poniedziałek, 27 maja 2013

Kilka "dyskontowych" propozycji dla malucha

Moja Ola jest już ponad rocznym, wytrawnym i wysmakowanym w książce dziecięcej "czytelnikiem" (choć równie często "czyta" słownik polsko-łaciński, czego już zrozumieć w stanie nie jestem), a ja "specjalistą" od literatury dla najmłodszych. Wiem już np., że pięćdziesiąte czytanie na głos tego samego dnia "Lokomotywy" czy "Małpy w kąpieli" nie jest niczym odbiegającym od normy, a przy pięćdziesiątym pierwszym zaczyna to nawet czytającemu sprawiać radość:-) Bo dobrą literaturę mierzy się u dziecka ilością odczytań na dzień:-) Tuwim i Fredro królują:-)
Z  ogromu książeczek dla maluszków chciałabym podzielić się trzema propozycjami, które wydają się w tym zalewie kolorowych, kiczowatych książeczek wartościowe i oryginalne. Moje dziecko szczególnie upodobało sobie serię Aksjomatu:
W książeczkach pełno jest wyraźnych, czytelnych zdjęć różnych przedmiotów, ale bez przeładowania i rozmieszczone tak, że percepcja rocznego malucha z łatwością uczy się porządkowania świata, rozpoznawania kształtów i przedmiotów. Przemyślana, niezwykle pomocna seria, polecam gorąco! Oli się nie nudzi, a to ona jest tu przecież wyrocznią.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z propozycją Olesiejuka:
Tu jest już MEGA przeładowanie. Ale w tym szaleństwie jest i metoda. Ola narazie nie zainteresowała się szczególnie tą propozycją, bo jest po prostu za mała. Lada moment będzie jednak z radością porządkowała ten chaos i szukała podobnych do siebie zwierząt. Sam pomysł fajny i warty uwagi.

Również Olesiejuk wypuścił na rynek książki-pacynki:

Znane Wam zapewne z widzenia, bo walały się w mniejszym lub większym bałaganie w Biedronkach, za 8 zł bodajże. Książeczki te nie tylko mają fajną treść (każde zwierzątko kończy swoje przygody w ramionach mamusi), zrywają z kiczem współczesnych dyskontowych książeczek, proponując kanciaste, bliższe ilustracji dziecięcej obrazki, no i przede wszystkim są milusimi pacynkami, dającymi nieograniczone możliwości zabawy.  

Lubię penetrować hipermarkety w poszukiwaniu fajnych propozycji dla Oli. Polecam takie praktyki:-)

piątek, 24 maja 2013

konsumpcyjna Kraina Czarów raz jeszcze

Ten sam moloch handlowy co poprzednio. Chciałam spokojnie poprzeglądać książki w Empiku, a trafiłam na imprezę zwaną Noc Zakupów. I taką oto scenę. A na niej: zegar, karty, ogromny imbryk, filiżanka i grzyby (nie wiedzieć tylko czemu dwa i czemu muchomory - wszak Pan Gąsienica na muchomorze nie siedział a i Alicja jadła grzyba z powodzeniem i bez narażania życia). Wszystko to monstrualnych rozmiarów i godnie oświetlone. A więc znów Kraina Czarów w konsumpcyjnym świecie, nad którym Lewis Carroll załamałby ręce. To jednak moje czasy i zawsze to miło:-)
Zdjęcie niestety z komórki, ale widać co trzeba:-)

poniedziałek, 13 maja 2013

Donald Thomas "Lewis Carroll po obu stronach lustra"


