piątek, 1 marca 2013

Jose Mauro de Vasconcelos "Moje drzewko pomarańczowe"


Zeze, pięcioletni bohater książki, to trochę kuzyn Pippi (nieprawdopodobna wyobraźnia) i Emila ze Smalandii (ciężka do pokonania skłonność do psot). Trochę  - bo w przeciwieństwie do Pippi posiada liczną rodzinę i w przeciwieństwie do Emila – nie jest przez nią za dobrze traktowany. Jego historię można oczywiście traktować jako studium maltretowanego dziecka, choć ja bym tak bardzo tego aspektu nie akcentowała. Odniosłam wrażenie, że uboga do granic rodzina traktuje go tak, bo… inaczej nie potrafi. Dużo ambiwalencji jest w stosunku matki i rodzeństwa do Zeze. Jest tu też miejsce na odruchy miłości, choć ciężko o nie w takim strasznym ubóstwie i rozpaczy. I chociaż historia osadzona jest w społeczno-ekonomicznych realiach Brazylii, tak naprawdę Zeze mógłby być Zenkiem czy każdym innym europejskim dzieciakiem. Przede wszystkim jest on jednak kolejnym literackim odmieńcem (Boże jak ja uwielbiam takie postacie, jak ja ich w literaturze szukam!!!) , dzieckiem przedwcześnie rozwiniętym, także emocjonalnie, obdarzonym niecodzienną wyobraźnią. Dowodem tego są np. długie rozmowy z ukochanym drzewkiem pomarańczowym. Dowodem jest stosunek do najmłodszego braciszka.  Zeze między jednym a drugim laniem chwyta się jak tonący brzytwy wszelkich odruchów człowieczeństwa i ciepła ze strony otaczającego świata. Najgorsze jest to, że wcale tą postawą nie wygrywa…
Ogromną wartością książki, a jednocześnie wyrazem rosnącej – i dobrze – tendencji w literaturze dla dzieci do podobnej narracji, jest narracja dziecięca. Widzimy świat oczami Zeze, poznajemy go w wyimaginowanych dialogach (tak, dialogach, nie monologach) z pomarańczowym drzewkiem. Autor znakomicie oddaje zapis świadomości pięciolatka, razem z charakterystycznym językiem, nieunikającym kolokwializmów. To znakomite studium myślenia dziecka. Naprawdę znakomite. Choć powieść rekomenduje fundacja „ Cała Polska czyta dzieciom” i choć została wydana w jej serii z adresatem „od 12 lat”, tak naprawdę powinni ją przeczytać przede wszystkim dorośli. Nie bardzo wiem co może z powieści wynieść nastolatek, poza dominującym smutkiem.  Bo chociaż powieść pełna jest humoru, kończy się przecież bardzo smutno. Kończy się podobnie dołująco jak „Most do Terabithii”. Nie wiem jak Wy, ja pamiętam z tej powieści jedynie straszliwy smutek głównego bohatera (i mój) po stracie przyjaciółki. „Moje drzewko pomarańczowe” nie daje ani ukojenia, ani  pocieszenia. Nie daje dobrego rozwiązania, w ogóle niczego nie rozwiązuje… Nawet jedno zdanie nie wskazuje na to, że Zeze w nowym środowisku po przeprowadzce do innego domu zazna ciepła i pozna na swojej drodze ciepłych ludzi.  Wręcz przeciwnie – to książka o przedwcześnie i tragicznie utraconym dzieciństwie. Tym straszniejsze, że utraconym z winy najbliższych i utraconym przez pięciolatka…

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz