wtorek, 7 maja 2013

"Alicja w Krainie Czarów" raz jeszcze


Książka znalazła się w moich zbiorach za względu na tłumaczenie, którego jeszcze nie czytałam. Wydawcy skorzystali z jednego fajnego rozwiązania – oczywiście wcale nie oryginalnego i wykorzystywanego przecież, acz nieczęsto. Pierwsza część przygód Alicji otwiera się normalnie, druga zaś po przekręceniu książki „do góry nogami”, a okładki obu korespondują ze sobą. Układ taki nadaje pewną nową jakość samemu tekstowi – przypomina wszak karciane odbicie, a jaką rolę spełniają karty w świecie Alicji przypominać nie trzebaJ.  Nawet grzbiet książki przywodzi na myśl budowę karty do gry. I to tyle w kwestii oryginalności tego wydania, wszak ilustracje, jakkolwiek bogate w szczegóły, są po prostu… ohydne. Nie o ilustracje się jednak rozchodzi, ale o przekład Tomasza Misiaka. Za każdym razem kiedy czytam Alicję w kolejnym odnalezionym przeze mnie tłumaczeniu, doświadczam wrażenia, jakbym czytała nową książkę. Owszem zasadnicza treść pozostaje ta sama, jednak inwencja twórcza tłumaczy (a czasami jej brak) robi z tego tekstu kolejną, i kolejną, i kolejną nową jakość. Nie znam oryginału Alicji a po lekturze w kilku tłumaczeniach tym bardziej nie mam pojęcia jak najbardziej absurdalne dialogi – właśnie te, które stanowią o wartości tekstu – brzmią w oryginale.
Tłumaczenie Misiaka wydaje mi się udane. Porównywałam go sobie, tak po prostu, dla rozrywki, z tłumaczeniem Elżbiety Tabakowskiej i w moim odczuciu w wielu momentach Misiak znacznie lepiej wykorzystał możliwości naszego POLSKIEGO języka w tworzeniu tego niesamowitego ANGIELSKIEGO świata czarów i absurdów.
Podać przykład?
Propozycja chwalonego tłumaczenia Elżbiety Tabakowskiej:
To dlatego – zaczął Gryf – że uparły się [halibuty], żeby iść tańczyć z homarami. Wobec tego wrzucono je do morza. Wobec tego musiały daleko lecieć. Wobec tego po drodze cały czas dzwoniły swoimi dzwonkami. I wobec tego nie mogły już przestać dzwonić. I tyle.
Propozycja Tomasza Misiaka:
Dlatego – wyjaśnił gryf – że chciały ruszyć w tan z krylami. I w czasie tańca wrzucano je do wody. I długo leciały, zanim wpadły do morza. I żeby dalej dolecieć, mocno zwinęły się w koreczki. I nie dały się znowu rozwinąć. To wszystko.
A co jest w oryginale? Jaki językowy kruczek? Na czym zasadza się humor? I kto lepiej wyzyskał ten jedyny w swoim rodzaju językowy absurd?  Każdy przekład wnosi coś nowego.
I nie ma sensu rozwodzić się nad porównywaniem translatorskich szczegółów (robią takie porównania inni, robić będą dalej i chwała im za to) Ostatnio znalazłam genialny blog poświęcony w całości wydaniom Alicji, rzetelnie prowadzony, naprawdę skarbnica dla alicjanofilów. Autorka bawi się między innymi takimi porównaniami, dlatego odsyłam do efektów jej pracy:
http://podrugiejstroniekrainy.blogspot.com/
Mnie chodzi tylko o to aby podzielić się z Wami moją satysfakcją z lektur kolejnych przekładów. To są zupełnie inne Alicje, to zupełnie inne światy czarów! Czytanie o nich wciąż na nowo cieszy i bawi.

1 komentarz:

  1. Moim zdaniem nie ma lepszego tłumaczenia niż to, które dostaliśmy od Macieja Słomczyńskiego. Inne mają swoje zalety, ale mają też wady. Maciej Słomczyński napisał na motywach Carrolla SWOJĄ polską wersję - genialną! Żeby wyłonić najciekawsze tłumaczenie, wystarczy porównać ze sobą tylko jedną, jedyną, pierwszą zwrotkę wiersza "Jabberwocky"...

    OdpowiedzUsuń