sobota, 6 kwietnia 2013

David Toscana "Ostatni czytelnik"


Ta powieść meksykańskiego pisarza chyba nie przypadła blogowiczom specjalnie do gustu, bo czytałam kilka naprawdę niepochlebnych recenzji. Czytałam, że ją męczyli, że nic wartościowego, że niezrozumiała, że bełkot. Ale o gustach się nie dyskutuje a i dobrze, że takie istnieją i że są tak bardzo różne. Bo dla mnie ta powieść  jest genialna. Pochłonęłam ją właściwie jednym tchem, choć nie jest to przecież rzecz do czytania szybkiego i przyjemnego. Ale od początku.
W zapadłym, trawionym przez suszę i karaluchy, trochę mitycznym – ( a la Macondo  choć porównanie dość luźne) – meksykańskim miasteczku jeden z bohaterów, Remigio, znajduje w swojej studni zwłoki dorastającej dziewczynki. I choć akcja książki koncentruje się wokół tego faktu, to jednak głównym bohaterem powieści jest ojciec Remigia – Lucio, miejscowy bibliotekarz. Należy dodać: mocno sfiksowany  i trochę demoniczny: strażnik samego książkowego piekła. Przeprowadza on bowiem selekcję czytanych książek wrzucając je do jednego z pomieszczeń na pożarcie głodnym insektom. Jakie jest kryterium tej selekcji – opisać nie sposób, zresztą sensu większego nie ma, bo właśnie ma tym (nie na nikłej fabule sensu stricte) opiera się ta książka. Pod tym względem postawiłabym ją obok „Dafne znikającej” Somozy – obie są tak naprawdę rozprawą o prawach literackich światów, o płynności życia i fikcji.  Lucio – bibliotekarz stojący na straży nikomu niepotrzebnego  księgozbioru (w miasteczku nikt nie czyta, biblioteka zostaje zamknięta, a on sam pozbawiony pensji) myli literaturę z życiem a życie z literaturą. TO właśnie – nie wątek znalezionej w studni dziewczynki  – jest treścią tej przedziwnej książki.
Dacie wiarę, że w powieści nie ma żadnego akapitu, żadnego podziału na dialogi, wszystko jest napisane jednym ciągiem? Tak, to przypomina bełkot, to JEST bełkot – ale w tym szaleństwie jest też metoda. Musicie uwierzyć, że czyta się to ciężko tylko na początku, taki układ zaś graficznie podkreśla jeszcze bardziej tę płynność między prawdą a fikcją. Tytuły i bohaterowie przeczytanych książek mieszają się tu z żywymi mieszkańcami zapadłego miasteczka. Słowo jest czynnikiem sprawczym, nie życie. Znakomicie pomyślane, naprawdę znakomicie….
Nie wszystkie wątki zrozumiałam, momentami ten metodyczny „bełkot” mnie przerósł, ale nie żałuję czasu spędzonego w przedziwnym meksykańskim mieście, gdzie czytanie staje się niebezpieczne. To książka o książkach, to literacki traktat o funkcjonowaniu literatury, o jej tworzeniu i jej celu. Warto było też spotkać się ze sfiksowanym bibliotekarzem, który z czytanych książek uczynił życie… Który tak dokładnie wszystko pomieszał, że Oskar Wilde mógłby się ze swoją teatralizacją życia mocno zdziwić!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz