁUGO bez słowa i oddechu nad tą niezwykłą historią. Bo książka nie kończy się tak jak film… niestety. W ogóle film tylko się jak książka zaczyna. Potem jedno jest zapisem „nawrócenia”, drugie zaś zapisem relacji bandziora z porwanym przypadkowo niemowlęciem. Przyznacie, to duża różnica.
Powieść nie jest napisana łatwym językiem. Choć dużo tu poetyckich porównań, gdzieś pęka ta proza, czy to w dziwnych powtórzeniach, czy niezrozumiałych od razu wtrąceniach. A może to wina tłumaczenia. Tak czy siak siedziałam nad nią jeszcze BARDZO długo po tym jak padły ostatnie zdania (jak napisałam: szybko, celnie i boleśnie). Takich niełatwych, bolesnych i szokujących inicjacji czytelniczych i Wam życzę. Są potrzebne.

sobota, 20 lipca 2013

Maciej Wojtyszko "Bromba i filozofia"


Kolejne B[r]OMBOWE spotkanie z bohaterami Naszej Okolicy. Poważne i filozoficzne – jak na podniosły tytuł przystało. Tym razem bohaterowie znani z „Bromby i innych” spotykają się u siebie wzajemnie i dyskutują BARDZO poważnie na tematy filozoficzne. Prowodyrem rozmów jest skłonna - jak wiadomo - do refleksji Bromba, która zamienia się tu w zadumanego Sokratesa.  Wnioski ze spotkania, już nieco mniej poważnie (choć dla niego pewnie aż zanadto) zapisuje i podsumowuje przesympatyczny bibliotekarz Puć (że też nie znałam go wcześniej!). Bromba i przyjaciele nie wykładają jednak czytelnikom jakiś skomplikowanych doktryn filozoficznych, owszem są tu poważne terminy i poważne pytania, ale przede wszystkim zmuszają nimi do efektywnego i nieszablonowego myślenia. Bardzo sympatyczna lektura dla dzieci obytych z literaturą, otwartych i jak Bromba – skłonnych do refleksji. Fajny tekst wyjściowy do wielu życiowych rozważań. Świetny do wspólnego czytania! Podszyty absurdem a jednocześnie niezwykle logiczny. Pamiętajcie – u Wojtyszki to się nie wyklucza!

sobota, 13 lipca 2013

Lewis Carroll "Przygody Sylvii i Bruna"


Właściwie nieznana książka. A to przecież kolejny Carrollowski świat absurdu! Szkoda że nieznana, choć przyznaję – w wielu partiach może być dla czytelników nieczytelna. Fabuła gdzieś po drodze pęka, rozsadza tę opowiastkę. Trudno w ten świat uwierzyć, choć nie wiem czy wierzyć trzeba, bo status samego narratora jest zgoła niejasny. Świata kochającego się rodzeństwa – Sylwvi i Bruna – też. Sen? Żart? Ale że w książce dominuje wszędobylski absurd – być może te kategorie w ogóle jej nie dotyczą. Jest tu też miejsce na iście gombrowiczowski (Panie Gombrowiczu pan musiałeś Alicję w Krainie Czarów czytać, oj musiałeś…) nastrój. Motyw królestwa i rządów przedstawione  w krzywym zwierciadle, jakby autor obejrzał wcześniej „Iwonę, księżniczkę Burgunda”. Naprawdę! Oni – Gombrowicz i Carroll muszą tam sobie teraz w niebie rozmawiać i nieźle się z nas chichrać. Ale słówko o treści. Sylwia i Bruno mieszkają w zwariowanym królestwie, nad którym panuje miłościwie Opiekun – ich ojciec. Kiedy jednak ten znika w Elflandii, aby tam objąć królestwo, jego brat – Pod-Opiekun – ogłasza się cesarzem i już nie chce panować miłościwie. Nie panuje jednak nad tym królestwem w żaden sposób – jego kondycja psychiczna  - i w ogóle wszystkich bohaterów tej książki – jest bezwzględnie gorsza od kondycji Szalonego Kapelusznika i Marcowego Zająca. „Normalne” pozostają w tym świecie jedynie dzieci, ale to one właśnie wędrują po dziwnych krainach w poszukiwaniu ojca. Jednym słowem książka tyle schematyczna w warstwie fabularnej, co zadziwiająca niejasnym statusem świata, w którym nic nie klei się do siebie. Jeśli myślicie, że Ionesco jest mistrzem absurdu to się gorzko mylicie. Warto przeczytać tę książkę bo cały jej humor opiera się właśnie na absurdalnych dialogach, które występują w przynajmniej trzykrotnie większym natężeniu niż w Alicji. Ale jest jeszcze coś, co urzekło mnie w tej niełatwej przecież i zupełnie nieprzydatnej dzieciom i młodzieży książce. Postać Bruna. W całej jego konstrukcji – dialogach, sposobie myślenia, działania, motywacjach, Carroll wyzyskuje to wszystko co najlepsze w kilkuletnim dziecku. Znakomity portret dziecka (większość najlepszych „Ionescowych” dialogów pochodzi właśnie z tej różnicy postrzegania świata przez dziecko i dorosłego). Hołd dziecięcemu myśleniu. Widać to głównie w zamiłowaniu Bruna do tworzenia nonsensownych bajek, do radosnego zmyślania.
Jednym słowem znakomita literatura absurdu. Czytałam (i pisałam o niej niedawno) biografię Carrolla „Po obu stronach lustra”. Trudno mi było po jej lekturze uwierzyć, że człowiek tak sztywny i konserwatywny mógł napisać moją ukochaną Alicję. Teraz wiem, że ktoś kłamał… albo autor biografii, albo autor Alicji…