sobota, 30 marca 2013

życzenia świąteczne





Na kartce propozycja Wydawnictwa Wilga dla najmłodszych. Plusem jest to, że świąteczna:-)

czwartek, 28 marca 2013

Beata Ostrowicka "Jest taka historia. Opowieść o Januszu Korczaku"


Książka Beaty Ostrowickiej to jedna z kilku (kilkunastu?) propozycji przybliżenia postaci i losów Starego Doktora dzieciom, wydana w Roku Korczakowskim. Tym razem na Janusza Korczaka patrzymy oczami trzecioklasisty – współczesnego dziecka, Jaśka, któremu w czasie choroby opowiada swoją historię prababcia Frania. Można się łatwo domyśleć, że opowiada ją nie po raz pierwszy, i że wrażliwy chłopiec lubi słuchać o pobycie prababci w Domu Sierot. Wyobraża sobie mieszkające tam dzieci, rozmawia z nimi w wyobraźni, zadaje pytania, a przede wszystkim porównuje metody wychowania we współczesnej szkole z tymi, które proponował Korczak. I to jest główna zaleta tej książki. Autorka nie koncentruje się na martyrologii, wbrew tytułowi nie opowiada też historii Korczaka, przedstawia natomiast zasady, jakie panowały w Domu Sierot: wymiany, zakłady, gazetki, itd. – pozwalając skonfrontować te pomysły z myśleniem współczesnego dziecka. Dobrze, że takie książki powstają i że jest „na czym” przybliżyć dziecku postać Korczaka. Lektura książki Ostrowickiej jest też dobrą okazją do rozmowy o współczesnej szkole – może się okazać, że nawet trzecioklasiści mają dużo refleksji o jej funkcjonowaniu. Mój Boże, dlaczego pedagodzy nie czerpią z Korczaka? Książkę uzupełniają ciepłe, bardzo „dziecięce ilustracje” i kilka fotografii „Panadoktora”.

sobota, 16 marca 2013

Jacek Dehnel "Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu"


Pisałam już kiedyś, że jestem ortodoksyjną  miłośniczką tego wszystkiego co wyszło spod pióra Dehnela, a jego samego uważam moją czytelniczą intuicją za jednego z najlepszych pisarzy współczesnych. Teraz zostałam przez niego obdarowana książką o książkach. Dlaczego ja? A czyż na okładce nie jest napisane: „Pierwszą wizytę w czyimś domu zaczynają od przejrzenia księgozbioru. Jeśli nie mają przed oczami książki czy gazety, intensywnie czytają szyldy albo napisy na etykietkach. Lubią się grzebać nie tylko w dziełach znanych i popularnych, ale i w tomikach grafomanów, w prospektach reklamowych sprzed stu lat i w innych szpargałach. Książki – ich pisanie, czytanie, pożyczanie, zbieranie, opowiadanie o nich, cytowanie ich, składowanie i tym podobne – stanowią istotną część ich życia. Jestem jednym z nich. I to dla nich, czyli dla nas, napisałem Młodszego księgowego”. A więc i dla mnie. Czy może być większa radość niż kupić zbiór felietonów ulubionego pisarza poruszających okołoksiążkowe i książkowe tematy? Bo „Młodszy księgowy”  (swoją drogą – znakomity tytuł)  to takie silva rerum dla bibliofilów i zachłannych czytelników.  Ale nie tylko – bo spektrum tematów jest niezwykle szerokie (sprytnie podzielone tematycznie na rozdziały) – od literatury postsmoleńskiej i liternetu, przez zepsute laptopy, znaki własnościowe w książkach, po analizę „Piotrusia Pana” jako gejowskiej książki dla dzieci (naprawdę!!!!), a pomiędzy tym szereg luźnych tematów, wszystko okraszone doświadczeniami autora (np. ze spotkań autorskich) i jego osobistymi lekturami. Ceniłam Dehnela za to niezwykłe panowanie nad językiem, za kunszt słowa, wreszcie za ogromną wiedzę z zakresu fotografii - teraz uważam go za geniusza. Za tymi felietonami kryje się nieprawdopodobny ogrom wiedzy i pochłoniętych książek. Nieprawdopodobny!!!!!!!!! On ma dopiero 30 lat! Nie mówiąc już o tym, że to najlepszy zbiór felietonów jaki czytałam. Anne Fadiman (którą zresztą chwali) może się schować ze swoim „Ex librisem”. Nie jestem być może obiektywna: raz że dostałam do ręki książkę o książkach mojego ukochanego pisarza, dwa: nie przeszkadzała mi wcale ta gejowska interpretacja „Piotrusia Pana” i krytyka postdisneyowskich ilustracji w książkach dla dzieci (nawet jeśli podświadomie się z nią nie zgadzam i jeśli myślę sobie: oj gdyby miał pan dziecko…). Tak czy siak zostałam zaproszona na niezwykłą literacką ucztę. Na „intelektualną imprezę” (kto czytał ten będzie wiedział, dlaczego w cudzysłowie). 
To właśnie jest intelektualna impreza Panie Jacku – z rana zanim obudzi się dziecko, po kryjomu gdy bawi się klockami, kiedy zasypia i kiedy śpią już wszyscy, a ja ledwo widzę na oczy, ale oderwać się od „ Młodszego księgowego” nie mogę – to była moja literacka, intelektualna uczta! DZIĘKUJĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

poniedziałek, 11 marca 2013

kontrastowe książeczki dla niemowląt



Wydawnictwo Wilga wypuściło serię kontrastowych książeczek dla NAPRAWDĘ najmłodszych "czytelników". I chwala im za to, bo kiedy kilka miesięcy temu szukałam podobnych wydawnictw dla Oleńki, nic nie mogłam znaleść i maleństwo musiało się zadowolić paskami na mojej bluzce (hit!) i  książkopodobnymi samorobami mamy. Teraz są. Tylko kupować i "przysposabiać". To naprawdę świetny pomysł!

