poniedziałek, 22 kwietnia 2013

konsumpcyjna Kraina Czarów


Nie jest ważne, że to raczej filmowy Kapelusznik i Królowa Kier. Ważne że są karty, szachownica a nawet królik. I że Krainę Czarów można spotkać zupełnie niespodziewanie nawet w handlowym molochu:-) 

piątek, 19 kwietnia 2013

Janusz Korczak "Jak kochać dziecko"


Książka Korczaka nie jest wydana tak, jak współczesne poradniki dla rodziców pisane przez samozwańcze supernianie (co nie znaczy że nie podobają mi się szaty graficzne tych poradników, cykl Pawła Zawitkowskiego „Mamo, tato, co ty na to” okraszony jest na przykład kapitalnymi, humorystycznymi fotografiami) i pewnie nigdy się takiego wydania nie doczeka. Zresztą to, które wypożyczyłam ze swojej biblioteki jest – Bogu dzięki – przede wszystkim „zaczytane”. Prawda jest też taka, że wszystkie supernianie obojga płci mogą się po prostu schować ze swoimi superśrodkami na wychowanie dzieci, którymi tak bardzo manipulują dorosłych. „Chcę, by zrozumiano, że żadna książka, żaden lekarz nie zastąpią własnej, czynnej myśli, własnego, uważnego spostrzegania” – pisze Stary Doktor i szczerze mówiąc nie może on wyświadczyć większej przysługi współczesnym rodzicom XXI wieku, stłamszonym i zaszczutym przez „ekspertów” od ich własnych dzieci.
Choć w wielu momentach rozprawa Korczaka jest nieco nieaktualna (ale jedynie w ocenie warstw społecznych i środowiska dziecka – realia zmieniły się, to zrozumiałe. Jednym z przykładów jest omówienie „prawa dziecka do... śmierci”. Jeszcze wtedy, gdy to pisał, nie wiedział co czeka jego Dom Sierot, a jednak dzieci umierały wtedy znacznie częściej), to jednak przede wszystkim poraża prawdą o dziecku i rodzicach. Właśnie rodzicach! Kiedy czytałam fragmenty o czasie niemowlęctwa – myślałam: mój Boże, to o mnie. Bo Korczak spokojnie ale stanowczo pisze o niewygodnych prawdach.  O tym co rodzice wyprawiają w tym swoim macierzyństwie, a do czego się wstydzą przyznać. Książka Korczaka to nie podręcznik z dobrymi radami, to 116 przykazań (z tylu krótkich, tytułowanych rozdziałów się składa) do których możemy, nie musimy się odnosić. Korczak niczego nie narzuca, nie manipuluje, chce tylko, aby przez chwilę go posłuchać, a swoje refleksje opiera na nieprawdopodobnie dogłębnej, wieloletniej obserwacji dziecięcej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak każe zaufać swojej intuicji, nie książkom i podręcznikom. Swojej intuicji. O mądrych książkach pisze, że mówią prawdę o wszystkich dzieciach, tylko kłamią w przypadku naszego. Genialna lektura genialnego pedagoga. Ja skoncentrowałam się akurat na tym co pisze o wieku niemowlęctwa, ale Stary Doktor prowadzi czytelników przez wszystkie okresy rozwoju dziecka. Z nieprawdopodobnym szacunkiem dla tego rozwoju. Niespotykanym dzisiaj, bo we współczesnych czasach wszystko winne być idealne i dać się wcisnąć w reguły. Nie tędy droga…
Trzeba tylko przyznać, że nie czyta się tego łatwo. Korczak posługuje się dziwną składnią (naprawdę dziwną, momentami miałam wrażenie, że na granicy poprawności), poetyckim językiem, urywanymi myślami. Z drugiej strony stanowi to o jakiejś niepowtarzalności Jego języka, choć odbioru na pewno nie ułatwia. Nie jest łatwo przeczytać tę książkę, ale naprawdę warto ponieść trud lektury.  

sobota, 13 kwietnia 2013

Liliana Bardijewska "Ratatuj"