Trzeba rozgraniczyć dwie sprawy. Jeśli lubicie czytać biografie jako gatunek – ta nie jest najlepiej napisana. Dziwna jest selekcja faktów, autor rozwodzi się na przykład przez kilkanaście stron niemalże nad strukturą jakiegoś klubu dżentelmenów i sposobie nabywania przez członków win, co nic do sprawy nie wnosi a nudzi czytelnika okropnie. Alicję Liddell – czyli to na co każdy czytelnik czeka - traktuje marginalnie, jednocześnie jednak widać, że niejasne upodobania Carrolla mocno go fascynują. Niby nie chce sensacji, ale cała książka wydaje się potwierdzeniem tego, co dzisiejszy świat chciałby usłyszeć, bo rzeczami takimi się karmi. A wszystko to napisane jest topornie i nieskładnie. Niby na szerokim tle epoki, a tak naprawdę „od rzeczy”. Nieudana książka – jeśli chodzi o gatunek.
Ale prawda jest też taka, że ci, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o Carrollu, powinni ją przeczytać. Jest to bowiem portret człowieka tak bardzo pełnego sprzeczności, że aż trudno uwierzyć, że to on właśnie stworzył moją ukochaną Alicję… Zgorzkniały, pełen dziwnych manii i źle pojętej pruderii. Doigrałam się jednym słowem. Szukajcie a znajdziecie… Szukałam więc informacji o Carrollu, a teraz mam mętlik w głowie i Kraina Czarów nie jest już tak beztroska. Najgorsze jest to, że portret Dodgsona nakreślony faktami zebranymi przez autora jest dramatycznie inny od tego, który zapamiętałam z lektury powieści „Alicja w krainie rzeczywistości” Melanie Benjamin. http://www.ksiegogrod.blogspot.com/2012/11/melanie-benjamin-alicja-w-krainie.html
Chciałabym bardzo aby powrócił do mnie czar tamtej postaci ale to już chyba niemożliwe. I Kraina Czarów jest inna odkąd wiem, z jakiego świata została stworzona. Czasami lepiej nie rozkładać ukochanych lektur na czynniki pierwsze. Ale czytajcie, czytajcie, jeśli chcecie wiedzieć więcej. Tylko nie narzekajcie potem, że do Krainy Czarów nie pasuje już żaden kluczyk…

wtorek, 7 maja 2013

"Alicja w Krainie Czarów" raz jeszcze


Książka znalazła się w moich zbiorach za względu na tłumaczenie, którego jeszcze nie czytałam. Wydawcy skorzystali z jednego fajnego rozwiązania – oczywiście wcale nie oryginalnego i wykorzystywanego przecież, acz nieczęsto. Pierwsza część przygód Alicji otwiera się normalnie, druga zaś po przekręceniu książki „do góry nogami”, a okładki obu korespondują ze sobą. Układ taki nadaje pewną nową jakość samemu tekstowi – przypomina wszak karciane odbicie, a jaką rolę spełniają karty w świecie Alicji przypominać nie trzebaJ.  Nawet grzbiet książki przywodzi na myśl budowę karty do gry. I to tyle w kwestii oryginalności tego wydania, wszak ilustracje, jakkolwiek bogate w szczegóły, są po prostu… ohydne. Nie o ilustracje się jednak rozchodzi, ale o przekład Tomasza Misiaka. Za każdym razem kiedy czytam Alicję w kolejnym odnalezionym przeze mnie tłumaczeniu, doświadczam wrażenia, jakbym czytała nową książkę. Owszem zasadnicza treść pozostaje ta sama, jednak inwencja twórcza tłumaczy (a czasami jej brak) robi z tego tekstu kolejną, i kolejną, i kolejną nową jakość. Nie znam oryginału Alicji a po lekturze w kilku tłumaczeniach tym bardziej nie mam pojęcia jak najbardziej absurdalne dialogi – właśnie te, które stanowią o wartości tekstu – brzmią w oryginale.
Tłumaczenie Misiaka wydaje mi się udane. Porównywałam go sobie, tak po prostu, dla rozrywki, z tłumaczeniem Elżbiety Tabakowskiej i w moim odczuciu w wielu momentach Misiak znacznie lepiej wykorzystał możliwości naszego POLSKIEGO języka w tworzeniu tego niesamowitego ANGIELSKIEGO świata czarów i absurdów.
Podać przykład?
Propozycja chwalonego tłumaczenia Elżbiety Tabakowskiej:
To dlatego – zaczął Gryf – że uparły się [halibuty], żeby iść tańczyć z homarami. Wobec tego wrzucono je do morza. Wobec tego musiały daleko lecieć. Wobec tego po drodze cały czas dzwoniły swoimi dzwonkami. I wobec tego nie mogły już przestać dzwonić. I tyle.
Propozycja Tomasza Misiaka:
Dlatego – wyjaśnił gryf – że chciały ruszyć w tan z krylami. I w czasie tańca wrzucano je do wody. I długo leciały, zanim wpadły do morza. I żeby dalej dolecieć, mocno zwinęły się w koreczki. I nie dały się znowu rozwinąć. To wszystko.
A co jest w oryginale? Jaki językowy kruczek? Na czym zasadza się humor? I kto lepiej wyzyskał ten jedyny w swoim rodzaju językowy absurd?  Każdy przekład wnosi coś nowego.
I nie ma sensu rozwodzić się nad porównywaniem translatorskich szczegółów (robią takie porównania inni, robić będą dalej i chwała im za to) Ostatnio znalazłam genialny blog poświęcony w całości wydaniom Alicji, rzetelnie prowadzony, naprawdę skarbnica dla alicjanofilów. Autorka bawi się między innymi takimi porównaniami, dlatego odsyłam do efektów jej pracy:
http://podrugiejstroniekrainy.blogspot.com/
Mnie chodzi tylko o to aby podzielić się z Wami moją satysfakcją z lektur kolejnych przekładów. To są zupełnie inne Alicje, to zupełnie inne światy czarów! Czytanie o nich wciąż na nowo cieszy i bawi.