wtorek, 5 marca 2013

Bruno Bettelheim "Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni"


„Baśnie to czarodziejskie zwierciadła ukazujące różne zjawiska naszego świata wewnętrznego oraz fazy rozwojowe, jakie musimy przejść, aby osiągnąć dojrzałość. Gdy zanurzymy się w znaczenia baśniowe, wydadzą one nam się najpierw spokojną tonią, w której obija się tylko nasza twarz. Wkrótce jednak odkryjemy, że w głębi widać wewnętrzne wiry naszego życia psychicznego, a także obrazy tego w jaki sposób osiągnąć pokój z sobą samym i ze światem zewnętrznym, pokój, który nagrodzi nasze trudy”. No właśnie. O tym jest ta obszerna (ponad 500 stron) rozprawa psychoanalityka dziecięcego Brunona Bettelheima. Rozprawa często przywoływana i cytowana przez historyków literatury dziecięcej. Właśnie dlatego trafiła w moje ręce i właśnie dlatego czytało mi się ją bardzo dziwnie, bo przyzwyczajona jestem do analizy historycznoliterackiej, a tu zupełnie nowe ujęcie. Nie jest to też książka, którą można przeczytać jednym tchem. Trzeba robić przerwy na oddech i najlepiej na lekturę tekstów przywoływanych baśni. Trochę ciężka, ale fascynująca książka. Dowiedziałam się z niej bardzo dużo przede wszystkim o psychicznym rozwoju dziecka. Warto więc, by czytali ją rodzice. Sama teoria baśni ludowych (bo autor omawia baśnie ludowe, nie literackie) jako „elementarzy, z których dziecko uczy się czytać we własnym umyśle” budzi we mnie sprzeczne i mieszane uczucia. Ile w tym sztucznego naciągania symboli i motywów – nie wiadomo. Wiadomo, że mimo to warto przebrnąć przez ten opasły tom, wszak na polonistyce o psychoanalizie mówi się co nieco, a i książka zmusza do myślenia i do refleksji nad tym co czytamy naszym dzieciom.

piątek, 1 marca 2013

Jose Mauro de Vasconcelos "Moje drzewko pomarańczowe"


Zeze, pięcioletni bohater książki, to trochę kuzyn Pippi (nieprawdopodobna wyobraźnia) i Emila ze Smalandii (ciężka do pokonania skłonność do psot). Trochę  - bo w przeciwieństwie do Pippi posiada liczną rodzinę i w przeciwieństwie do Emila – nie jest przez nią za dobrze traktowany. Jego historię można oczywiście traktować jako studium maltretowanego dziecka, choć ja bym tak bardzo tego aspektu nie akcentowała. Odniosłam wrażenie, że uboga do granic rodzina traktuje go tak, bo… inaczej nie potrafi. Dużo ambiwalencji jest w stosunku matki i rodzeństwa do Zeze. Jest tu też miejsce na odruchy miłości, choć ciężko o nie w takim strasznym ubóstwie i rozpaczy. I chociaż historia osadzona jest w społeczno-ekonomicznych realiach Brazylii, tak naprawdę Zeze mógłby być Zenkiem czy każdym innym europejskim dzieciakiem. Przede wszystkim jest on jednak kolejnym literackim odmieńcem (Boże jak ja uwielbiam takie postacie, jak ja ich w literaturze szukam!!!) , dzieckiem przedwcześnie rozwiniętym, także emocjonalnie, obdarzonym niecodzienną wyobraźnią. Dowodem tego są np. długie rozmowy z ukochanym drzewkiem pomarańczowym. Dowodem jest stosunek do najmłodszego braciszka.  Zeze między jednym a drugim laniem chwyta się jak tonący brzytwy wszelkich odruchów człowieczeństwa i ciepła ze strony otaczającego świata. Najgorsze jest to, że wcale tą postawą nie wygrywa…
Ogromną wartością książki, a jednocześnie wyrazem rosnącej – i dobrze – tendencji w literaturze dla dzieci do podobnej narracji, jest narracja dziecięca. Widzimy świat oczami Zeze, poznajemy go w wyimaginowanych dialogach (tak, dialogach, nie monologach) z pomarańczowym drzewkiem. Autor znakomicie oddaje zapis świadomości pięciolatka, razem z charakterystycznym językiem, nieunikającym kolokwializmów. To znakomite studium myślenia dziecka. Naprawdę znakomite. Choć powieść rekomenduje fundacja „ Cała Polska czyta dzieciom” i choć została wydana w jej serii z adresatem „od 12 lat”, tak naprawdę powinni ją przeczytać przede wszystkim dorośli. Nie bardzo wiem co może z powieści wynieść nastolatek, poza dominującym smutkiem.  Bo chociaż powieść pełna jest humoru, kończy się przecież bardzo smutno. Kończy się podobnie dołująco jak „Most do Terabithii”. Nie wiem jak Wy, ja pamiętam z tej powieści jedynie straszliwy smutek głównego bohatera (i mój) po stracie przyjaciółki. „Moje drzewko pomarańczowe” nie daje ani ukojenia, ani  pocieszenia. Nie daje dobrego rozwiązania, w ogóle niczego nie rozwiązuje… Nawet jedno zdanie nie wskazuje na to, że Zeze w nowym środowisku po przeprowadzce do innego domu zazna ciepła i pozna na swojej drodze ciepłych ludzi.  Wręcz przeciwnie – to książka o przedwcześnie i tragicznie utraconym dzieciństwie. Tym straszniejsze, że utraconym z winy najbliższych i utraconym przez pięciolatka…