„Ratatuj” to przede wszystkim książka… dziwna. W swoim klimacie, konstrukcji bohaterów, rozwiązaniu fabuły i swoistym autotematyzmie. Trochę na pograniczu absurdu – choć ten głównie objawia się w postrzeganiu świata przez bohaterów. Jednocześnie jest to opowieść pełna literackich i kulturowych odniesień. Dziwni bohaterowie – Drożdżek, Ratatuj, Hmm, bliźniacy: Długoniuszek  i  Wielkouszek – (nie pytajcie do jakiego gatunku należą, nie wie tego chyba sama autorka – ale to akurat jest fajne i pobudza wyobraźnię małych czytelników), żyją sobie beztrosko w małej bajkowej arkadii – Lesie i Srebrnym Zagajniku (tak, tak, trochę na wzór Stumilowego Lasu, skojarzeń ze światem A.A. Milne jest zresztą więcej, także konstrukcja bohaterów, sposób ich myślenia przypomina nieco ożywione zabawki Krzysia, choć jednocześnie ciężko dla mieszkańców Srebrnego Zagajnika znaleźć jakieś konkretne odniesienie w literaturze, są tacy odmienni od wszystkiego bajkowego). Interesujący jest głównie Ratatuj – stworek (królik???), który nie może się niepokoić, inaczej jego niepokój materializuje się w postaci zmiany kształtu, np. trzeciego ucha czy dziobu (tu delikatny walor terapeutyczny tego dziwnego tekstu). Choć nie powiem - Drożdżek i jego kolekcja ołówków oraz Hmm i jej słabość do jesiennych kolorów to również ciekawe pomysły autorki. Kolejnym pomysłem godnym uwagi jest motyw księgi – Kroniki Jednego Dnia – spisanej przez kronikarza rodu Wielko i Długo. Kronika opowiada o jednym dniu i jednej przygodzie z życia potomków. Spisana jest w czasie przyszłym, który dokonuje się akurat tego dnia, kiedy Drożdżek ją odnajduje. Nie może on jednak przeczytać więcej, niż już się wydarzyło, bowiem litery pojawiają się wraz z czytaniem. Nie przypomina Wam to czegoś? – No pewnie „Niekończąca się historia”! Oczywiście dużo tu różnic i trudno beztrosko porównać te dwa motywy, ale odnajdywanie ich zawsze cieszy! Interesujący jest też swoisty autotematyzm tej bajki – opowieść niejako tworzy się na naszych oczach. Jak? Przeczytajcie, jeśli macie ochotę. Jest tu trochę dłużyzn, ale kto pokochał swoiste postrzeganie świata głupiutkiego misia - Kubusia Puchatka i jego kompanii, kto lubi biblioteki w starym dębie, ten jest w Srebrnym Zagajniku na pewno mile widziany.

sobota, 6 kwietnia 2013

David Toscana "Ostatni czytelnik"


Ta powieść meksykańskiego pisarza chyba nie przypadła blogowiczom specjalnie do gustu, bo czytałam kilka naprawdę niepochlebnych recenzji. Czytałam, że ją męczyli, że nic wartościowego, że niezrozumiała, że bełkot. Ale o gustach się nie dyskutuje a i dobrze, że takie istnieją i że są tak bardzo różne. Bo dla mnie ta powieść  jest genialna. Pochłonęłam ją właściwie jednym tchem, choć nie jest to przecież rzecz do czytania szybkiego i przyjemnego. Ale od początku.
W zapadłym, trawionym przez suszę i karaluchy, trochę mitycznym – ( a la Macondo  choć porównanie dość luźne) – meksykańskim miasteczku jeden z bohaterów, Remigio, znajduje w swojej studni zwłoki dorastającej dziewczynki. I choć akcja książki koncentruje się wokół tego faktu, to jednak głównym bohaterem powieści jest ojciec Remigia – Lucio, miejscowy bibliotekarz. Należy dodać: mocno sfiksowany  i trochę demoniczny: strażnik samego książkowego piekła. Przeprowadza on bowiem selekcję czytanych książek wrzucając je do jednego z pomieszczeń na pożarcie głodnym insektom. Jakie jest kryterium tej selekcji – opisać nie sposób, zresztą sensu większego nie ma, bo właśnie ma tym (nie na nikłej fabule sensu stricte) opiera się ta książka. Pod tym względem postawiłabym ją obok „Dafne znikającej” Somozy – obie są tak naprawdę rozprawą o prawach literackich światów, o płynności życia i fikcji.  Lucio – bibliotekarz stojący na straży nikomu niepotrzebnego  księgozbioru (w miasteczku nikt nie czyta, biblioteka zostaje zamknięta, a on sam pozbawiony pensji) myli literaturę z życiem a życie z literaturą. TO właśnie – nie wątek znalezionej w studni dziewczynki  – jest treścią tej przedziwnej książki.
Dacie wiarę, że w powieści nie ma żadnego akapitu, żadnego podziału na dialogi, wszystko jest napisane jednym ciągiem? Tak, to przypomina bełkot, to JEST bełkot – ale w tym szaleństwie jest też metoda. Musicie uwierzyć, że czyta się to ciężko tylko na początku, taki układ zaś graficznie podkreśla jeszcze bardziej tę płynność między prawdą a fikcją. Tytuły i bohaterowie przeczytanych książek mieszają się tu z żywymi mieszkańcami zapadłego miasteczka. Słowo jest czynnikiem sprawczym, nie życie. Znakomicie pomyślane, naprawdę znakomicie….
Nie wszystkie wątki zrozumiałam, momentami ten metodyczny „bełkot” mnie przerósł, ale nie żałuję czasu spędzonego w przedziwnym meksykańskim mieście, gdzie czytanie staje się niebezpieczne. To książka o książkach, to literacki traktat o funkcjonowaniu literatury, o jej tworzeniu i jej celu. Warto było też spotkać się ze sfiksowanym bibliotekarzem, który z czytanych książek uczynił życie… Który tak dokładnie wszystko pomieszał, że Oskar Wilde mógłby się ze swoją teatralizacją życia mocno zdziwić!