środa, 1 maja 2013

Imants Ziedonis "Kolorowe bajki"


Mam nosa do starych wartościowych książek dla dzieci, odnajdywanych w antykwariacie, nikomu niepotrzebnych, zapomnianych. Ten egzemplarz „Kolorowych bajek” bezwzględnie należał kiedyś do jakiegoś dziecka, bo widać jeszcze ślady po malarskich wprawkach. Ja kupiłam tę książkę dlatego, że zainteresował mnie tytuł całości i tytuły poszczególnych bajek. Przyjemna jest też warstwa graficzna książeczki, choć mocno trąci myszką.
Nie pomyliłam się. Za całe dwa złote nabyłam bardzo wartościowy tytuł. Zbiór łotweskiego pisarza składa się z dziesięciu bajek (białej, żółtej, brązowej, niebieskiej, czarnej, czerwonej, zielonej, szarej, pstrokatej i bursztynowej). Właściwie trudno te króciutkie teksty zaklasyfikować lekką ręką bo gatunku bajki. To raczej poetyckie impresje o kolorach. Wyobraźnia autora zdaje się nie mieć granic. Wymyśla całe malarskie światy, oryginalne postacie (np. kapitalne brązowe ludziki) i zaskakujące – na poziomie głównie językowym – rozwiązania. To poetyckie i filozoficzne na swój sposób rozważania o kolorach (genialna szara bajka), ale także o związkach frazeologicznych związanych z kolorami. Są tu i elementy bajek relaksacyjnych i edukacyjnych (zielona i czerwona bajka). Jest wreszcie niebywała inwencja językowa. Trzeba te bajki po prostu przeczytać i poczuć – a uwierzcie mi – oddziałują one nie tylko na zmysł wzroku.  To naprawdę ciekawy materiał do pracy z dziećmi. Jeśli ktoś szuka oryginalnych tekstów– także do bajkoterapii, naprawdę polecam.
Kilka informacji o autorze i zbiorze odnaleźć można na stronie Rymsu: http://ryms.pl/ksiazka_szczegoly/611/kolorowe-bajki.html